Świat

Tajlandia próbuje wrócić do demokracji

Tajlandia próbuje wrócić do demokracji

Wszyscy spodziewają się, że o wynikach wyborów w Tajlandii przesądzą młodzi. Wszyscy spodziewają się, że o wynikach wyborów w Tajlandii przesądzą młodzi. Lisheng Chang / Unsplash
Tajowie po raz pierwszy od pięciu lat idą do wyborów, a rządzące krajem wojsko kombinuje, jak nie stracić władzy.
Prayuth Chan-ochaAthit Perawongmetha/Forum Prayuth Chan-ocha

Osiem lat po ostatnich ważnych wyborach, a pięć po kolejnych (unieważnionych) i następującym po nich zamachu stanu Tajowie znowu wybierają 500 posłów do niższej izby Zgromadzenia Narodowego. Wybory wyłonią też premiera i rząd kraju na, jeśli dobrze pójdzie, cztery lata. Jak zwykle w Tajlandii ścierają się twardogłowi wojskowi z populizującymi liberałami, a wyniki są nieprzewidywalne. Wojskowi zadbali jednak o to, by mieć przewagę na starcie.

Młodzi Tajowie chcą odbić władzę z rąk armii

W ostatnich dekadach w tajskiej polityce pewne było tylko jedno – prędzej czy później demokratycznie wybrany rząd obali armia. Od 1932 r., gdy w efekcie pierwszego zamachu stanu monarchię absolutną zastąpiła konstytucyjna, wojskowi próbowali obalać rząd jeszcze 18 razy, z czego 11 razy im się udało. Dla porównania: w tym czasie przeprowadzono 25 mniej lub bardziej demokratycznych wyborów.

Ale w 2019 r. rządzące krajem od pięciu lat wojsko stara się uniknąć potrzeby przeprowadzania kolejnego zamachu stanu i po prostu nie oddać władzy. W tym celu w 2017 r. przepchnięta została nowa konstytucja, mocno zmieniająca system wyborczy. Ale równocześnie do Tajlandii dotarła zmiana pokoleniowa – młodzi, całkowicie zwesternizowani przedstawiciele klasy średniej mają dość betonu politycznego i nieefektywnego zarządzania krajem.

Czytaj także: Po serii zamachów w Tajlandii rodzi się pytanie: czy jest tam jeszcze bezpiecznie?

Prayuth Chan-ocha, wieczny premier Tajlandii

Od ostatniego zamachu stanu w 2014 r. premierem jest Prayuth Chan-ocha, były generał i naczelny dowódca sił zbrojnych w latach 2010–14. Jako szef Narodowej Rady Pokoju i Porządku, jak formalnie nazywa się rządząca krajem grupa wojskowych, miał przez ostatnich pięć lat ogromną władzę ograniczaną jedynie przez króla.

Zamach stanu w 2014 r. zakończył trwający kilkanaście miesięcy kryzys konstytucyjny, gdy w praktyce kraj nie był przez nikogo rządzony. Wojskowi i sam Prayuth cieszyli się sporym poparciem, bo faktycznie szybko przywrócili poczucie porządku. Biorąc pod uwagę ogólnie krótką historię demokracji w Tajlandii i gigantyczną liczbę zamachów stanu, spora część społeczeństwa woli rządy twardej ręki niż chaotyczną władzę zwykle koalicyjnych i będących ciągle na krawędzi upadku rządów wyłanianych w wyborach.

Wojskowi zapowiadali, że nowe wybory odbędą się w 2015 r. Po wielokrotnym przekładaniu daty w końcu zgodzili się na głosowanie 24 marca 2019 r. Prayuth zdążył już jednak polubić władzę i w przeciwieństwie do szefów poprzednich junt nie zamierza się z nią żegnać. Po raz pierwszy od 1992 r. wojskowi wystawiają własną partię (Palang Pracharat). Prayuth jest kandydatem na premiera (choć formalnie nie jest członkiem partii i nie kandyduje na posła) i ma ogromne szanse na zdobycie tego stanowiska.

Czytaj także: Chiny znalazły sposób na uzależnienie od siebie słabych państw

Jak nie oddać władzy w Tajlandii

Premier od miesięcy buduje nowy wizerunek dobrego ojca narodu. Nie podkreśla tak bardzo swojej wojskowej przeszłości (bo o niej i tak nikt nie zapomni), organizuje liczne wiece w całym kraju, dba o relacje z grupami, które w przeszłości dawały władze populistom, w tym rolnikom. Nie boi się uciekać w skrajny kicz, np. publikując na YouTube piosenki z tekstem swojego autorstwa, wykonywane przez wojskowych muzyków. W utworze z 14 lutego 2019 r. mówi o „wspólnym budowaniu marzeń naszych serc, by były trwałe”, a w kolejnym z początku marca – o „marzeniu i czekaniu na nowy dzień, gdy zapiszemy na kartach tajskiej historii demokrację dla wszystkich Tajów”.

Premier zasłynął też m.in. konferencją prasową, na którą przyniósł swoją postać wyciętą z kartonu. Kazał dziennikarzom rozmawiać z kartonem, sam wyszedł.

Prayuth bywa zabawny i byłby niezdarnym politykiem w prawdziwej demokracji. Ale to doświadczony autokrata, który ma plan, jak utrzymać władzę. Poza zmianą granic okręgów wyborczych i sposobu głosowania na 500 posłów do izby niższej parlamentu konstytucja z 2017 r. zupełnie zmieniła rolę izby wyższej: Senatu. Wszystkich 250 senatorów na sześcioletnią kadencję powołała junta. Uważani za głos młodego pokolenia muzycy z grupy Rap Against Dictatorship tuż przed wyborami wydali utwór „250 lizusów”, mówiący o relacji senatorów z juntą. A premiera wybiera w głosowaniu całe Zgromadzenie Narodowe zwykłą większością głosów – Prayuth ma zapewnione poparcie 250 senatorów, więc potrzebuje tylko 126 posłów. Biorąc pod uwagę, że wciąż jest popularny wśród Tajów (według sondaży ok. 25 proc. popiera jego kandydaturę na premiera), dysponuje aparatem państwowym dbającym o to, by media nie krytykowały junty i nie wspierały rywali, oraz może liczyć na poparcie niektórych z ok. 80 mniejszych partii – niemal na pewno tyle uzyska.

Czytaj także: Gesty, które obalają rządy

Młodzi i starzy tajscy rywale

Dwie główne partie opozycyjne wobec wojskowej Palang Pracharat to starzy gracze. Największe szanse na zwycięstwo ma Pheu Thai, populistyczno-liberalna partia założona przez oligarchiczny ród Shinawatrów. Shinawatrowie dwukrotnie wygrywali wybory w XXI w. i dwukrotnie ich rządy (najpierw Thaksina, potem jego siostry Yingluck) były obalane w zamachach stanu. Obydwaj Shinawatrowie przebywają poza Tajlandią po tym, jak sądy skazały ich za przestępstwa finansowe w procesach powszechnie uważanych za polityczne. Wojskowi ze wzajemnością nie znoszą tego stronnictwa.

Drugą siłą opozycyjną w kraju jest Partia Demokratyczna, konserwatywni neoliberałowie. Znaczenie na scenie krajowej może mieć jeszcze liberalno-progresywna Partia Nowej Przyszłości, założona rok temu przez 31-letniego multimilionera Thanathorna Juangroongruangkita, często porównywanego pod względem stylu bycia i poglądów do Emmanuela Macrona.

Nieliczne sondaże są mało wiarygodne i bardzo rozbieżne. Pheu Thai może liczyć na 15–25 proc. głosów, wojskowi na 15–20 proc., demokraci na 10–15 proc., a partia Thanathorna na ok. 10 proc. Choć są też niedawne sondaże, w których wojskowi dostawali 26 proc., inne, w których Thanathorn miał 27 proc., oraz takie, w których Pheu Thai miał poparcie ponad 36 proc. wyborców.

Czytaj także: Kim jest najstarszy premier świata?

Kto wygra wybory w Tajlandii? Nic nie jest przesądzone

Wszyscy spodziewają się, że o wynikach przesądzą młodzi wyborcy, którzy jeszcze nigdy nie głosowali (albo głosowali tylko w unieważnionych wyborach w 2014 r.) i których, w powszechnej opinii, nie uwzględniają sondaże. To może dać przewagę Thanathornowi, a w mniejszym stopniu Pheu Thai i demokratom. Tej grupy wyborców nie obchodzą dawne zatargi między politykami aktywnymi od lat 90., ważniejsze są dla niej stan gospodarki (którą Prayuth chwilowo pompuje wielkimi inwestycjami infrastrukturalnymi i subsydiami dla wielu grup społecznych), walka z wszechobecnym smogiem (Tajlandia w porze suchej wyprzedza już Chiny i Indie w rankingach zanieczyszczenia), unowocześnienie kraju i odejście od zależności od turystyki czy upraw ryżu.

Wyniki na pewno będą bardzo rozdrobnione. Wojskowi zapewne sami nie zdobędą 126 mandatów, potrzebnych im, razem z głosami wszystkich senatorów, do przegłosowania premierostwa dla Prayutha. Mają jednak spore szanse na poparcie posłów mniejszych partii. Głosu na Prayutha nie wykluczyli też niektórzy demokraci, oficjalnie sprzeciwiający się wojskowym. Żadna z opozycyjnych partii nie ma szansy na uzyskanie 376 mandatów, potrzebna byłaby do tego wielopartyjna i chronicznie niestabilna koalicja, której nikt tak naprawdę nie chce – bo tak zaczynały się zamachy stanu.

Zresztą niezwykle wpływowy, bliski królowi Maha Vajiralongkornowi i wywodzący się ze skonfliktowanego z Prayuthem stronnictwa w wojsku naczelny dowódca sił zbrojnych gen. Apirat Kongsompong już kilkakrotnie sugerował, że jeśli po wyborach nastąpi okres niepewności czy protestów, kolejny zamach stanu nie jest wykluczony.

Zgodnie z prawem wyniki wyborów powinny być znane do 9 maja 2019 r. Wstępne szacunki mogą być wcześniej, ale trudno powiedzieć, na ile będą wiarygodne.

Czytaj także: Azja się rozwarstwia

Reklama

Czytaj także

Kraj

Jak Jarosław Kaczyński zbudował sobie sektę?

Dlaczego tak wiele osób tak bardzo wierzy w talenty, umiejętności, wiedzę, siłę moralną i osobiste przymioty, słowem – w nadzwyczajność Jarosława Kaczyńskiego?

Ewa Wilk
05.04.2016
Reklama