Świat

Partia Orbána wygrywa wybory na Węgrzech

Partia Orbána wygrywa wybory na Węgrzech

Viktor Orbán, lider zwycięskiej partii Viktor Orbán, lider zwycięskiej partii Viktor Orbán / Facebook
Viktor Orbán zostaje przy władzy na trzecią kadencję. Jego Fidesz prawdopodobnie zdobył większość konstytucyjną, choć na pełne wyniki niedzielnych wyborów musimy poczekać.
Viktor Orbán zostaje przy władzy na trzecią kadencję.Darko Vojinovic/EAST NEWS Viktor Orbán zostaje przy władzy na trzecią kadencję.
Orbán wraz z żoną oddają głos w niedzielnych wyborach.Bernadett Szabo/Forum Orbán wraz z żoną oddają głos w niedzielnych wyborach.

Po niedzielnych wyborach Węgry pozostaną bastionem prawicy w Europie, choć rządzący Fidesz Viktora Orbána swoje najlepsze lata ma już za sobą. Wysoka wygrana tej partii jest niespodzianką – ożywienie na zabetonowanej scenie politycznej miała przynieść wysoka frekwencja. Dokładne wyniki poznamy za tydzień, po zliczeniu głosów z zagranicy.

Wysoka frekwencja to tymczasem ważny sygnał, że Węgrzy nie popadli w apatię i głosują, mimo że partia rządząca w sondażach ma przytłaczającą większość. Płyną z tego wnioski zarówno dla wszystkich partii, jak i uważnie przyglądającym się Węgrom partnerów w Unii i NATO.

Wysoka frekwencja, spóźniona współpraca opozycji

Niepełne, ale oficjalne dane przynoszą szereg zaskoczeń. Największym jest bardzo wysoka frekwencja. Do godz. 18.30 (pół godziny przed zamknięciem lokali) wynosiła 68,13 proc. (w analogicznym czasie w 2014 roku było to 61,7 proc.). Niektóre prognozy mówiły nawet o najwyższej, ponad 75-proc. frekwencji po 1989 roku. Dla porównania: w Polsce najwyższa frekwencja wynosiła do tej pory tylko 68,23 proc. w II turze wyborów prezydenckich w 1994 roku.

Zamknięcie głosowania i ogłoszenie wstępnych wyników przeciągnęły się ponad dwie godziny, bo pod niektórymi lokalami wyborczymi stały długie kolejki. Według prawa każda osoba, która stanie w kolejce do godz. 19.00, ma prawo zagłosować.

Zdaniem części analityków wysoka frekwencja przysporzy Fideszowi problemów – w 2002 roku partia straciła władzę właśnie w takiej sytuacji. Tym razem okazało się inaczej. Po przeliczeniu około 98 proc. głosów rządzący Fidesz zdobył 49 proc. poparcia i około dwóch trzecich mandatów w zgromadzeniu narodowym (w sumie 133). Drugie miejsce zajął Jobbik z 13–14 proc. (26), a trzecie lewica z niecałymi 10 proc. (20).

Opozycja próbowała – do pewnego stopnia – koordynować swoje działania. Wycofując w ostatniej chwili najsłabszych kandydatów w poszczególnych okręgach, chciała podnieść szanse przełamania dominacji kandydatów Fideszu w jednomandatowych okręgach (w ten sposób obsadzanych jest 106 ze 199 miejsc w zgromadzeniu narodowym). Działania te były jednak spóźnione i niewiele przyniosły.

Niespodziewanie wygrana bitwa

Opozycja testowała współpracę wcześniej. Odnotowując niezadowolenie wobec rządzącej partii, przeprowadziła taką właśnie skoordynowaną akcję w wyborach uzupełniających miesiąc temu w miasteczku Hódmezővásárhely. To jeden z bastionów prawicy i kandydat Fideszu zajmował tam w sondażach miejsce daleko przed którymkolwiek z rywali. W ostatnim momencie opozycja porozumiała się i wystawiła tylko jednego kandydata, który niespodziewanie i zdecydowanie wygrał.

Podziałało to na wyobraźnię zarówno opozycji, jak i partii rządzącej, która zaczęła zdradzać oznaki paniki. Dodajmy, że nowy burmistrz Hódmezővásárhely Péter Márki-Zay jest politykiem konserwatywnym, a nie przeszkodziło to m.in. lewicy wesprzeć go walce o stanowisko, ramię w ramię z partią Jobbik.

Zupełnie inny Jobbik

Zmiana w nastawieniu pozostałych partii do Jobbiku będzie dla wielu zapewne największym zaskoczeniem. Jobbik zasłynął organizacją przemarszów rekonstruujących węgierskie związki z nazizmem, uciekał się w przekazach do rasizmu, antysemityzmu czy retoryki antymuzułmańskiej.

Liderzy Jobbiku świadomie zdecydowali cztery lata temu, że będą celować w centrum. Pozwoliło im to uniknąć sondażowego zmiażdżenia przez Fidesz, zawłaszczający już wtedy ich pole i retorykę.

Dziś Jobbik jest głównym konkurentem Fideszu. Partia szła do wyborów pod hasłem rozliczenia Orbána i jego otoczenia z coraz liczniejszych zarzutów korupcji i nepotyzmu. Wspierał ją były skarbnik Fideszu i mediowy potentat Lajos Simecka, który popadł w niełaskę i konflikt z Orbánem.

Dotychczasowy rząd jednak utrzyma się u władzy i to on, zgodnie z groźbami premiera powtarzanymi w kampanii, zajmie się rozliczaniem swoich wrogów – w tym z nieprzychylnymi dziennikarzami i organizacjami pozarządowymi.

Antyliberalny eksperyment Orbána

Ten niebywały w demokracjach obyczaj to niejedyna „innowacja” polityczna Orbána. W istocie cały jego system władzy to wielki antyliberalny eksperyment. On jest jego jedynym architektem i beneficjentem. Nie licząc rzecz jasna Putina, który w Unii zyskał nieocenionego ucznia i poplecznika.

Innowacje polityczne wyrastały tu przez ostatnie osiem lat jak grzyby po deszczu. Zaczynając od końca, najważniejszą być może z dzisiejszego punktu widzenia jest ordynacja wyborcza. Niczym ostatnia reduta władzy została tak spreparowana, by dawać największej skonsolidowanej partii nieproporcjonalny bonus – przy poparciu ledwie 45 proc. Fidesz może uzyskać dwie trzecie miejsc w parlamencie, dające możliwość zmian w konstytucji.

Dodajmy do tego gerrymandering, manipulację granicami obwodów wyborczych, które nie bacząc na tradycyjne związki społeczności lokalnych, sztucznie podwyższają szanse kandydatów Fideszu i obniżają szanse opozycji. Do tego dochodzą profesjonalny system doboru kadr, gwarantujący posłuszeństwo i ciągły dopływ świeżej krwi do partii, brak ciszy wyborczej i automaty wykonujące demotywujące telefony do potencjalnych zwolenników Jobbiku.

O nie mniej oburzającej akcji inwigilacji, zastraszaniu dziennikarzy i aktywistów NGO przy użyciu byłych agentów Mosadu, co opisali ostatnio dziennikarze, można powiedzieć, że to nieco bardziej „tradycyjne” metody.

Przejęta prasa

Prasa zresztą jest kluczowa. Wrogie przejęcia tytułów dotychczas lewicowych i liberalnych po to, by zmienić ich linię na prawicową („Figyelo”) lub je zamknąć („Nepszabadsag”), pokazują, jak groźna jest dla systemu wolność słowa.

Przy bezczynności prokuratury prasa jest w stanie coraz więcej udowodnić: przywłaszczanie dotacji ujawnione przez europejską agencję OLAF, korupcję i nepotyzm w najbliższym otoczeniu i rodzinie premiera, tajemnicze zapisy w kontraktach energetycznych z Rosją, przyjęcie uchodźców przez Węgry wbrew oficjalnej retoryce, biedę i wykluczenie mimo triumfalnie ogłaszanych sukcesów polityki społecznej.

To tematy, które – dobrze udokumentowane i przedstawione opinii publicznej – podważałyby cudotwórcze zdolności polityki obecnego rządu. Dlatego, że są dziewicze i ciągle nie zostały Węgrom uczciwie zrelacjonowane, rząd robi wszystko, by żadne liczące się medium ich nie podejmowało.

Artykuł został napisany przed podaniem wyników, a następnie uaktualniony. Wojciech Przybylski (Visegrad Insight i „Res Publica Nowa”).

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

A gdyby internet przestał działać...

Z internetu korzysta już prawie połowa ludzkości. Co by się stało, gdyby pewnego dnia przestał działać?

Edwin Bendyk, Piotr Rutkowski
16.04.2019
Reklama