Świat

Etiopia przegrywa w Tigraju

Rebelianci biorą wszystko. Etiopia przegrywa w Tigraju

Bojówki Tigrajskiego Frontu Wyzwolenia Ludowego (TPLF) Bojówki Tigrajskiego Frontu Wyzwolenia Ludowego (TPLF) Yasuyoshi Chiba / AFP / EAST NEWS
Po ośmiu miesiącach wojny domowej premier Etiopii przegrał wszystko: reputację, stabilność kraju i kontrolę nad prowincją Tigraj. Ale dla jej cierpiących głód i prześladowanych mieszkańców nie oznacza to końca udręki.

Oświadczenie etiopskiego rządu o wycofaniu wojsk z prowincji Tigraj i jednostronnym zawieszeniu broni 30 czerwca zaskoczyło wszystkich. Od połowy listopada władze w Addis Abebie prowadziły brutalną kampanię przeciwko rebeliantom na północy kraju i dotąd wiele wskazywało, że to one zatriumfują. Bojówki Tigrajskiego Frontu Wyzwolenia Ludowego (TPLF) zostały wypchnięte ze wszystkich miast regionu, a władze federalne z pomocą sił Erytrei kontrolowały te obszary.

Wydarzenia z ostatniego tygodnia potwierdzają jednak, że walka z partyzanckimi siłami popieranymi przez ludność w górzystym terenie jest niezwykle trudna. W kilka dni siły TPLF odbiły Mekelle, stolicę regionu, a żołnierze narodowej armii uciekli w popłochu. Stosunek sił całkowicie się odwrócił, a niesieni sukcesem rebelianci odrzucają propozycję zawieszenia broni, dopóki nie odbiją całej prowincji.

Przez niemal osiem miesięcy premier Etiopii Abiy Ahmed, laureat pokojowej Nagrody Nobla z 2019 r., przegrał w Tigraju wszystko: wizerunek działacza na rzecz pokoju w regionie, sprawnego administratora podzielonego kraju i demokratyzującego reformatora. Ale dla cierpiących głód i prześladowanych mieszkańców tymczasowe zwycięstwo TPLF nie oznacza końca udręki.

Upadek premiera Etiopii

Abiy Ahmed objął fotel premiera Etiopii w 2018 r. w dużej mierze dzięki powszechnemu rozczarowaniu kontrolującym wcześniej władzę federalną TPLF. Jego rząd na początku poważnie zabrał się do reform – zakończył trwający od 20 lat konflikt z Erytreą, nieco uwolnił media (i tak ściśle kontrolowane), zapowiedział pierwsze w historii kraju prawdziwie wolne wybory. Gdy w 2019 r. odbierał Nobla, był nadzieją na modernizację Rogu Afryki, choć wszyscy zdawali sobie sprawę, że to jeden z tych laureatów, którzy wyróżnienie otrzymują bardziej na zachętę niż w uznaniu za już osiągnięte sukcesy.

Pierwszą oznaką, że zachęta mogła nie zadziałać, było przełożenie federalnych wyborów. Miały się odbyć w sierpniu 2020 r., ale opóźniły się – oficjalnie z powodu pandemii. Tigrajczycy uznali to za zamach na kiełkującą demokrację i przeprowadzili swoje regionalne wybory (wygrane, bez zaskoczenia, w cuglach przez TPLF), co sprowokowało premiera do listopadowej inwazji. Rozpoczęcie wojny domowej poważnie osłabiło wizerunek Abiya, ale ostatecznym ciosem był sposób prowadzenia tej wojny. Nie dość, że wojska federalne we współpracy z Erytrejczykami były niesamowicie brutalne, także wobec cywilów, to rząd zablokował pomoc humanitarną dla Tigraju. Pod auspicjami władz rozpoczęły się czystki etniczne wobec Tigrajczyków, a etiopscy politycy wykorzystywali panujący w prowincji głód jako oręż przeciw rebeliantom, blokując pomoc, ale i rozkradając żywność. Co oczywiste, cierpieli na tym głównie cywile.

Choć dostęp do Tigraju dla dziennikarzy pozostaje bardzo trudny, media i organizacje pozarządowe szacują, że nawet 2 mln mieszkańców regionu uciekło za granicę, głównie do Sudanu. ONZ sądzi, że co najmniej 350 tys. osób grozi głód, Amerykańska Agencja ds. Pomocy Humanitarnej (USAID) mówi nawet o 900 tys. z ok. 5 mln mieszkańców. Pojawiają się zarzuty już nie tylko o czystki, ale nawet o ludobójstwo. Jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że Abiya nikt już nie będzie uważał za nadzieję demokracji, ale przynajmniej zostanie mu status silnego władcy. Paniczna ucieczka wojsk z Tigraju w tym tygodniu odebrała mu nawet to.

Bernard Guetta: Etiopia. Katastrofa, której nie zapobiegniemy

Tigraj odbity. Nowa odsłona kryzysu

Władze federalne twierdzą, że wycofały się z Mekelle, by „lepiej przygotować się na inne wyzwania dla bezpieczeństwa narodowego”, choć nie do końca wiadomo, o jakie zagrożenia im chodzi. Zresztą narracja nie jest do końca spójna, bo równocześnie mówią, że w ten sposób odpowiadają na żądania wspólnoty międzynarodowej dotyczące zwiększenia dostępu dla pomocy humanitarnej w Tigraju. W praktyce to po prostu militarna porażka zawstydzająca dla Abiya i komplikująca sytuację w prowincji.

Odbicie Mekelle i innych dużych miast w Tigraju przez TPLF to raczej początek nowej odsłony kryzysu niż jego kres. Wojska federalne wprawdzie się wycofały, ale rząd nadal kontroluje dostęp do prowincji, zarówno fizyczny, jak i informacyjny. Organizacje humanitarne, których działalność pozostaje pod ścisłą kontrolą rządu, od kilku dni mają problemy z dostępem do internetu i elektryczności. Władze zawiesiły wszystkie połączenia do Mekelle i niemal wszystkie nitki drogowe, także w zakresie transportu pomocy. Nie ma dostaw paliwa, a banki nie wypłacają pieniędzy. Rząd zaprzecza, że wykorzystuje kontrolę dostępu do Tigraju do blokowania wsparcia i wywoływania głodu.

Koordynator Światowej Organizacji Żywności Tommy Thompson przestrzegł, że działania rządu powodują ogromne opóźnienia w dostawach dla nawet 2 mln mieszkańców. Ucieczka wojsk umożliwi pewnie niektórym Tigrajczykom powrót na własne gospodarstwa, ale w najbliższym czasie produkcja żywności w zniszczonym regionie pozostanie niewystarczająca do zaspokojenia potrzeb.

TPLF stara się przekonać wspólnotę międzynarodową, że są lepsi niż rząd Abiya. Są bardziej otwarci na media i organizacje pomocowe, ale równocześnie ich rzecznik Getachew Reda powiedział agencji AP, że jednostronne zawieszenie broni przez rząd to „chory żart”, i zapowiedział dalszą walkę o wyzwolenie całej prowincji.

Czytaj też: Granice w Afryce

Etiopia ma dwie drogi do wyboru

TPLF ma silne poparcie mieszkańców Tigraju, co niewątpliwie przyczyniło się do ich sukcesu. Po przywróceniu władzy regionalnej ludzie mogą czuć się bezpieczniej, a ich prawo do samostanowienia jest krok bliżej do realizacji. Ale równocześnie ich sytuacja materialna może się jeszcze pogorszyć. Wciąż nie do końca wiadomo, jak w obliczu zmiany zachowa się Erytrea, która kiedyś była najbliższym sojusznikiem TPLF, a teraz stoi jednoznacznie po stronie rządu w Addis Abebie.

Nawet jeśli zawieszenie broni jakoś się utrzyma, to na współpracę między rządami centralnym i Tigraju nie ma żadnych szans. TPLF i Abiy byli skonfliktowani przed wybuchem wojny, a teraz żadna ze stron nie wykazuje woli negocjacji. Etiopia zdaje się więc stać między wyborem nierozwiązywalnej wojny domowej a de facto podziałem państwa na dwa ośrodki władzy. Obie te drogi prowadzą do kryzysu humanitarnego. Abiy, zamiast fali liberalizacji w Rogu Afryki, może wywołać falę destabilizacji, a jedynym funkcjonującym krajem w regionie stanie się nieuznawany międzynarodowo Somaliland.

Czytaj też: Biedni szczepią się wolno. To nasz problem

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Tata Maty

W przewrotnym sensie jest beneficjentem rządów PiS, gdyż będąc ich konsekwentnym krytykiem, stał się znaczącą osobistością życia publicznego. Niektórzy określają go mianem „opozycyjnego celebryty”, na co Marcin Matczak nieco się zżyma. Ale w sumie nieźle oddaje ono jego status.

Rafał Kalukin
18.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną