Świat

Chiny znalazły skuteczny sposób na uzależnienie od siebie słabych państw

Port Hambantota Port Hambantota Forum
Historia portu Hambantota na południu Sri Lanki to modelowy przykład tego, jak Chiny wpędzają słabe kraje w pułapkę długu pod płaszczykiem wsparcia gospodarczego, a potem przekuwają to na geopolityczne korzyści.

W Laosie, kraju wielkości Rumunii, jest dziś 3,5 kilometra czynnej linii kolejowej. Czasem mówi się, że ten ogryzek sieci kolejowej zapewnia połączenie stolicy – Wientianu – z Bangkokiem i dalej z tajskimi portami, choć to półprawda, bo tak naprawdę linia ledwo co przekracza graniczny Mekong i kończy się ok. 20 kilometrów od Wientianu.

Do końca 2021 r. ma to się jednak zmienić. W zeszłym roku ruszyła budowa ponad 400-kilometrowej linii przecinającej pół kraju od północnej granicy z Chinami po Wientian. Koszt inwestycji to formalnie ok. 6 mld dolarów, z czego 70 proc. ma sfinansować Pekin, choć w azjatyckich kleptokracjach ciężko dokładnie powiedzieć kto, za co i ile płaci.

Wielki plan połączenia Chin z zagranicznymi portami

Laotańska kolej, część wielkiego planu połączenia Chin z portami w Tajlandii, Malezji i Singapurze, to jeden z najbardziej spektakularnych jak dotąd przykładów wdrażania chińskiej inicjatywy One Belt, One Road. Władze Laosu już snują wielkie plany rozwoju gospodarki tego skrajnie biednego obecnie kraju i otworzenia go na masową turystykę. Ale inwestycja ma też drugą stronę. To przez nią Laos trafił na opracowaną w marcu 2018 r. przez amerykański think tank Center for Global Development listę ośmiu krajów silnie narażonych na wpadnięcie w pułapkę zadłużenia wobec Chin.

Czytaj także: USA i Chiny toczą wojnę celną. Resztę świata też zaboli

Premier Thongloun Sisoulith stwierdził niedawno, że to bzdura, bo kolej jest potrzebna, a zadłużenie wobec przyjaznych Chin to nic groźnego. Były prezydent Sri Lanki Mahinda Rajapaksa też tak mówił, gdy Chiny finansowały mu budowę wielkiego i do niczego niepotrzebnego portu. Skończyło się tym, że w grudniu 2017 r., gdy Sri Lanka nie była w stanie spłacać tego zadłużenia, Pekin po prostu przejął port i 60 kilometrów kwadratowych terenu wokół niego, efektywnie wykupując strategicznie położony kawałek Sri Lanki, kilkaset kilometrów od wybrzeży swojego regionalnego rywala – Indii.

Od pożyczki po bazę wojskową

Historia portu Hambantota na południu Sri Lanki to modelowy i jak na razie jedyny przeprowadzony do końca przykład tego, jak Chiny wpędzają słabe kraje w pułapkę długu pod płaszczykiem wsparcia gospodarczego, a potem przekuwają to na geopolityczne korzyści.

Po wygranej w 2009 r. wojnie domowej z Tamilami (wygranej zresztą w kampanii przez wielu uważanej za ludobójczą) prezydent Rajapaksa, który razem z bratem w zasadzie sprywatyzował Sri Lankę, wpadł na pomysł budowy drugiego portu w kraju. Pieniędzy nikt nie chciał na to pożyczyć, bo projekt nie miał szansy się biznesowo spiąć. 307 mln dolarów wyłożył chiński Export-Import Bank, w zamian stawiając warunek, że port zbuduje i będzie nim zarządzała chińska państwowa firma.

Port, którego budowa pochłonęła ostatecznie 1,1 mld dolarów, ruszył w 2010 r., ale – choć leży przy jednym z najbardziej ruchliwych szlaków morskich na świecie – prawie nikt tam nie zawija (ruch stanowi ok. 1 proc. liczby zawinięć do portu w Kolombo). Chińczycy sfinansowali też budowę pobliskiego lotniska im. Rajapaksy, na które nikt nie lata, oraz autostrad, którymi nikt nie jeździ. Za swoje pieniądze Sri Lanka zbudowała przy okazji w Hambantocie, 10-tysięcznej wiosce rybackiej, stadion do krykieta na 35 tys. widzów.

Żeby utrzymać tę absurdalnie przeskalowaną infrastrukturę, Sri Lanka pożyczała coraz więcej od Chin. Chińskie firmy budowały też wieżowce w Kolombo, rozbudowywały port w stolicy, odbudowywały autostrady i linie kolejowe.

Im bardziej zadłużona była Sri Lanka, tym trudniej jej było o zagraniczne pieniądze. Chińczycy nadal jednak pożyczali. W 2015 r., jak wynika ze śledztwa „New York Times”, wyłożyli też kilkanaście milionów dolarów na kampanię Rajapaksy, ich człowieka w Kolombo, który wybory jednak mimo to przegrał.

Nowy rząd ujawnił, że za czasów Rajapaksy zagraniczny dług Sri Lanki wzrósł trzykrotnie do 44,8 mld dolarów. Nowa władza chciała przeorientować Sri Lankę ku Indiom i Zachodowi, ale uzależnienie od Chin jest zbyt duże. Kraj wpadł w spiralę długu – musi pożyczać kolejne miliardy tylko po to, by spłacać poprzednie pożyczki. Obecnie zadłużenie Sri Lanki wobec chińskich państwowych podmiotów szacuje się na 8 mld dolarów. Łącznie z innymi zobowiązaniami tylko w tym roku kraj powinien spłacić 12,3 mld dolarów rat i odsetek. To ponad 80 proc. rocznych wpływów do lankijskiego budżetu.

W 2017 r. Chiny przystąpiły do ofensywy. Zaoferowały władzom Sri Lanki deal – umarzamy ok. miliarda dolarów długu w zamian za 99-letni wynajem portu Hambantota i terenów wokół. Rząd w Kolombo nie miał wyboru. Analitycy nie mają wątpliwości, że prędzej czy później Chiny zaczną wykorzystywać port w celach militarnych. Robili już to w Kolombo, gdzie też wykupili kawałek nabrzeża na własność. Gdy Sri Lankę odwiedzał w 2014 r. premier Japonii Shinzo Abe, Pekin ostentacyjnie zacumował przy swoim nabrzeżu dwa okręty podwodne.

W maju 2018 r., już po oddaniu Hambantoty, Sri Lanka pożyczyła kolejny miliard dolarów od chińskiego państwowego banku rozwoju.

Nie tylko Azja

Pekin inwestuje w porty na całym świecie, od Australii po Bahamy u wybrzeży Florydy, choć głównie w Afryce i na południowym wybrzeżu Azji. To najprostsza inwestycja – kluczowa dla masowego handlu, a równocześnie punktowa, więc nie wymaga połączenia z siecią. Do tego porty zajmują teren, który można łatwiej wykorzystać w celach militarnych. Na linii kolejowej trudniej jednak zbudować bazę wojskową.

Czytaj także: Chiny idą na Australię

Jednak Pekin obecnie finansuje już także inne rodzaje infrastruktury. Hydroelektrownie w Kambodży, lotniska w Mjanmie, autostrady w Pakistanie przecinające sporny z Indiami Gilgit-Baltistan (część Kaszmiru), nie mówiąc o Afryce, gdzie Chiny inwestują na potęgę. Autokratom w tych krajach to zwykle odpowiada, bo warunki tych pożyczek na początku są bardzo dobre, Chiny nie wtrącają się w sprawy wewnętrzne, takie jak szalejąca korupcja czy deptanie praw człowieka. Długoterminowe ryzyka rzadko przyćmiewają krótkoterminowe korzyści.

Przykładów państw, które się postawiły, jest ledwo kilka. Bangladesz zabronił działalności jednej z chińskich firm po tym, jak jej przedstawiciele zostali nakryci na próbie wręczenia 100 tys. dolarów łapówki w postaci banknotów ciasno upakowanych do pudełka herbaty. Ale to wyjątek.

Pekin poczyna sobie coraz śmielej

Na liście krajów uznanych przez Center for Global Development za zagrożone spiralą długu wobec Chin znalazły nie tylko Laos i inne słabe państwa z Azji i Afryki (Dżibuti, Kirgizja, Malediwy, Mongolia, Pakistan i Tadżykistan, jakimś cudem nie uwzględniono Sri Lanki), ale też Czarnogóra. Kraj oficjalnie kandydujący do Unii Europejskiej.

W Europie chińskich projektów nie ma jeszcze wiele, ale to tylko kwestia czasu. Chiny wykupiły już port w Pireusie, finansują w dużej mierze linię kolejową z Belgradu do Budapesztu, docelowo chcą połączyć grecki port z sercem kontynentu. Bałkańskie i węgierskie władze się cieszą tak samo bezrefleksyjnie jak premier Laosu.

W Polsce chińskie firmy na razie infrastrukturę jedynie budują, i to na ograniczoną skalę (w energetyce i infrastrukturze wodnej), ale nie finansują. Jednak gdy po 2020 r. środków unijnych będzie znacznie mniej, tanie pożyczki z Pekinu będą kusiły. Każda pożyczka ma warunki; w przypadku Chin to warunki geopolityczne. Rząd, rozważając, czy warto pożyczać pieniądze od Chin np. na budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego, powinien zadać sobie pytanie – czy jest gotowy na to, że kiedyś zamiast wezwania do spłaty raty może otrzymać nieodrzucalną ofertę przekazania udziałów lub ziemi.

Czytaj także: Czym różni się Hongkong od Chin?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Związki romantyczne: zachowania, które wydają się normalne, a są toksyczne

Zdarza się, że mylimy zachowania, które są do zaakceptowania, z takimi, które stopniowo nasze związki wyniszczają.

Polityka.pl
13.05.2017
Reklama