Świat

Tarcza z półksiężycem

Turecka tarcza antyrakietowa

Petates / Flickr CC by SA
Turcja kupuje Patrioty, będzie też gościć tarczę antyrakietową kilka lat wcześniej niż Polska. Nad Bosforem toczy się poważna debata, czy oba systemy nie uzależnią Turcji od Ameryki.

Niechętni swojemu rządowi Turcy twierdzą, że premier Recep Tayyip Erdoğan jest niemal wszechmogący. I choć nie odpowiada bezpośrednio za ulewne deszcze i powodzie, które nawiedziły Turcję na początku września, to już na pewno maczał palce w innym spisku. 9 września departament obrony USA ogłosił, że właśnie wystąpił do Kongresu o zgodę na eksport do Turcji 13 baterii PAC-3, czyli najnowszej generacji słynnych rakiet ziemia-powietrze Patriot. Tydzień później Barack Obama ogłosił, że Ameryka rezygnuje z budowy w Polsce i Czechach tarczy antyrakietowej w dotychczasowym kształcie na rzecz rozbudowy systemu zainstalowanego dziś na okrętach, który z czasem zostanie rozmieszczony także na lądzie, w pierwszej kolejności na Bałkanach i w Turcji.

Turecka prasa połączyła obie wiadomości i rozpętała się burza. „Zagadka Patriotów. Po co Turcji te rakiety?” – pisał na pierwszej stronie dziennik „Sabah”. W stacji CNN Türk dziennikarka wprost pytała szefa tureckiego MSZ Ahmeta Davutoğlu, czy Patrioty to początek amerykańskiej tarczy rakietowej w Turcji. A on odpowiadał, że Turcja nie czuje zagrożenia z żadnej konkretnej strony. Następnego dnia prasa nie zostawiła na ministrze suchej nitki: „Jak to jest, że pogrążona w kryzysie gospodarczym Turcja wyda miliardy dolarów na obronę przed nieistniejącym zagrożeniem?!” – pytał na pierwszej stronie dziennik „Milliyet”. Główną ulicą Ankary przeszła wielotysięczna antyamerykańska demonstracja, a następnego dnia dziennik „Radikal” napisał: „Turcja znów sprzedaje się Amerykanom”.

Pod parasolem

Odkąd siedem lat temu w Ankarze doszła do władzy Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), Turcja z mozołem budowała swoją pozycję w regionie. Chciała zrzucić piętno eksponenta amerykańskich interesów na Bliskim Wschodzie, przestać sprzedawać się jankesom i w końcu zacząć dbać o własne interesy. Jednak Amerykanie przypomnieli sobie o Turcji. Wysocy rangą przedstawiciele Pentagonu nawet nie ukrywają, że Turcja to idealne miejsce na tarczę antyrakietową, która ma bronić Zachód przed irańskimi rakietami. Mimo doskonałych relacji z Teheranem Ankara również obawia się o swoje bezpieczeństwo. Ale jednocześnie chce ratować wizerunek niezależnego gracza regionalnego, dlatego zakup Patriotów to oficjalnie wciąż tylko modernizacja armii, a nie pierwszy etap budowy tarczy.

Turcja już od 2004 r. zastanawia się nad budową obrony przeciwrakietowej. To skutek pierwszej i drugiej wojny w Zatoce Perskiej, kiedy to nie mogła się doprosić sojuszników z NATO o wypożyczenie kilku baterii Patriotów do obrony przed irackimi pociskami rakietowymi SCUD. Od kwietnia trwa proces przetargowy, na początek Turcja chce kupić cztery baterie za około miliard dolarów. Oprócz Amerykanów swoje systemy zaproponowali Ankarze także Rosjanie i Chińczycy. Moskwa oferuje system S-400, identyczny jak ten chroniący rosyjską stolicę, Pekin skopiowaną wersję tego samego systemu, „inspirowaną rosyjskimi rozwiązaniami”. Ankara ma wybrać najlepszą ofertę na początku 2010 r.

Według tureckich ekspertów od wojskowości jest niemal pewne, że wybór padnie na Patrioty. A to dla mediów jasna wskazówka, że w ślad za nimi przywędruje do Turcji lądowa wersja rakiet SM-3, na których ma się opierać tarcza Obamy (w drugim rzucie te same rakiety miałyby trafić do Europy Środkowej). Rząd turecki zaprzecza, ale Amerykanie zachowują się tak, jakby sprawa budowy tarczy w Turcji była już przesądzona. Latem tego roku podczas wizyty na Bliskim Wschodzie amerykańska sekretarz stanu Hillary Clinton kilkakrotnie mówiła o stworzeniu nad regionem parasola rakietowego. Sekretarz obrony Robert Gates w samej Turcji był w tym roku dwukrotnie i nie ukrywał, że obie wizyty dotyczyły tarczy.

Ankara przekonuje jednak, że temat tarczy nie istnieje, a Patrioty nie będą skierowane w żadną konkretną stronę, bo „Turcja nie ma wrogów”. Gdyby jednak przeprowadzić test i ostrzec tureckich polityków o nadlatujących rakietach, zapewne wszyscy odwróciliby głowę w stronę Iranu. Główne hasło tureckiej polityki zagranicznej brzmi jednak: „zero problemów w stosunkach z sąsiadami”. W myśl idei zaczerpniętej jeszcze od Atatürka, a realizowanej obecnie przez ministra Davutoğlu.

Turek w lodówce

Wiceprezydent Syrii Faruk al-Sharaa przyznał kilka tygodni temu, że w domu boi się otworzyć lodówkę, bo wyskoczy z niej turecki dyplomata. Turcja pośredniczy lub pośredniczyła między innymi w negocjacjach pomiędzy Syrią i Izraelem w sprawie Wzgórz Golan, pomagała się dogadać Syrii i Libanowi, irackim sunnitom i szyitom oraz przedstawicielom Hamasu i Izraela. Taka polityka zagraniczna doskonale sprzedawała się dotychczas w samej Turcji – według ponad połowy Turków rząd Erdoğana sprawił, że z Turcją zaczynają się liczyć.

Aby osiągnąć wymarzony status potęgi regionalnej, Ankara postawiła sobie dwa cele. Po pierwsze, zerwanie z wizerunkiem przedstawiciela Zachodu, a w szczególności Ameryki. Po drugie, utrzymanie względnej równowagi sił na Bliskim Wschodzie, bo tylko wtedy Turcja będzie w stanie budować swoją pozycję regionalną nie w oparciu o siłę militarną, ale dzięki skuteczności swoich mediatorów. I tak odkąd w 2003 r. turecki parlament odrzucił amerykańskie prośby o wsparcie inwazji na Irak, Ankara stopniowo oddalała się od Waszyngtonu.

Już po pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej w Turcji pojawiły się głosy, że wieloletni sojusz z Amerykanami zaczyna być zbyt kosztowny. Po utworzeniu w północnym Iraku strefy zakazu lotów, mającej chronić miejscowych Kurdów przed zemstą Saddama Husajna, tereny te wykorzystała partyzantka Partii Pracujących Kurdystanu, która systematycznie urządzała stamtąd wypady zbrojne do Turcji. Sytuacja pogorszyła się po amerykańskiej inwazji na Irak i utworzeniu w jego północnej części kurdyjskiej autonomii. Ankara, widząc, że Amerykanie nie są w stanie poskromić kurdyjskich partyzantów, sama urządzała wypady pacyfikacyjne przez granicę.

W ostatnich latach Turcja coraz częściej krytykowała też działania Izraela wobec Palestyńczyków. Turcy do dziś opowiadają sobie, jak na szczycie w Davos w styczniu tego roku ich premier ostentacyjnie wyszedł z panelu poświęconego sytuacji w Gazie, rzucając izraelskiemu prezydentowi Szymonowi Peresowi: „Wy najlepiej wiecie, jak zabijać ludzi”. Demonstracje poparcia dla Erdoğana odbyły się nawet w Jemenie. Sympatie krajów arabskich wzbudziło też niedawne wykluczenie Izraela z międzynarodowych ćwiczeń sił lotniczych NATO, które odbywają się w Turcji co roku. Ale większość obserwatorów zgadza się, iż manewr podyktowany był względami propagandowymi. Szczególnie że izraelsko-turecka współpraca militarna układa się doskonale. Tylko w tym roku Ankara kupiła eskadrę izraelskich samolotów bezzałogowych i podpisała umowę na modernizację w Izraelu swoich czołgów.

Gorzej jest natomiast z drugim warunkiem tureckiego przywództwa, czyli równowagą w regionie. Jak twierdzą Amerykanie, jeśli nic się nie zmieni, Iran za rok lub dwa będzie miał bombę atomową. Turcy mogą, oczywiście, poklepywać po plecach Mahmuda Ahmadineżada i gratulować mu wygranej w ostatnich „demokratycznych wyborach”, jak to uczynił Davutoğlu. Nie zmieni to jednak faktu, że Turcja i Iran stają się regionalnymi rywalami i jeśli Teheran zdecyduje się na konfrontację z Zachodem, Turcja stanie przed wyborem, którego przez ostatnie siedem lat próbowała uniknąć: powrócić do ostentacyjnego sojuszu z USA i zapewnić sobie ochronę przed nieprzewidywalnym Teheranem czy bronić pozycji niezależnego lidera regionu?

W dolinie wilków

Ekipa Obamy próbuje odbudować wizerunek Ameryki, który nad Bosforem sięgnął dna za prezydentury George’a Busha. Do dziś najbardziej kasowym filmem w historii tureckiej kinematografii jest „Dolina wilków – Irak” z 2006 r. To prawdziwa historia tureckich żołnierzy, schwytanych przez Amerykanów w północnym Iraku przy granicy z Turcją. Żołnierze ci byli bici, poniżani, a na koniec wydani tureckiej armii ze związanymi rękami i w workach na głowach. W sondażu, przeprowadzonym kilka miesięcy po emisji filmu, Amerykanie byli dla Turków najbardziej znienawidzonym narodem na świecie.

Sytuacja poprawiła się nieco po kwietniowej wizycie Obamy w Turcji, ale w plebiscycie na najpopularniejszego polityka z zagranicy amerykański prezydent wciąż przegrywa tu z Ahmedineżadem. Gdyby dziś Erdoğan publicznie zapowiedział budowę amerykańskiej tarczy w Turcji, nie miałby czego szukać w tureckiej polityce. – Premier sam jest częściowo odpowiedzialny za te antyamerykańskie nastroje – przekonuje Sami Kohen z dziennika „Milliyet”. – Łatwo było zdobywać kolejne punkty poparcia krytykując Amerykanów. Teraz turecki rząd ma problem, bo jak wytłumaczyć obywatelom, że irańskie zagrożenie rzeczywiście istnieje i że amerykańska tarcza antyrakietowa może być jedyną osłoną przed irańskimi rakietami?

Część tureckich ekspertów potwierdza, że zakup Patriotów jest wstępem do budowy w Turcji amerykańskiej tarczy antyrakietowej. Sprzedane Ankarze po preferencyjnych cenach baterie PAC-3 będą w przyszłości chronić naziemne wyrzutnie rakiet przechwytujących SM-3. Ci sami eksperci są również przekonani, że taki rozwój wydarzeń znów podporządkuje turecką politykę zagraniczną amerykańskim interesom w regionie. Na dodatek tarcza nie daje Turcji żadnych gwarancji bezpieczeństwa. Amerykańskie rakiety już kiedyś stacjonowały w Turcji, ale gdy w 1963 r. Waszyngton dogadał się z Moskwą w sprawie wycofania radzieckich rakiet z Kuby, w zamian sam wycofał rakiety Jupiter z Turcji. Bez żadnej konsultacji z Ankarą.

 

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Czytaj także

Świat

Kontrowersyjna rolna rewolucja

Lada dzień na Ukrainie rozpocznie się rolna rewolucja. To najbardziej oczekiwana i kontrowersyjna obietnica Wołodymyra Zełenskiego.

Oleksandra Iwaniuk
25.01.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną