Świat

Kebab wyborczy

Wybory w Niemczech: Głosy imigrantów na wagę złota

Angela Merkel z kebabem podczas festynu chadeków w Berlinie. Angela Merkel z kebabem podczas festynu chadeków w Berlinie. Thomas Peter/Reuters / Forum
Emigranci zdecydują o wynikach wyborów w Niemczech, nawet jeśli jeszcze nie tych wrześniowych, to pewnie następnych. Chrześcijańscy demokraci biją się więc z SPD o głosy muzułmanów. Tylko o Polakach wszyscy zapomnieli.
W trakcie wrześniowych wyborów cudzoziemcy mogą się okazać „języczkiem u wagi”.André Zehetbauer/Flickr CC by 2.0 W trakcie wrześniowych wyborów cudzoziemcy mogą się okazać „języczkiem u wagi”.

Berlin, ogród Pałacu Następców Tronu. Trwa letni festyn chadeków. Minister transportu Peter Ramsauer tradycyjnie pozuje z kuflem bawarskiego piwa, ale kanclerz Angela Merkel najwyraźniej celuje w inny elektorat. W błysku fleszy demonstruje, jak się kroi mięso na kebab. To widomy znak, że zbliżają się wybory – już 22 września Niemcy wyłonią posłów do nowego Bundestagu. – Imigranci stają się dla partii politycznych coraz ważniejsi – twierdzi dr Orkan Kösemen, politolog z Fundacji Bertelsmanna, autor raportu „Gdy cudzoziemcy stają się wyborcami”. Już co dziesiąty obywatel uprawniony do głosowania ma imigranckie korzenie. Gra toczy się o 5,5 mln głosów.

„Mogą się okazać języczkiem u wagi” – ocenia „Die Welt”. Tak było w 2002 r., gdy lewicowa koalicja Gerharda Schrödera o włos pokonała chadeków i liberałów. Turecki dziennik „Hürriyet” nazwał wówczas Schrödera „kanclerzem z Kreuzbergu”, bo w tej wielokulturowej dzielnicy Berlina SPD i Zieloni uzyskali szczególnie duże poparcie.

U schyłku zimnej wojny preferencje polityczne tej grupy były łatwe do odgadnięcia. Wyborcy pochodzący z Polski czy ZSRR tradycyjnie głosowali na chadeków. CDU pod wodzą Helmuta Kohla i bawarska CSU Franza Josefa Straussa symbolizowały bowiem antykomunizm. Z kolei byłym gastarbeiterom – imigrantom z Turcji czy krajów arabskich – bliżej było do socjaldemokratów z SPD. Trafiali do środowiska robotniczego i często stykali się ze związkami zawodowymi. Raziła ich za to narodowa retoryka chadeków i deklarowane przez nich przywiązanie do chrześcijańskiej cywilizacji. Tamte podziały w dużym stopniu przetrwały do dziś. Ale o głosy imigrantów coraz śmielej zabiegają Zieloni, a nawet post­komunistyczna lewica.

Samozagłada Niemiec

Na czele partii ekologów stoi dziś Cem Özdemir, syn Czerkiesa i Turczynki ze Stambułu. To właśnie Zieloni wystawili w tegorocznych wyborach do Bundestagu najwięcej – bo aż 23 – kandydatów z imigranckim rodowodem. Już teraz ekologów reprezentują w parlamencie posłowie urodzeni w Turcji, Iranie czy – jak Jerzy Montag i Agnieszka Brugger – w powojennej Polsce. Ich partyjny kolega Hans-Christian Ströbele – jeden z weteranów Zielonych – co jakiś czas szokuje zaś radykalnymi proimigranckimi pomysłami. Proponował m.in., by jedno z muzułmańskich świąt uczynić w Niemczech dniem ustawowo wolnym od pracy, skreślając w zamian święto chrześcijańskie. Chciał też, żeby niemieccy policjanci i policjantki mogli nosić turbany i chusty.

Mniejsze partie mogą pozwolić sobie na więcej – tłumaczy Kösemen. Zwłaszcza Zieloni, których grupa docelowa to przede wszystkim ludzie wykształceni, młodzi i w średnim wieku, z dużych miast, o mocno lewicowych i liberalnych poglądach.

Co ciekawe, znacznie gorzej pod względem niechęci do cudzoziemców wypada elektorat SPD – wyprzedza w tej kategorii wyborców chadeckich i ustępuje tylko skrajnej prawicy. To antyimigranckie oblicze socjaldemokratów symbolizuje Thilo Sarrazin, były senator Berlina i członek zarządu Banku Federalnego. Trzy lata temu opublikował bestsellerową książkę „Samozagłada Niemiec” – płomienny manifest przeciwko imigracji z krajów muzułmańskich. „Z dużej liczby Arabów i Turków w Berlinie nie ma żadnego pożytku, jeśli nie liczyć handlu owocami i warzywami” – głosi Sarrazin. Władze SPD poważnie zastanawiały się nad wyrzuceniem go z partii, ale nie spadł mu włos z głowy. Może dlatego, że – jak pokazał Barometr Polityczny telewizji ZDF – połowa wyborców SPD podpisuje się pod tezami tego kontrowersyjnego autora.

Oficjalnie SPD przekonuje, że Sarrazin to w jej szeregach wyjątek. Szef socjaldemokratów Sigmar Gabriel uważa, że Niemcy potrzebują pilnie podwójnego obywatelstwa, sędziów, nauczycieli i policjantów z obcymi korzeniami, w końcu też większego wsparcia dla nauki języków w szkołach i przedszkolach. W gabinecie cieni Peera Steinbrücka, kandydata SPD na kanclerza, znalazło się miejsce dla bezpartyjnej profesor Yasemin Karakaşoğlu. Ma tureckie korzenie i szansę, by zostać nową minister nauki.

„Bez wątpienia SPD to partia imigrantów” – zarzeka się jej wiceprzewodnicząca Aydan Özoğuz, córka tureckich gastarbei­terów. Socjaldemokraci w czasie swoich rządów nie dotrzymali jednak kluczowej dla wielu przybyszów obietnicy – prawa do podwójnego obywatelstwa. W tej chwili urodzone w Niemczech dzieci zasiedziałych imigrantów muszą z chwilą osiągnięcia pełnoletniości wybrać między paszportem niemieckim a paszportem kraju pochodzenia swoich rodziców.

Chadecy jak republikanie

Ani ta sprawa, ani casus Sarrazina najwyraźniej nie zaszkodziły socjaldemokratom. Niemal dwie trzecie Niemców tureckiego pochodzenia wciąż popiera SPD. W tej samej grupie wyborców chadecy Angeli Merkel mogą liczyć na zaledwie 7 proc. głosów – wynika z majowego sondażu instytutu Data 4U.

„Nie trzeba być specjalnie dobrym z rachunków, żeby przewidzieć, jaka przyszłość czeka CDU, jeśli nie będzie elastyczna. Co trzecie ­dziecko urodzone w Niemczech pochodzi z rodziny imigranckiej” – zauważa tygodnik „Focus”. Wiceprzewodniczący chadeków Armin Laschet ostrzega, że CDU musi się otworzyć na imigrantów. W przeciwnym razie stanie się w końcu partią białych starych mężczyzn, tak jak republikanie w USA.

To trafna analogia. W Stanach Zjednoczonych republikanom coraz trudniej wygrywać wybory prezydenckie, bo nie potrafią przekonać do siebie rosnącej grupy wyborców latynoskich i afroamerykańskich. Niemieccy chadecy na razie prowadzą w sondażach, ale już teraz regularnie zbierają cięgi w wyborach burmistrzów dużych miast. Tak było w marcu nawet w Wiesbaden, uważanym do niedawna za bastion CDU. A właśnie w dużych miastach odsetek imigrantów jest szczególnie wysoki.

W niektórych klasach prawie 100 proc. uczniów ma obce korzenie – mówi dr Andreas Wójcik. On sam miał 16 lat, gdy w 1988 r. przeprowadził się z Brzegu na Opolszczyźnie do RFN. Osiem lat temu założył Unię Migrantów – nieformalną grupę zrzeszającą polityków CDU z zagranicznym rodowodem. Inicjatywę poparła prof. Rita Süssmuth, była przewodnicząca Bundestagu. Ale nie wszyscy w partii byli zachwyceni. – Dla nich to było coś egzotycznego – tłumaczy Wójcik. Jego cel jest jasny: sprawić, by także imigranci o centroprawicowych poglądach aktywniej angażowali się w politykę.

„Jestem katoliczką i konserwatystką, nie było dla mnie innego wyboru niż CDU” – tłumaczyła w niemieckich mediach Katarzyna Dębicka, rocznik 1979. Jej obecność w zarządzie miejskim CDU w brandenburskim Falkensee to żywy dowód na to, że chadeckie ugrupowanie powoli się zmienia. Zdaniem krytyków to jednak wciąż za mało. Angela Merkel potrafiła przełamać opór własnej partii w tak istotnych sprawach, jak rezygnacja z energii atomowej czy zniesienie obowiązkowej służby wojskowej. W kwestii imigrantów postępuje bardziej zachowawczo – nowy styl owszem, ale bez zasadniczych zmian programowych.

Prawicowy szpagat

Z jednej strony mamy więc gesty dobrej woli pod adresem imigrantów. Coraz częściej eksponowane stanowiska w CDU obejmują muzułmanie. Trzy lata temu Aygül Özkan, urodzona w Hamburgu córka imigrantów z Ankary, objęła resort ds. społecznych, kobiet, rodziny, zdrowia i integracji w landzie Dolna Saksonia. Była to pierwsza w Niemczech polityk tureckiego pochodzenia na stanowisku ministerialnym. Media pisały o „nowoczesnej twarzy CDU”. Część partyjnych kolegów była jednak poirytowana. Zwłaszcza gdy Özkan ogłosiła, że w publicznych szkołach nie widzi miejsca dla krzyży. Na grudniowym zjeździe członkowie CDU wybrali ją do zarządu partii. Jest tam jedną z trzech działaczek o tureckich korzeniach. I jedną z czworga muzułmanów.

Niemal pewna miejsca w Bundestagu po wrześniowych wyborach może być 35-letnia Cemile Giousouf. Kandyduje z nominacji CDU w jednomandatowym okręgu wyborczym, a dodatkowo jest zabezpieczona niezłym miejscem na liście krajowej. W dżinsach, skórzanej kurtce i designerskich okularach nie wygląda na stereotypową muzułmankę. Ale jedno z ostatnich spotkań wyborczych zorganizowała w meczecie. „Jak muzułmanka może reprezentować partię chrześcijańską? Czy to nie tak, jakby wegetarianin starał się o miejsce w cechu rzeźników?” – pyta „Focus”. Muzułmanie, tak jak chadecy, są przecież religijni i prorodzinni – odpowiada Giousouf. Nie wszystkich to przekonuje. Na forach internetowych pojawiły się złośliwe komentarze, że CDU – w końcu Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna – zmieni wkrótce nazwę na MDU, czyli Unię Muzułmańsko-Demokratyczną.

Do tego jednak wciąż daleko. W najnowszym programie wyborczym chadecy nadal wyraźnie odrzucają członkostwo Turcji w Unii Europejskiej. Nie chcą też ustąpić w sprawie podwójnego obywatelstwa ani pomysłu, by w wyborach komunalnych mogli głosować także cudzoziemcy spoza Unii Europejskiej.

W ostatnich latach chadeccy politycy nieraz irytowali niemieckich muzułmanów. Kanclerz Merkel ogłosiła, że polityka multikulturalizmu poniosła klęskę. Z kolei Volker Kauder, szef chadeckiej frakcji w Bundestagu, stwierdził, że islam „nie należy do Niemiec”. Horst Seehofer, premier Bawarii i szef tamtejszej CSU, ogłosił zaś, że „do ostatniego naboju” będzie się bronił przed napływem imigrantów, którzy chcą wykorzystać niemiecki socjal.

To puszczanie oka do konserwatywnej części elektoratu, która nadal myśli zachowawczo. Tygodnik „Die Zeit” pisze o problematycznym szpagacie między tradycyjnymi wartościami CDU i oczekiwaniami „nowych Niemców”. Ryzyko tej strategii polega na tym, że może ona zniechęcić i muzułmańskich wyborców, i najwierniejszy chadecki elektorat.

Notowań CDU w społeczności muzułmańskiej nie poprawi też niedawna publikacja tygodnika „Der Spiegel”. Magazyn przytoczył odtajnioną notatkę z rozmowy Helmuta Kohla z brytyjską premier Margaret Thatcher w 1982 r. Chadecki kanclerz nie ukrywał, że chciałby pozbyć się z RFN połowy Turków, płacąc tym, którzy zdecydują się na wyjazd. „Niemcy nie mają problemu z Portugalczykami, Włochami, nawet południowo-wschodnimi Azjatami, bo te społeczności dobrze się integrują. Ale Turcy wywodzą się z bardzo odmiennej kultury” – miał tłumaczyć w czasie rozmowy z Thatcher.

Festyn bez bigosu

Wówczas takie słowa wcale nie szokowały. – Dziś trudno już byłoby wygrać wybory, prowadząc kampanię przeciwko imigrantom – mówi Kösemen. Niemieckiemu społeczeństwu nadal jednak daleko do otwartości. Tylko 11 proc. Niemców cieszyłoby się, gdyby przyszły kanclerz był obcego pochodzenia. Prawie jedna trzecia byłaby z tego niezadowolona, jak wynika z sondażu ośrodka YouGov na zlecenie agencji prasowej DPA.

W tegorocznych wyborach do Bundestagu w trzech z 16 landów wystartuje mimo to Sojusz na rzecz Innowacji i Sprawiedliwości (BIG) – partia założona przez muzułmanów i z myślą o imigrantach. „Za dziesięć lat będziemy w rządzie” – odgrażał się już İsmet Mısırlıoğlu, jeden z jej liderów. Zapewne przesadza, ale liczące się ugrupowania powinny potraktować jego słowa poważnie. Jeśli zawiodą imigrantów, prędzej czy później powstaną nowe partie, które zagospodarują ten elektorat.

Czy będzie wśród nich partia niemieckich Polaków? To akurat mało prawdopodobne, choć szacuje się, że uprawnionych do głosowania w wyborach do Bundestagu jest prawie 800 tys. osób pochodzących z Polski. – Polskojęzyczna społeczność w Niemczech ma niewiele wspólnych interesów, które nie byłyby zaspokojone – mówi Kösemen. Podwójne obywatelstwo, możliwość łączenia rodzin czy przeciwdziałanie dyskryminacji – sprawy tak istotne dla przybyszów z krajów muzułmańskich – dla Polaków mają mniejsze znaczenie, bo ich sytuacja jako obywateli Unii Europejskiej jest wyraźnie lepsza. Mała aktywność polityczna Polonii to więc w jakiejś mierze dowód normalności. Z drugiej strony niemieccy politycy nie czują presji, by przypodobać się polskim wyborcom. Raczej więc nie zobaczymy Angeli Merkel serwującej bigos na przedwyborczym festynie.

Polityka 33.2013 (2920) z dnia 11.08.2013; Świat; s. 44
Oryginalny tytuł tekstu: "Kebab wyborczy"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną