Co z psami z Sobolewa? Szybkie adopcje bez nadzoru, chaos po ciemku, zrzutki. Państwa nie ma
Najpierw przez osiem lat państwo nie zrobiło nic mimo wielu sygnałów napływających od społeczeństwa, że w tym schronisku źle się dzieje. Nawet postawienie przez prokuratora (sześć lat temu!) prowadzącemu przybytek Happy Dog zarzutów o znęcanie się nad zwierzętami nie skłoniło rady gminy i wójta do zmiany osoby, której powierzają opiekę nad swoimi bezdomniakami. Zasłaniali się tym, że nie został skazany prawomocnym wyrokiem, tak jakby tylko wyrok sądu mógł skłonić gminę do wyboru innej osoby, której przekazuje się pod opiekę bezbronne zwierzęta.
Czytaj też: Patoschronisko w Sobolewie zamknięte! Naprawdę potrzeba było do tego Dody?
Sobolew bez uchybień
Liczne kontrole inspekcji weterynaryjnych i nawet ostatnio wicewojewody podobno nie wykazywały uchybień. Jak to możliwe? Film nakręcony przez Konrada Kuźmińskiego z DIOZ wczoraj w nocy pokazywał kojec po kojcu, zadaszone, ale otwarte na przestrzał pomieszczenia, a w nich drewniane, dziurawe budy, niektóre z połową dachu, bez żadnej izolacji, nawet bez słomy, betonową podłogę pokrytą warstwą płynnych odchodów, niesprzątaną od miesięcy, puste miski na wodę i karmę. Żaden z niemal 200 psów trzymanych w tym więzieniu nie miał wody. W schronisku nie było żadnego pracownika. Warunki, zwłaszcza przy panujących obecnie temperaturach, katastrofalne. Psy natomiast były dobrze odżywione i tylko jeden chory z nużeńcem na grzbiecie. Podobno kierownik schroniska przez ostatni miesiąc wywoził stąd zwierzęta słabe i chore.
Wreszcie gdy społecznych protestów nie dało się już nie słyszeć, także dlatego, że do chóru dołączyła Doda, premier Donald Tusk miał powiedzieć jednemu ze współpracowników, że nie jest już w stanie dłużej słuchać o Sobolewie i że mają to schronisko po prostu zamknąć.
Tusk poinformował zatem społeczeństwo, że Powiatowy Lekarz Weterynarii zamknął schronisko. „Nie będzie taryfy ulgowej dla tych, którzy skazują zwierzęta na cierpienie”, dodał. Tymczasem, jak podaje Polsat News, w decyzji wydanej przez Powiatowego Lekarza Weterynarii w Garwolinie i przesłanej do kierownictwa placówki Happy Dog nie ma nic o cierpieniu zwierząt, przyczyną zamknięcia placówki w Sobolewie był „brak elektronicznego wykazu zwierząt przebywających w schronisku”.
Czytaj też: Zwierzęta głosu nie mają. Co dla nich zrobiła koalicja Tuska? Polacy liczyli na więcej
Sobolew: pospolite ruszenie
Sobolew zamknięty, kierownik Happy Dog Marian D. dostał zakaz prowadzenia schroniska, a co ze zwierzętami? Schronisko dalej jest zamknięte, otoczone ogrodzeniem zwieńczonym drutem kolczastym, w środku policjanci. Gdy tłum kilkuset zgromadzonych pod bramą protestujących usłyszał o decyzji zamknięcia schroniska, emocje puściły i ludzie zaczęli się wdzierać na teren. Konrad Kuźmiński z DIOZ przeskoczył przez ogrodzenie, ktoś wyciął dziurę w siatce. Ludzie rozbiegli się po schronisku i zaczęli wyciągać z kojców przerażone psy. Policjanci początkowo udawali, że nie widzą, co się dzieje, potem stanęli przy dziurze, pilnując, żeby więcej ludzi nie wdarło się do środka.
Ludzie zaczęli wybiegać ze schroniska z psiakami na rękach, wsiadali do samochodów i odjeżdżali. – Może z dziesięć psów zabrali w ten sposób prywatni ludzie – mówi Katarzyna Śliwa-Łobacz z Mondo Cane. Ona też zabrała jedną sunię. – Przyznaję, zrobiłam to, czemu zawsze się sprzeciwiałam: adopcja pod wpływem emocji. Sunia, którą zabrała, była od lipca w Sobolewie, nie jest zachipowana ani wykastrowana. Jeszcze ani razu na nich nie spojrzała i nie wyszła spod stołu.
Adopcje zwierząt pod wpływem chwilowych emocji na ogół źle się kończą. Doda publikuje ogłoszenie z FB: „Dziś zabrana z Sobolewa szuka kochanego domu”. I komentuje: „O to najbardziej się bałam, że ludzie w tym ferworze wezmą pieska i zaraz będą chcieli się go pozbyć. I jeszcze robią sobie zdjęcia jak z zabawką”.
Czytaj też: Ustawa łańcuchowa. Większość wiejskich burków na niej straci. Decyzja należy do Nawrockiego
Patoschroniska: gdzie jest państwo?
Na szczęście w ten sposób zabrano z Sobolewa tylko pierwszych dziesięć, może piętnaście psów. Jednak przyzwolenie na taką masową interwencję, natychmiastowy odbiór zwierząt, wejście na prywatny teren to bardzo niebezpieczna broń.
Na miejscu były organizacje, które prowadzą schroniska, i po początkowym chaosie DIOZ, Pogotowie dla Zwierząt, fundacja Judyta, fundacja Psa Karmela zaczynają po kolei wyciągać z kojców psy, robić zdjęcia, opisywać. Policja zezwala na wjazd busów organizacji na teren. Wszystko jednak dzieje się po ciemku, bo wójt obecny na miejscu nie pozwolił straży pożarnej zapewnić oświetlenia terenu.
Psy dostają wodę i jedzenie, ale są zbyt zestresowane, żeby jeść. Więc trafiają do samochodów z włączonymi silnikami, żeby się ogrzały. Gdy bus był pełen, jechał do schroniska. Najwięcej psów trafiło do Wojtyszek, które DIOZ odkupił od wdowy po Longinie Siemińskim, gdy likwidowano to patoschronisko. Trochę psów wzięła fundacja Judyta, Pogotowie dla Zwierząt, OTOZ Animals czy fundacja Psa Karmela. Ma powstać wykaz ze zdjęciami, bo nie jest wykluczone, że niektóre psy mają opiekunów, którym nie udało się odzyskać swoich pupili – takie sytuacje były w Sobolewie częste.
„Co z tego, że schronisko w Sobolewie zostało zamknięte, skoro zwierzęta nie dostały wraz z tą decyzją żadnej instytucjonalnej pomocy. Nie dostaliśmy żadnego wsparcia, tylko przeszkody”, tak Konrad Kuźmiński opisuje, co działo się w Sobolewie. „Dostaliśmy wyłączone światło i brak prądu. Działanie w ciemności, w warunkach, w których nie da się bezpiecznie zabezpieczać zwierząt. Brak dokumentacji, bez której nie wiemy, które zwierzęta są na co chore, które były leczone, które szczepione, które wymagają natychmiastowej diagnostyki. Utrudnianie każdej czynności zamiast realnego zabezpieczenia akcji. Wolontariusze nie mogli się nawet ogrzać!!! Ludzie pracowali całą noc przy mrozie, a jednocześnie nie dopuszczano ich do ogrzewanych pomieszczeń, w których w tym czasie kawę popijała wraz z kierownikiem/sadystą schroniska Powiatowa Lekarz Weterynarii w Garwolinie Dominika Siedlczyńska, wójt gminy Sobolew Maciej Błachnio czy komendant policji. To jest upokarzające i nieludzkie”.
A do tego organy ścigania nie wykonywały na miejscu żadnych czynności procesowych dokumentujących warunki, w jakich przebywały zwierzęta, i ewentualne znęcanie się nad nimi prowadzącego schronisko Mariana D.
Początkowo wójt nie zgadzał się na to, by zwierzęta przejął DIOZ. Poszukiwano innego schroniska, które byłoby w stanie przyjąć tak wiele zwierząt. W końcu wójt zgodził się na DIOZ, ale żądał podpisania umowy, w której organizacja zrzeknie się wszelkich roszczeń wobec gminy.
Czytaj też: Czy Doda przekona Sejm, prezydenta i branżę do zakazu fajerwerków? Szanse są
Bliki, bliki na koty i psy
Akcja odbierania psów i kotów ze schroniska w Sobolewie trwała całą noc, ale już w sobotę wieczorem pojawiły się na social mediach organizacji ogłoszenia o zbiórkach na psy z Sobolewa.
Bloger „Prawda o DIOZ 2.0” publikuje post skierowany do Dody. Uświadamia ją, że „rynek ratowania zwierząt to nie tylko empatia, to również pieniądze, wpływy i brak kontroli. I masowe zbiórki pieniędzy”. „Dzięki Twojemu zaangażowaniu i medialnemu rozgłosowi te same organizacje zyskały najpotężniejsze możliwe narzędzie finansowe: emocje społeczne”, pisze do Doroty Rabczewskiej.
Ale Doda już zdążyła się oburzyć: „dlaczego zabieracie po kilkadziesiąt psów i prosicie o blik?”.
Na FB i Twitterze pojawiło się wiele głosów krytykujących organizacje za to, że jeszcze nawet nie zdążyły dowieźć zwierząt do swoich schronisk, a już uruchomiły zbiórki.
„Jeżeli kogoś bolą zbiórki na te zwierzęta, to przecież każdy mógł tu przyjść, ratować je i zapewnić im warunki. Kto byłby w stanie wziąć 150 psów? 100 tys. zł na 150 psów to nie jest dużo, na lekarzy, karmę. Oszacowaliśmy, że 1000 zł za każdego odbieranego psa to jest minimalna kwota, za którą możemy coś zrobić. Każdy pies będzie przebadany. Nie rozumiem tego oburzenia na nasze zbiórki”, odpowiada Konrad Kuźmiński z DIOZ. I przypomina likwidację słynnego (złą sławą) schroniska w Radysach.
„Nie bolało mnie, że za uratowanie 1000 zwierząt z Radys jakaś organizacja zebrała 1 mln zł, i wiem, że te pieniądze poszły jak woda na te zwierzęta. Nie wyliczam innym organizacjom, bo wiem, jak ogromne są nakłady, gdy chce się zapewnić dobre warunki takiej ilości zwierząt”.
I jeszcze: „Zarzucają nam, że chcemy się wybić na tej sprawie, że robimy to dla rozgłosu. Rozgłos jest bardzo istotny w działalności, która opiera się na pomocy ludzi”.
Trudno ocenić, kto ma rację. Czy organizacje, które nie są w stanie działać bez środków, a te mogą pozyskać tylko z darowizn i zbiórek, czy hejtujący DIOZ, Judytę, Adę, że bogacą się na krzywdzie zwierząt i są takim samym trybikiem w petbiznesie jak patoschroniska i patohodowle?
Jedno jest pewne: gdyby państwo sprawowało realny nadzór nad gminami i opłacanymi przez nie schroniskami, organizacje nie miałyby co robić ani na co zbierać. – To powinno być w gestii wojewodów – mówi prof. Andrzej Elżanowski. – A egzekwowanie ustawy o ochronie zwierząt powinien nadzorować resort spraw wewnętrznych.
A jeżeli państwo chce się wyręczać organizacjami, powinno zapewnić im pomoc instytucjonalną. „Pytamy wprost Premiera, Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi, co państwo da zwierzętom uratowanym z Sobolewa poza tym, że pozwoliło im konać w mordowni?”, pyta retorycznie Kuźmiński. I dodaje: „państwo nie jest w stanie dać im chociaż worka karmy”.