Reportaż: Skąd się biorą łososie norweskie

Grube ryby
Norweskie łososie z Morza Barentsa są hodowane na fermach. Ryby tuczy się w klatkach zanurzonych w wodach fiordów.
Ania w drodze na swoją lokalizację.
Ilona Wiśniewska/Polityka

Ania w drodze na swoją lokalizację.

W ostatnim kwartale 2011 r. cena za kilogram łososia spadła do 5,5 korony,a jeszcze w 2010 r. wynosiła 9 koron.
Ilona Wiśniewska/Polityka

W ostatnim kwartale 2011 r. cena za kilogram łososia spadła do 5,5 korony,a jeszcze w 2010 r. wynosiła 9 koron.

Łososie muszą zjeść średnio 20 kg karmy na minutę. Ania wpatruje się w monitor z czarno-białym obrazem z dna morza, który z jednej strony wygląda jak zaglonione akwarium, a z drugiej jak prototyp słynnego w swoim czasie windowsowskiego wygaszacza ekranu z bajecznie kolorowymi rybami. – A te dzisiaj mają szalony apetyt! – klika w ikonę nakarm, następuje miarowy szum i ekran zaczyna się zagęszczać – to znak, że ryby przybierają na wadze, a Ania może się spokojnie napić kawy.

Z Gdyni przypłynęła do północnej Norwegii przez Spitsbergen. Zajęło jej to trzy lata, ale nadłożone tysiąc kilometrów tylko zwiększyło dystans do rozpoczętego już doktoratu w Instytucie Oceanologii PAN i do uświadomienia sobie, że badania biologii morza są nie dla niej. Na Spitsbergenie zbierała szklanki w dyskotece, wydawała śniadania w hostelu, pracowała w wypożyczalni skuterów, a w samej Norwegii przy budowie domów i znaczeniu reniferów w saamijskim Kautokeino. Zawsze z przyjaciółką Kamilą.

Ferma

O fermie rybnej powiedział Ani kolega. Wielokrotność studenckiego stypendium wypłacana w koronach norweskich tylko przypieczętowała sprawę i w taki oto sposób laboratorium przegrało z łososiem, a Kamila musiała przenieść się ze swoim doktoratem do Tromsø. Teraz dziewczyny są od siebie kilkaset kilometrów i widują się przez dwa tygodnie w miesiącu. Znajomi nazywają je tik-taki. Ania, rocznik 1984, drobna blondynka z wyboru, potrzebę posiadania wysokich obcasów odczuła dokładnie po pierwszych dwóch tygodniach przepracowanych na fermie. Nie lubi ptaków większych niż wróble, norweskiej kawy, polskich mężczyzn i jak jej pod pokładem hałasuje złośliwy poltergeist.

Od prawie roku pracuje jako akvatekniker u jednego z największych producentów łososi w regionie. Firma działa w Finnmarku – najbardziej północnym regionie Norwegii – od ponad 30 lat. Poza tym ma swoje bazy w południowym okręgu Rogaland, na Szetlandach i w Kanadzie. Zatrudnia prawie dwieście osób. Narodziny – dorastanie – śmierć. Wylęganie – karmienie – ubijanie. W oddziale, który odpowiada za karmienie, łosoś żyje nie dłużej niż dwa i pół roku, i do tego czasu powinien ważyć średnio 5,5 kg.

Akvatekniker karmi ryby w tzw. matfisk (norw. mat – posiłek, fisk – ryba), co w wolnym tłumaczeniu można by nazwać rybią stołówką. Ania nie jest jednak pewna, czy to dobre słowo. Jeśli już, to na pewno nie fast food. Karmienie wymaga czasu. Ryby szybko się stresują i wtedy nie jedzą. Dlatego muszą mieć względny spokój i dobre warunki. Gdy się stresują, to skaczą nad wodę, ale Ania słyszała też, że czasem skaczą ze szczęścia. Hodowla odbywa się w tzw. marach, czyli klatkach na wodzie. Każda z nich ma 90 m w obwodzie i może pomieścić 25 kg ryb na metr sześcienny, co daje średnio 120 tys. łososi w jednej klatce. Mary z małymi rybami są podświetlane w nocy, żeby te szybciej rosły i jadły całą dobę. Każdą klatkę przykrywa namiot z siatki chroniącej przed ptakami. Skupiska klatek tworzą lokalizację, a każda z nich ma jednego lub dwóch opiekunów. Jeden opiekun na siedem klatek – w sumie jakieś 800 tys. paszczy do wykarmienia. Nie ma tu wielu kobiet. Ania jest jedyną Polką. Kilogram karmy przypominającej kocie chrupki (mieszanki sprasowanej soi albo oleju rzepakowego i rybnego tłuszczu), która smakuje podobnie jak wygląda, kosztuje 8 koron (ok. 4,50 zł), a dziennie zużywa się średnio 5 ton na klatkę. Szczęka łososia hodowlanego nie jest przystosowana do regularnego żeru, a to znaczy, że ten nigdy nie przetrwałby na wolności. Na wolności żyją dzikie łososie, które z krewnym z chowu klatkowego mają niewiele wspólnego. Niby ten sam gatunek, ale wiele różnic. – To jak między Polakami a Norwegami – biolog próbuje obrazowo przedstawić sprawę laikowi. – Różnice tkwią w szczegółach. Priorytetem każdej firmy jest niedopuszczenie do krzyżowania się łososia z fermy z tym dzikim. Na stłoczonych w ogromnych grupach rybach hodowlanych żyją bowiem pasożyty skóry, które co prawda nie są niebezpieczne dla ludzi, ale stanowią duże zagrożenie właśnie dla dzikich osobników. Poza tym miejsce, w które wczepia się pasożyt, podobno bardzo boli rybę. Odrobaczanie polega na dodawaniu do jedzenia antybiotyku (co jednak zmienia jego smak, ryby nie jedzą jak powinny i marnują karmę), a jeśli to nie pomaga, na rozpylaniu środka odkażającego pod ciśnieniem, czego jednak co słabsze osobniki nie przeżywają. Łosoś nie może uciec. Im jest większy, tym ma mniej ruchu i dlatego jego mięso jest bardziej tłuste.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną