Operacje hybrydowe w Polsce. Rosja sprawdza, jak daleko może się posunąć. Teraz ma łatwiej
KATARZYNA KACZOROWSKA: Mamy wojnę hybrydową?
FILIP BRYJKA: Ja akurat jestem ostrożny z używaniem tego pojęcia. Nie jest dobrze i wyraźnie zdefiniowane, co wynika z samej natury zjawiska, a więc podejmowania przez naszych adwersarzy działań w tzw. szarej strefie między czasem pokoju a czasem wojny. Te działania są z natury bardzo szkodliwe, wrogie, ale wciąż są poniżej progu wojny, czyli otwartego konfliktu.
I tu można by rozpocząć akademicką dysputę, czy we współczesnym świecie mamy do czynienia z wojnami rozumianymi jako stan stosunków między państwami. Zgodnie z prawem międzynarodowym: wypowiedzianymi, przy jednoczesnym zerwaniu relacji dyplomatycznych.
Od zakończenia drugiej wojny światowej tego rodzaju konflikty odeszły na margines. Zdecydowana większość to konflikty wewnętrzne, wewnętrzne umiędzynarodowione bądź międzypaństwowe, jak w przypadku Rosji i Ukrainy. Ale te ostatnie to zaledwie ok. 10 proc. wszystkich konfliktów na świecie. Dlatego wolę mówić o operacjach hybrydowych, w przypadku Polski prowadzonych przez Rosję i Białoruś.
Celem tych operacji jest?
Oddziaływanie na naszą sytuację polityczną i bezpieczeństwo, polaryzacja, kreowanie podziałów i destabilizacja wewnętrzna. Pamiętajmy jednak, że tworzenie wyraźnych ram tego, kiedy możemy mówić o wojnie hybrydowej, wyznaczałoby obszar, gdzie te działania mogą być prowadzone bez żadnej odpowiedzi. Jak widać, kwestia niedopowiedzenia ma też swoje zalety, co nie powinno być jednak wymówką dla braku reakcji.
Bo?
Bo pozwala dostosowywać reakcję w zależności od rzeczywistej oceny szkodliwości czynów. Jeżeli uznamy wysadzenie pociągu czy torów kolejowych za przekroczenie progu wojny hybrydowej, to trzeba jakoś na to odpowiedzieć. I zasadnicze pytanie brzmi: czy nasze elity polityczne i sojusznicy są gotowi, by podejmować działania, które mogą wiązać się z poważnymi konsekwencjami i eskalacją sytuacji?
Łatwo uwikłać się w pułapkę tego, jak powinniśmy reagować i jak interpretować to, co dzieje. A przypomnę tylko, że rezolucja Zgromadzenia Ogólnego ONZ z 1974 r. definiuje agresję zbrojną, a katalog zachowań, które mogą zostać uznane za tę agresję, uwzględnia m.in. udzielanie schronienia i wsparcia dla organizacji terrorystycznych i wysyłanie najemników na terytorium innego państwa. Biorąc więc pod uwagę akty dywersji i sabotażu, jakie mają miejsce na terenie Polski, moglibyśmy znaleźć podstawę prawną do tego, by uznać np. wysadzenie torów przez obywateli Ukrainy, ale działających na rzecz rosyjskiego wywiadu, za casus belli.
Czyli wypowiedzenie wojny.
Oczywiście. Na szczęście ten incydent ostatecznie nie okazał się na tyle szkodliwy, by sięgać po tak dalekosiężną odpowiedź. Jak więc widać, to, że funkcjonujemy w czasie szarości między pokojem a wojną, daje nam pewne atuty. Atakujący zawsze ma przewagę. Wybiera cel, czas i sposób działania. Ale nie zwalnia to i nas, i instytucji państwowych od przygotowywania się na konkretne przypadki. Na podstawie analiz sytuacji, które już miały miejsce, przypadków z innych państw i prognozowania powinniśmy mieć różne warianty odpowiedzi.
Czytaj też: A jeśli podłożą bombę w przedszkolu albo wykoleją mój pociąg? Rosja ciągle nas testuje i osłabia
Działania hybrydowe przybrały na sile po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie? Czy ta szarość, jak ją pan nazywa, właśnie się kurczy? Bałtowie mówią, że czasu zostało nam niewiele.
Na pewno nie powinniśmy bagatelizować sytuacji. Intensywność, skala i agresywna natura tych działań jest bezprecedensowa, porównywalna jedynie do zaangażowania Związku Sowieckiego w latach 70. XX w. w sponsorowanie organizacji terrorystycznych działających w Europie Zachodniej. Mam tu na myśli chociażby Frakcję Czerwonej Armii. RAF dostawała przecież semtex od czechosłowackich służb. W Jemenie KGB szkoliło Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny, którego wpływowe postaci wypoczywały w Warszawie, że przypomnę głośny zamach na Abu Dauda w hotelu Victoria, przeprowadzony przez Mossad.
Wróćmy do współczesnych czasów.
Rosja wrogie działania hybrydowe prowadzi wobec nas od 2014 r. Punktem zwrotnym była aneksja Krymu i wojna w Donbasie. W przestrzeni informacyjnej na sile zaczęły wtedy przybierać dezinformacyjne kampanie antyukraińskie. W latach 2016–18 mieliśmy akcje niszczenia pomników chociażby na górze Monastyr. Rosjanie wzmacniali antyukraińskie nastroje w Polsce i antypolskie w Ukrainie. To wtedy polski konsulat w Łucku ostrzelano z granatnika. Demonstrowała społeczność polska represjonowana przez ukraińskich nacjonalistów, która to społeczność w ogóle nie mówiła po polsku. Później okazało się, że demonstrantów mówiących po rosyjsku zwożono ze wschodniej Ukrainy autobusami i płacono im za te protesty.
Po inwazji w lutym 2022 r. operacje rosyjskie przybrały na sile i związane jest to z naszą pomocą dla Ukrainy. Jesteśmy hubem logistycznym. Ponad 80 proc. pomocy wojskowej i humanitarnej jest dostarczana na front przez nasze terytorium. Dlatego rosyjscy hakerzy z grup APT atakują systemy transportowe nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie – by utrudnić logistykę i spedycję.
Polacy dowiadują się nie o atakach hakerskich, ale o podpaleniach, atakach na infrastrukturę kolejową, a więc działaniach, które można nazwać terrorystycznymi.
To jest coś nowego i świadczy o tym, że Rosja jest skłonna do podejmowania bardzo wysokiego ryzyka, ale też testowania naszych granic. Rosjanie sprawdzają, jakie mamy słabe punkty, na które zdarzenia reagujemy, jak reagujemy, i testują, gdzie jest ta czerwona linia, której przekroczenie mogłoby być zbyt kosztowne. Sam model realizacji tych operacji polega na tym, że za pomocą mediów społecznościowych, głównie Telegramu, rekrutowani są najczęściej motywowani finansowo obywatele Ukrainy, ale także Białorusini, Rosjanie i Polacy. Opłaca się ich w kryptowalutach, co utrudnia śledzenie transakcji i wykrywanie potencjalnych sprawców.
Werbujący stosują technologię blockchain, a stopień anonimizacji przelewów, ich nieautentyczności i kaskadowości sprawia, że szukanie potencjalnych sprawców wyłącznie na podstawie śledzenia przelewów jest szukaniem igły w stogu siana. I tak będzie, dopóki rynek kryptowalut nie zostanie w Polsce uregulowany.
Ustawę dotyczącą tych regulacji zawetował prezydent Nawrocki.
Co utrudni dotarcie do tych ludzi i neutralizowanie potencjalnych zamachów. Generalnie Rosjanie, budując w nas poczucie zagrożenia, chcą osłabić nasze zaufanie do władz. I postawić przed takim dylematem: to się skończy, kiedy przestaniemy pomagać Ukrainie, a więc może przestańmy, bo to przecież nie nasza wojna. Tylko że Rosja może prowadzić o wiele bardziej dotkliwe i ofensywne operacje sabotażowe przeciwko Polsce i innym państwom NATO. Na chwilę obecną tego nie robi, bo nie ma takiej potrzeby.
Dlatego rekrutuje jednorazowych agentów, amatorów bez związków ze służbami specjalnymi?
Tak, bo wpadka takiego człowieka to niewielka strata dla całego systemu. Oficer prowadzący jest chroniony, a poza tym przypisanie komuś odpowiedzialności, że działał na zlecenie obcego wywiadu, w takim przypadku jest dosyć trudne. Koszty są więc niewielkie, ale jednocześnie po stronie państwa polskiego angażowane są znaczne zasoby. Tropienie tych amatorów odciąga też uwagę od szkolonych agentów i zakonspirowanych szpiegów, znacznie groźniejszych dla bezpieczeństwa państwa.
Ci amatorzy też mogą być groźni. Na Litwie za podpalenie Ikei taki amator miał dostać 10 tys. euro.
Ale ostatecznie nie dostał. I polska strona powinna mocno sygnalizować potencjalnym werbowanym do akcji: to, że coś podpalicie, uszkodzicie, wcale nie oznacza, że dostaniecie za to pieniądze. Równie dobrze oficer prowadzący może zakończyć temat i nie wykorzystywać danego agenta.
Zostawmy amatorów, przejdźmy do profesjonalistów. Ukraińskie media niedawno opisały historię agentki białoruskiego KGB, rzekomo dziennikarki. W Polsce pod taką samą przykrywką działał Pablo Gonzalez Rubcow. To, kim jest, opisał dziennik „El País”, a kropką nad „i” była jego koszulka podczas wymiany – z grafiką szturmowca z serii „Gwiezdne wojny” i napisem „Your empire needs you”. Przywitał się w niej z Władimirem Putinem.
Była też dziewczyna działająca na OnlyFans i Tinderze, gdzie wstawiała swoje roznegliżowane zdjęcia. A wygadała się koledze w klubie pod wpływem alkoholu – tak naprawdę to zbiera informacje na temat białoruskiej opozycji, czyli infiltruje to środowisko. To zresztą ciekawa sprawa, bo ta Białorusinka odpowiadała z wolnej stopy. I oczywiście została skazana, ale nie odsiaduje wyroku.
Ulotniła się?
Co było do przewidzenia. Uogólniając: prowadzenie działalności wywiadowczej z pozycji agentury funkcjonującej pod przykryciem to nie tylko stały modus operandi rosyjskich czy sowieckich służb. To jest coś, w czym Rosjanie specjalizują się od czasów bolszewickich. Skala tej aktywności jest trudna do oszacowania, ale znamy kilka przypadków z ostatnich lat. To choćby europarlamentarzystka z Łotwy Tatiana Żdanok, która przez lata była agentką FSB i ułatwiała oficerom rosyjskiego wywiadu prowadzenie różnych działań, m.in. zapraszając ich do Brukseli na różne spotkania, konferencje, by mogli poszukiwać kontaktów do zwerbowania. Ta Białorusinka aresztowana niedawno w Ukrainie, działająca na rzecz KGB, to klasyczna honey trap, infiltrująca ukraińskich wojskowych i służby. Moja koleżanka z PISM Anna Dyner zawsze podkreśla, że Białorusini są też bardziej wyspecjalizowani na kierunku polskim i litewskim niż Rosja.
Dlaczego?
Rosja jest supermocarstwem i prowadzi działalność wywiadowczą w wymiarze globalnym. Białoruś jako sojusznik, ale też nadzorowany partner, zwłaszcza w wymiarze twardego bezpieczeństwa i współpracy wywiadowczej, tak naprawdę realizuje część zadań na zlecenie Rosji. I tutaj Białorusini są bardziej aktywni wywiadowczo.
Czytaj też: Wojna na słowa. Przegrywamy z Rosją i Chinami. Ale Putin ma masę słabych punktów, trzeba w nie uderzyć
Kto może być typowany do werbunku?
Osoby zatrudnione w administracji publicznej, nie tylko najbardziej typowej, jak Ministerstwo Spraw Zagranicznych czy Obrony Narodowej, ale też w urzędach, gdzie wykorzystuje się dane, choćby numery PESEL. Dzięki temu można tworzyć wiele tożsamości pozwalających szpiegować jakiemuś „Kowalskiemu” we Francji czy Niemczech. Polecam wszystkim książkę Walkera „Nielegałowie”. Autor opisuje historię nielegalnego wywiadu tworzonego przez Rosjan – w czasach zimnej wojny potrafili zrobić konsulem Kostaryki człowieka, który nigdy w Kostaryce nie był.
Zimna wojna teoretycznie się skończyła.
Ale sprawdzone metody działają i są wykorzystywane. Zwracam uwagę na problem, z którym za kilka, kilkanaście lat zmierzyć się mogą Ukraińcy i Polacy. Dzieci porwane po wybuchu pełnoskalowej wojny i wywiezione do Rosji poddawane są głębokiej indoktrynacji, wychowywane w duchu militarystycznym. I mogą kiedyś wrócić do kraju, ale będą pracować dla kogoś innego. Tę metodę Rosjanie stosowali po wojnie, kiedy wyszukiwali sieroty, wychowywali je, dawali im tożsamość i przygotowywali do szpiegowskiej roboty.
Czytaj też: Wywiad Moskwy, służby Kremla. KGB, GRU, FSB, SWR: to są fachowcy od dywersji i mokrej roboty
Rosja chce dezintegracji Unii Europejskiej i NATO? Czy raczej interesuje ją strefa buforowa pod jej kontrolą?
Na oba pytania odpowiadam twierdząco, przy czym pierwszy punkt ma umożliwić drugi, czyli Rosjanie dążą do dezintegracji NATO i Unii Europejskiej po to, by osiągnąć cele strategiczne, które sformułowali we wnioskach z grudnia 2021 r. Wysłali je do NATO i do Stanów Zjednoczonych, wprost wskazując, że oczekują przywrócenia architektury bezpieczeństwa w Europie do sytuacji sprzed 1997 r., kiedy cały nasz region był poza strukturami NATO. Bo priorytetem jest jednak NATO.
Syndrom oblężonej twierdzy?
Tak, to myślenie, że Zachód ciągle dąży do zaszkodzenia Rosji, okrążenia jej i obalenia jej władz. To jest bardzo mocno zakorzenione w mentalności Rosjan. Nie tylko elit politycznych, ale całego społeczeństwa.
Z czego wynika to myślenie dzisiaj?
Na pewno z bardzo silnego i wieloletniego oddziaływania propagandowego. Generowanie i podsuwanie problemów wewnątrz Unii czy NATO jest dla Rosji środkiem do osiągnięcia wspomnianych wyżej celów. I obawiam się, że to, co obserwujemy teraz, to bardzo niepokojący trend, m.in. związany z polityką USA. To kwestia czasu, kiedy roszczenia i próby przejęcia Grenlandii przez Stany Zjednoczone wrócą...
To istotne dla Rosji?
Przecież jest zaskakująco zachowawcza w kwestii Grenlandii i tego, co próbuje wymusić administracja Trumpa.
Dlaczego?
Bo to byłby świetny casus do legitymizacji aneksji Krymu i pozostałych obwodów okupowanych przez Rosję. A po drugie, Rosjanie mają duże aspiracje i roszczenia wobec Svalbardu, wyspy na północ od Norwegii. Jej status jest regulowany traktatem z 1920 r., należy do Norwegii, ale zagwarantowana jest swoboda w zakresie prowadzenia badań naukowych i eksplorowania zasobów naturalnych. A Rosjanie mają tam dwie stare osady górnicze: Pyramiden i Bergensburg.
To suwerenne terytorium jest zdemilitaryzowane, Norwegowie nie mogą tam mieć baz wojskowych. I to jest potencjalny obszar, gdzie bezpośrednia konfrontacja z NATO mogłaby mieć miejsce. My analizujemy pod tym kątem przesmyk suwalski, tymczasem w ogóle nie zwracamy uwagi na milczenie Rosjan w temacie Grenlandii, czyli tak naprawdę nie bierzemy pod uwagę operacji svalbardzkiej. I oczywiście wiemy, że zdolności militarne Rosjan są obecnie ograniczone, brygady lądowe z Arktyki zostały zdziesiątkowane w Ukrainie, ale kontyngent można odbudować, ludzi przerzucić. Co więcej, jeśli mamy do czynienia z terytorium de facto niezaludnionym, to przecież można działać z floty cieni.
Tylko Rosjanie są zainteresowani osłabieniem UE? Z wypowiedzi ekipy Donalda Trumpa wynika, że obecnie kierująca USA administracja także. Co więcej, trudno nie zauważyć fascynacji Putinem.
Nadrzędnym celem strategicznym Rosji od początku zimnej wojny jest doprowadzenie do opuszczenia Europy, zwłaszcza wojskowo, przez Stany Zjednoczone. Obecna administracja w USA – nie jestem w stanie ocenić, świadomie czy nie, czy wynika to z agendy „Make America Great Again” – rzeczywiście pomaga realizować ten plan. Mamy zapowiedź redukcji obecności wojskowej Stanów Zjednoczonych w Europie. Ona zresztą już postępuje. Na razie w mało znaczących obszarach: jakichś centrów doskonalenia czy ośrodków naukowych. Ale właśnie dostaliśmy zapowiedź europeizacji dowództw, czyli część etatów w dowództwach operacyjnych NATO nie będzie obsadzana przez amerykańskich wojskowych, ale przez Europejczyków.
Na czele SACEUR, czyli Naczelnego Dowództwa Sił Sojuszniczych w Europie, stoi wciąż Amerykanin. I oczywiście od początku powstania NATO panowała niepisana zasada, że sekretarz generalny zawsze jest z Europy, a naczelny dowództwa jest ze Stanów Zjednoczonych. Jeżeli jednak taki trend się utrzyma i Amerykanie będą redukować swoją obecność wojskową w Europie, to osłabią zdolności sojusznicze do odstraszania i obrony. To zaś może być interpretowane w Moskwie jako zachęta do tego, żeby kiedyś przetestować wiarygodność art. 5.
Czyli?
Sprawdzić, czy deklaracje Trumpa, że będą bronić sojuszników z NATO, jeśli będą w większym stopniu finansować swoje bezpieczeństwo i brać za nie odpowiedzialność, jest tylko deklaratywna. Niepokojąca jest nieprzewidywalność tej administracji, bardzo korzystna z perspektywy Rosji. I tu akurat dobrze się składa, że prezydent Trump i jego administracja określają nas modelowym sojusznikiem. Jednocześnie nie zakładałbym, że te opinie są dla nas równoznaczne z wiarygodnymi gwarancjami, które w razie godziny „W” zostaną wypełnione. Dlatego bardzo ważne jest, by równocześnie angażować się w rozwój europejskich zdolności i współpracy z naszymi regionalnymi sojusznikami, a więc Francją i Niemcami, i wzmacnianie europejskiego filaru NATO poprzez budowę zdolności obronnych.
Co dla naszego bezpieczeństwa oznacza atak Izraela i USA na Iran?
Bezpośrednią konsekwencją było zagrożenie dla obywateli Polski przebywających na Bliskim Wschodzie. Na szczęście ich ewakuacja przebiegła pomyślnie i obawiam się, że w najbliższej przyszłości nie będzie to cel wyjazdów turystycznych ani lotów tranzytowych do Azji. W średniej perspektywie czasowej to na pewno wzrost cen na stacjach paliw, co negatywnie odbije się na naszych portfelach, a jednocześnie zasili budżet wojenny Rosji.
W kontekście wojny w Ukrainie kluczowe z naszej perspektywy jest daleko idące skupienie administracji USA na Bliskim Wschodzie, siłą rzeczy kosztem Ukrainy i bezpieczeństwa Europy. Może to doprowadzić do zmniejszenia pomocy wojskowej dla Ukrainy finansowanej przez państwa UE, ale w znacznym stopniu dostarczanej przez amerykański przemysł zbrojeniowy.
Wracając do początku naszej rozmowy – czyli działań hybrydowych – w wyniku wojny na Bliskim Wschodzie wzrasta ryzyko ataków terrorystycznych w Europie, co może odciągać uwagę europejskich służb wywiadowczych od sabotażystów sponsorowanych przez Rosję.
***
Filip Bryjka – politolog, doktor nauk o bezpieczeństwie, analityk w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych (PISM) i adiunkt w Instytucie Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk (ISP PAN). Zajmuje się zagrożeniami hybrydowymi, zwłaszcza rosyjską dezinformacją, sabotażem i nieregularnymi grupami zbrojnymi. Absolwent The George C. Marshall European Center for Security Studies, Akademii Sztuki Wojennej, Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Lądowych i Uniwersytetu Wrocławskiego. Uczestnik międzynarodowych projektów badawczych poświęconych przeciwdziałaniu zagrożeniom hybrydowym, finansowanych m.in. z grantów NATO, UE i GCMC. Obecnie kieruje pracami grupy badawczej ISP PAN w projekcie SAUFEX (Secure Automated Unified Framework for Exchange), poświęconym wykorzystaniu AI do analizowania i przeciwdziałania zagranicznym manipulacjom informacyjnym i ingerencjom (FIMI). Autor książek „Wojny zastępcze” (PISM 2021), „Dezinformacja międzynarodowa: rozpoznanie, analiza, przeciwdziałanie” (Scholar 2022) oraz „International Disinformation: A Handbook for Analysis and Response” (Leiden 2025).