Świat

Ile kosztuje Francja

Bogactwo i korupcja to tematy, które zdominowały francuską kampanię prezydencką.

Republikański kandydat na prezydenta  François Fillon mimo afery korupcyjnej nie zrezygnował z ubiegania się o urząd. Republikański kandydat na prezydenta François Fillon mimo afery korupcyjnej nie zrezygnował z ubiegania się o urząd. Stephane Mahe/Reuters / Forum
Nigdy wcześniej prokuratura nie prowadziła postępowania przeciw oficjalnemu kandydatowi na najwyższe stanowisko w państwie.
Marine Le Pen, szefowa Frontu NarodowegoThibaud Moritz/IP3/Getty Images Marine Le Pen, szefowa Frontu Narodowego
Emmanuel Macron, założyciel ugrupowania En Marche!Robert Pratta/Reuters/Forum Emmanuel Macron, założyciel ugrupowania En Marche!

Wszystkie wybory w V Republice cechował prosty dylemat: albo prawica (gaulliści i ich następcy, dziś republikanie), albo lewica (socjaliści). Po historycznie niskich notowaniach socjalistycznego prezydenta François Hollande’a logicznym jego następcą powinien być ktoś z republikanów. Partia zorganizowała więc prawybory, które dość niespodziewanie wygrał François Fillon, były premier za poprzedniego prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego.

Fillon z pewnym napuszeniem podkreślał swoje wartości: bezwzględna uczciwość, powaga, dbałość o fundusze publiczne, oszczędność, a nawet pobożność. Według niego odpowiedzialny polityk nie może sobie pozwolić, by ciążyło na nim najmniejsze nawet podejrzenie. „Kto mógłby sobie wyobrazić generała de Gaulle’a poddanego dochodzeniom?” – mówił, kiedy walczył ze swym rywalem, poprzednim prezydentem Sarkozym, przeciw któremu toczy się właśnie postępowanie o nielegalne przyjmowanie pieniędzy na kampanię.

I nagle bomba. Tygodnik satyryczny „Le Canard Enchaîné” podał, że Fillon na stanowisku asystentów parlamentarnych fikcyjnie zatrudniał żonę i dzieci, a suma ich wynagrodzeń sięgała setek tysięcy euro. Co więcej, jego żona pobrała 100 tys. euro honorariów z renomowanego miesięcznika literackiego, choć redaktor naczelny nigdy o niej nie słyszał.

Nigdy wcześniej prokuratura nie prowadziła postępowania przeciw oficjalnemu kandydatowi na najwyższe stanowisko w państwie. Wydawało się oczywiste, że Fillon zrezygnuje – tak jak szef jego kampanii wyborczej – tymczasem wybrał najgorszą linię obrony: nie tylko wszystkiemu zaprzecza, lecz jeszcze atakuje wymiar sprawiedliwości, oskarża urzędującego prezydenta i media o spisek polityczny.

Senior francuskiej adwokatury Henri Leclerc, honorowy prezes Ligi Praw Człowieka, ocenił, że sytuacja jest niezwykle poważna, że wypowiedzi Fillona atakujące sędziów zagrażają podstawom państwa. Tygodnik „Le Nouvel Observateur” zamieścił portret Fillona na okładce z tytułem: „Czy ten człowiek jest niebezpieczny?”. Kilku znanych polityków republikańskich ostrzega, że partia, popierając dalej Fillona, popełni zbiorowe samobójstwo, lecz z drugiej strony wielu przy nim trwa, bo procedura wyborcza ruszyła i partia nie może już zarejestrować innego kandydata.

Korupcja na całego?

Przy okazji media przypomniały, że Fillon zakupił i urządził rezydencję tak okazałą, że trudno byłoby wyjaśnić, skąd miał na to fundusze. „François należy do pokolenia, któremu wszystko było wolno, i to pewnie dlatego z opóźnieniem uświadomił sobie powagę sytuacji” – objaśnia 40-latek, jeden z byłych ministrów w rządzie Fillona. Ale którego pokolenia? Bo było ich kilka.

Za prezydentury François Mitterranda wybuchła sprawa jego przyjaciela, adwokata Rolanda Dumasa, ministra spraw zagranicznych. Przy okazji badania korupcji we flagowym koncernie francuskim Elf (ropa naftowa, chemia) wyszło na jaw, że kochanka Dumasa Christine Deviers-Joncour – zatrudniona bez żadnych kwalifikacji ani doświadczenia zawodowego – otrzymywała ogromne pieniądze od Elf, a także od koncernu zbrojeniowego Thomson. Thomson starał się o zezwolenie na eksport okrętów dla Tajwanu, które mógł wydać właśnie Dumas, ówczesny minister. Kobieta napisała później wspomnienia pod tytułem „Dziwka republiki”, skazano ją na trzy lata więzienia.

Za kadencji Hollande’a aż pięciu ministrów odeszło z powodu zarzutów korupcji lub oszustw podatkowych. Szczytem wszystkiego była afera Jérome’a Cahuzaka, ministra budżetu, właśnie do walki z oszustwami podatkowymi. Nadzorował postępowania wobec licznych wysoko postawionych podejrzanych, a okazało się – w marcu 2013 r. – że sam dopuszczał się takich oszustw, ostatecznie skazano go na trzy lata więzienia.

Ta choroba nie dotyczy tylko partii głównego nurtu: Marine Le Pen już od dwóch lat ma na głowie prokuraturę pod zarzutem całego systemu defraudacji funduszy Parlamentu Europejskiego – zadłużony Front Narodowy trzeba było ponoć ratować fikcyjnymi etatami personelu, opłacanymi przez Strasburg. Prokuratura bada też jakieś niejasne pożyczki partii Le Pen.

Kiedy tylko wybuchła afera Cahuzaka, uważano, że będzie elektrowstrząsem dla klasy politycznej w kraju, powołano dodatkową instytucję w państwie: Wysoką Władzę na rzecz Przejrzystości Życia Publicznego. Ale nic szczególnego nie nastąpiło i tym się dziś tłumaczy, dlaczego Fillon po ujawnieniu swojej afery nie wycofał się z rywalizacji o urząd prezydenta. Być może nie dociera do niego, jakie oburzenie i niesmak wywołał wśród wyborców.

Dziś łeb w łeb w sondażach dominują dwie postaci: Marine Le Pen, szefowa Frontu Narodowego, oraz jedyna teraz nadzieja przewidywalnej, europejskiej Francji 39-letni Emmanuel Macron, „ojcobójca Hollande’a” – kiedyś w Partii Socjalistycznej – który założył własne ugrupowanie En Marche!, czyli: w drogę, naprzód (jego sylwetkę opisywaliśmy w POLITYCE 11/15). Fillon, według sondaży, może przegrać nawet z lewicowymi radykałami.

Inny świat

– Fillon przepadł? – pytam dwóch pracowników warsztatu samochodowego w Prowansji. Uważają, że tak. Zarzut zdefraudowania milionów jest dla szarego człowieka trochę abstrakcyjny, natomiast pobieranie na lewo dodatkowej pensji asystenta parlamentarnego – 6 tys. euro co miesiąc – każdy może porównać ze swoimi dochodami i to budzi oburzenie – mówią. Tym bardziej że Fillon chwalił się oszczędzaniem grosza publicznego.

– A więc przejdzie Macron, bo młody, rzutki? – dopytuję. Okazuje się, że nie są wcale jego wyborcami. – On jest tworem mediów, a to jest z grubsza ten sam świat co politycy – odpowiadają. – U władzy są ciągle ludzie tego samego pokroju, tej samej klasy. Dawniej mieliśmy na górze swoich przedstawicieli, był np. Henri Krasucki (sekretarz komunizującej centrali związkowej CGT), taki jak my, z ludu. A nie z jednej tej samej ENA (elitarna Szkoła Administracji Publicznej, rezerwuar francuskich kadr państwowych), oderwanych od prawdziwego życia. Nie wypadało pytać, na kogo głosują, ale argumentacja wskazywała na Front Narodowy, bo „bliżej ludu”.

Inne rozmowy dotyczyły Unii Europejskiej. Tłumaczyłem, jak Polacy ją popierają, jak bardzo na niej skorzystali. – A Francja bardzo straciła – słyszałem kilkakrotnie. Przez imigrantów, przez brak kontroli granic, właściwie przez wszystko. Jean-François, emeryt z Normandii, pytany o ogólny nastrój przedwyborczy, mówi: – Naprawdę, dalej już nie może być tak jak dotąd. Kiedy domagam się przykładów, podaje takie: mer nie pozwolił mu trzymać kilku owiec przy domu. Muszą być kolczykowane i rejestrowane. Na pobliskim targu wiejskim nie można jak dawniej kupić mięsa. – To wina Unii? – pytam. Inny rozmówca przerywa, pyta z kolei, czy wiem, że rolnicy mają tak źle, że zdarzają się samobójstwa z powodu sytuacji finansowej. – Bo stracili na euro – mówi.

Znów więc wypływa argumentacja Le Pen. Twardo domaga się ona wyjścia Francji ze strefy euro, a co do pozostania w Unii – zapowiada referendum. W programie telewizyjnym zderzyła się z ekspertem, na miejscu wyliczającym plusy i minusy tez polityków. Ekspert przyznawał, że powrót Francji do franka zwiększyłby francuski eksport, ale spodziewaną dewaluację waluty narodowej wycenił na 15–20 proc., mówił o zahamowaniu inwestycji i rujnacji firm, które zaciągnęły kredyty w euro. Marine Le Pen w odpowiedzi w ogóle nie odniosła się do przedstawionych argumentów. Lekceważąco mówiąc „pan ekspert”, przypomniała tylko, że instytut, w którym on pracuje, finansowany jest przez jakąś międzynarodową organizację.

Tak dalej być nie może

Zwycięstwo Le Pen oznaczałoby dla Francji zerwanie tandemu z Niemcami, a zatem koniec całego projektu europejskiego. Jest to mało prawdopodobne, ale jeśli boimy się takiego scenariusza, to może dlatego, że przeoczyliśmy dwa wydarzenia z niedawnej historii Francji.

21 kwietnia 2002 r. zdarzyło się coś niesłychanego w historii V Republiki. Do drugiej tury wyborów prezydenckich przeszedł Jean-Marie Le Pen, przywódca Frontu Narodowego, ojciec dzisiejszej liderki. Nie tylko przeszedł – Francja, ojczyzna Wieku Świateł, dała mu więcej głosów niż kandydatowi rządzących socjalistów, premierowi Lionelowi Jospinowi. Ostatecznie w decydującej drugiej turze Le Pen przegrał aż 18 do 82 z prawicowcem Jacques’em Chirakiem, bo reszta sił politycznych zmobilizowała się przeciw Le Penowi.

Ale Chirac zaraz zapomniał, że swoje zwycięstwo zawdzięczał także głosom lewicy – mówi Maryse, emerytowana nauczycielka z Rouen. I zapowiada, że jeśli do drugiej tury przeciw córce Le Pena stanie Fillon, to już drugi raz na prawicę nie zagłosuje, tylko odda głos nieważny. Z badań wynika, że dziś we Francji jest historycznie największa liczba wyborców niezdecydowanych – aż około 40 proc.

Druga zapomniana data to 29 maja 2005 r. 54,67 proc. Francuzów odrzuciło wtedy w referendum projekt traktatu konstytucyjnego dla Europy. Francja, ojczyzna Schumana i Monneta, powiedziała „nie”, co Serge July, wówczas dyrektor dziennika „Libération”, tak opisywał: „Klęska, epidemia populizmu, który zmiata wszystko na swej drodze, budowę Unii, jej rozszerzenie, elity, powstrzymanie liberalizmu, reformy, internacjonalizm, nawet szczodrość w pomocy”. Słowem, Francja przestaje być Francją, nie poznajemy już Francuzów. Może to były prorocze słowa?

Niemal pewne jest, że ani tradycyjna lewica, ani tradycyjna prawica nie doprowadzą swoich kandydatów do drugiej tury. Obie partie czeka więc degrengolada albo rozsypka. Macron przedstawia się konsekwentnie: „ani lewica, ani prawica”. To coś we Francji zupełnie nowego. Z kolei, czy jest możliwe, by Le Pen pozostała przy swoich dziś 25–28 proc. zadeklarowanych w sondażach wyborców? Przytaczany tu pogląd, że „tak dalej nie może być”, musi się jakoś wyrazić.

Analityk „Le Monde” Benoît Hopquin pisze, że znana z przełomowych momentów politycznych „milcząca większość” to dzisiaj „Francja peryferyjna”, „kraj realny”, „głęboka Francja”, której nikt właściwie nie jest pewien. Albo jeszcze inaczej: skoro tradycyjna linia podziału lewica–prawica traci sens, to trzeba raczej mówić o Francji społeczeństwa otwartego i Francji zamkniętej.

Wstyd bogactwa

Możliwe, że o ostatecznym wyniku przesądzą dwie kwestie: stosunek do uchodźców i polityka podatkowa. Emmanuel Macron twierdzi, że dotychczasowa polityka Francji przyjmującej uchodźców, zgodnie z dewizą republiki o braterstwie, jest właściwa. Trzeba tylko skrócić okres badania starających się o azyl, a tych, którzy nie spełnią kryteriów, odsyłać z powrotem do granicy.

Marine Le Pen – całkiem odwrotnie – mówi, że trzeba drastycznie ograniczyć imigrację – do 10 tys. rocznie, nie legalizować pobytu nielegalnych przybyszów, zaostrzyć kryteria udzielania azylu, a także zmienić historyczne francuskie droit du sol, prawo ziemi, stanowiące, że każde dziecko urodzone we Francji dostaje automatycznie obywatelstwo francuskie, niezależnie od obywatelstwa rodziców.

Afera z fikcyjnymi etatami rodziny Fillona wyostrzyła drugi problem – podatków i stosunku do pieniędzy. Pieniądze to temat tabu w codziennych rozmowach. Janine Mossuz-Lavau z ośrodka Cevipol, która prowadziła badania w tej dziedzinie, była zaskoczona skrępowaniem rodaków. Nawet ci, którzy swobodnie mówili o seksualności, z trudnością wypowiadali się w sprawach dochodów. Nie wypada ani mówić o zarobkach, ani o chęci wzbogacenia się. Zdecydowana większość Francuzów uważa, że nie tylko afiszowanie się z pieniędzmi jest w złym guście, ale w ogóle bogactwo jest źle widziane. Do dziś pamięta się we Francji buty ministra Rolanda Dumas za 5800 euro, podarowane mu przez tę „dziwkę republiki”, i zegarek za 55 tys. euro, który nosił prezydent Sarkozy.

Połowa badanych, zwłaszcza młodych, uważa, że jedyna dziś droga dojścia do pieniędzy to albo dziedziczenie, albo koneksje. Socjologowie twierdzą, że na stosunek do pieniędzy wpłynęła tradycja katolicka i dawna moda na marksizm. Wprawdzie kościoły opustoszały, ale gdzieś w pamięci zbiorowej pozostaje obraz religii biednych. Od wojny – tak jak w Polsce – utrzymuje się przekonanie, że dobra pierwszej potrzeby powinny być powszechnie dostępne, bez względu na dochody.

Wychodzi z tego schizofrenia, bo wyznawana zła opinia o bogactwie zderza się z żądzą posiadania. Świadczą o tym owe rozliczne afery korupcyjne i szukanie rajów podatkowych. Ubiegłoroczna afera Panama papers dotyczyła tysięcy Francuzów i znalazła się na czołówkach głównych dzienników.

Kto pamięta, że w poprzednich wyborach Hollande przeważył szalę propozycją podniesienia najwyższej transzy opodatkowania do 75 proc.? Ostatecznie nigdy tego nie wprowadzono w życie. Ale teraz totemem w kampanii wyborczej może być szczególna, niespotykana w innych krajach europejskich danina: podatek od wielkich majątków (ISF), wprowadzony w 1981 r. po zwycięstwie socjalistów. Płaci go gospodarstwo domowe, którego majątek – nieruchomości, zasoby pieniężne, samochody, biżuteria – przekracza wartość 1,3 mln euro. Chodzi o przetrzepanie bogatych; podatek ISF płaci ok. 350 tys. gospodarstw. I tak: Fillon proponuje znieść ten podatek. Macron chce go zreformować. I ciekawe, że zarówno skrajna lewica, jak i skrajna prawica, czyli Le Pen, głośno go podtrzymują – w imię sprawiedliwości społecznej.

I jeszcze czynnik zwiększający niepewność prognoz. Jeden z ubiegłorocznych sondaży dowodzi, że Francuzi są chyba najbardziej narzekającym społeczeństwem na świecie. Tylko 3 proc. sądzi, że świat idzie ku poprawie. A przecież rozmowy prowadziłem w Prowansji, znanej z opisów urokliwego życia. Cóż, taki charakter.

Marek Ostrowski z Prowansji

Polityka 15.2017 (3106) z dnia 11.04.2017; Świat; s. 48
Oryginalny tytuł tekstu: "Ile kosztuje Francja"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Uzależnieni od uzależnionych

Seks, hazard, komputer – z uzależnionym żyje się na krawędzi. Chciałoby się mieć gwarancję, że nałóg partnera nie powróci. Ale gwarancji nie ma i nie będzie.

Izabela O’Sullivan
17.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną