Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

1452. dzień wojny. Nie liczmy czołgów, tylko agentów wpływu. To jest siła, z którą możemy przegrać

Kolejna wojna w Europie rozstrzygnie się na Facebooku i X. Kolejna wojna w Europie rozstrzygnie się na Facebooku i X. camilo jimenez / Unsplash
Już jesteśmy na wojnie równie groźnej jak ta z czołgami. Tyle że do walki prowadzi nas nie Władysław Kosiniak-Kamysz, lecz Krzysztof Gawkowski, nie gen. Wiesław Kukuła, lecz Tomasz Siemoniak, nie Cezary Tomczyk, a Barbara Nowacka.

Prezydent Donald Trump powiedział mniej więcej coś takiego: „Rosja chce zawrzeć porozumienie pokojowe i Zełenski musi się ruszyć – w przeciwnym razie straci doskonałą okazję do porozumienia. Musi się ruszyć”. Powstaje pytanie: o jakim porozumieniu pokojowym mówi amerykański prezydent? Przecież Rosja nie zamierza zawierać żadnego porozumienia pokojowego poza kapitulacją Ukrainy. Kremlowscy dostojnicy z Putinem na czele powtarzają to jak mantrę od początku roku. Wcześniej też o tym mówili, ale nie tak często jak ostatnio. Jakim cudem te oświadczenia nie docierają do Donalda Trumpa?

Wszystko wskazuje na to, że Donald Trump wierzy, że jak Ukraina odda Rosji terytoria, których się domaga, to zapanuje pokój. Naiwność to mało powiedziane. Przecież Kreml nie ukrywa, że wcale tak nie będzie. Siergiej Ławrow otwarcie mówi, że wspomniane terytoria to nie jest jedyna kwestia sporna stojąca na drodze do porozumienia. Najważniejsze jest „usunięcie pierwotnych przyczyn wojny”, czyli osadzenie w Kijowie zależnej od Moskwy władzy. A więc de facto kapitulacja Ukrainy wraz ze zmianą jej w państwo całkowicie podporządkowane Rosji. Dlatego nie ma sensu oddawać Rosji wspomnianych terytoriów bez walki. Europa musi się przygotować na całkowite przejęcie ciężaru wspierania Ukrainy, żeby odsunąć niebezpieczeństwo od państw NATO i EU bez żadnej współpracy USA, nawet w formie sprzedaży amunicji i sprzętu.

Czytaj także: „Mamy poważne kłopoty”. W Europie są cztery frakcje, działamy za wolno

Ukraińskie drony ponownie zaatakowały elektrociepłownię w Biełgorodzie, znów wyłączając prąd i ogrzewanie w mieście. Niech Rosjanie sami poczują smak wojny, którą rozpętali. W Biegłorodzie trafiono też stację kolejową, na razie nie wiemy, jakie są skutki tego ostatniego ataku.

Ukraińska grupa specjalna z jednostki „Omega” przeprowadziła rajd na rosyjskie tyły pod Pokrowskiem i uwolniła schwytanego do niewoli ukraińskiego oficera, zabijając przy tym ośmiu rosyjskich żołnierzy. Akcja jak z filmu sensacyjnego.

Rosjanie wciąż atakują na całym froncie, ale nie osiągają znaczących postępów. Nadal trwa wojna pozycyjna, rozstrzygnięcia na polu walki nie widać. Zdjęcia z geolokalizacją opublikowane 12 i 13 lutego wskazują, że siły rosyjskie poczyniły ostatnio postępy na północny wschód od Łymanu oraz w północnej części Drobyszewego (na północny zachód od Łymanu). Nie są to jednak postępy znaczące. Z kolei ukraińskie wojska zdobyły skrawek terenu w rejonie Nowopawliwki na południowo-wschodnim odcinku frontu. Podobne niewielkie zdobycze odnotowano też pod Hulajpolem, gdzie trwa ukraiński kontratak na nieco większą niż lokalna skalę, ale nie jest to wielka kontrofensywa.

Clausewitz by się zdziwił. Wojna w Wietnamie

Niemal do samego początku XXI w. panował czysto clausewitzowski pogląd na możliwość osiągania celów politycznych za pomocą przemocy reprezentowanej przez siłę militarną. Tak jak przewidywał pruski teoretyk strategii, przez kilkanaście kolejnych dekad mierzono siłę militarną liczbą bagnetów (piechota) i szabel (kawaleria). Później pojawiły się karabiny maszynowe, czołgi, samoloty, śmigłowce, rakiety, ale zasada pozostała ta sama. Liczyły się możliwości bojowe wyrażone ilością i jakością – zarówno sprzętu, jak i personelu, choć w przypadku tego ostatniego poziom wyszkolenia oraz morale są trudne do zmierzenia. Do tego dochodzi siła przemysłu obronnego oraz możliwości naukowo-intelektualne, sprawność przywództwa państwowego, siła ekonomiczna państwa, możliwości mobilizacyjne. Do niedawna w ten tradycyjny sposób określano możliwości jednego państwa w zakresie siłowego narzucenia swojej woli innemu państwu i wydawało się to niepodważalne.

Jednak już w XX w. w tej kombinacji zaczęło coś zgrzytać. Pierwszym załamaniem się tej teorii była wojna w Wietnamie. Warto przypomnieć ten zapomniany dziś konflikt, bo stała się wówczas rzecz niezrozumiała: Amerykanie nie byli w stanie narzucić swojej woli małej, biednej komunistycznej dyktaturze Demokratycznej Republiki Wietnamu (która demokratyczna była wyłącznie z nazwy). Ktoś może powiedzieć, że za DRW (Wietnamem Północnym) stała potęga ZSRR, który to państwo zaopatrywał i dostarczał mu uzbrojenia. Tyle tylko, że ani wojska chińskie, ani sowieckie nie brały bezpośredniego udziału w tej wojnie, zaś wojska amerykańskie jak najbardziej, i to w niemałej liczbie, bo w szczytowym momencie Amerykanie mieli w Wietnamie ponad 543 tys. żołnierzy, czyli niemal tylu, ilu Rosjan obecnie walczy na froncie w Ukrainie.

Dlaczego Amerykanie ponieśli porażkę? Dlatego że Wietnamczycy narzucili im taki rodzaj wojny, na jaki Amerykanie nie byli przygotowani? Na pewno to też odegrało swoją rolę, choć Amerykanie mieli tradycję w działaniach przeciwpartyzanckich już od czasów wojny z Filipinami (1899–1902) czy choćby walk przeciwko partyzantom Augusto Sandino w Nikaragui w latach 1912–33, nie mówiąc już o tłumieniu powstania Pancho Villa w Meksyku, Teksasie i Nowym Meksyku w latach 1916–17. O czym my zresztą mówimy: same Stany Zjednoczone zbudowano na walkach z Indianami w XIX w., a oni często stosowali wojnę podjazdowo-partyzancką. Ale w Wietnamie Południowym Amerykanie nie byli w stanie zapanować nad komunistyczną partyzantką, zaopatrywaną i zasilaną wyszkolonym personelem z DRW. Nie byli w stanie ani zniszczyć samej partyzantki, ani sparaliżować dostaw zaopatrzenia dla niej, ani zmusić bombardowaniami władze DRW do zaprzestania tegoż wsparcia. Wobec wszelkich zastosowanych przez DRW metod amerykańskie wojska okazały się bezsilne, ale najważniejszym chyba czynnikiem było oddziaływanie mentalne. W amerykańskim społeczeństwie narastał opór przeciwko wojnie i jak się okazało, nie był on wcale przypadkowy. Oczywiście ruchy antywojenne powstawały samoczynnie, ale jak się dowiedzieliśmy już w latach 90., choćby ze słynnych „archiwów Mitrochina” czy z innych źródeł podobnego pochodzenia, np. od Stanisława Łuniewa czy z książki generała KGB Olega Kaługina.

Wasilij Mitrochin był wysokim rangą archiwistą w I Zarządzie Głównym KGB (wywiad zagraniczny). Przez w latach 1972–84 zajmował się przenoszeniem archiwów KGB do nowej siedziby w Jasieniewie. Rozczarowany systemem radzieckim codziennie wynosił z pracy odręczne notatki, które w 1992 r. na fali rozpadu ZSRR i powstałego chaosu przez Rygę wywiózł na Zachód. Zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w USA potwierdzono prawdziwość jego rewelacji, które pokrywały się z wcześniejszymi ustaleniami wywiadów. Niezależnie od Mitrochina podobne informacje potwierdził zbiegły w 1992 r. na Zachód Stanisław Łuniew, doświadczony oficer GRU pracujący m.in. na Dalekim Wschodzie. M.in. od nich, ale też i z innych podobnych źródeł dowiadujemy się, że GRU i KGB wydały ponad miliard dolarów na propagandę antywojenną w USA. Co ciekawe, suma ta była wyższa niż wydatki na bezpośrednie wsparcie militarne dla Wietnamu Północnego.

Dlatego wojnę w Wietnamie Amerykanie przegrali w telewizji i w studenckich campusach, a nie w wietnamskiej dżungli. Był to pierwszy udokumentowany przypadek oddziaływania informacyjnego w celu skutecznego pokonania przeciwnika.

Co składa się na zdolność Rosji do narzucania swojej siły?

Rosyjska armia, niesłusznie nazywana drugą na świecie (drugą są wojska chińskie), nie zdołała zająć Kijowa i zmienić ukraińskich władz w pierwszym miesiącu wojny. Dlatego przeszła do działań w wojnie na wyniszczenie. Siłę militarną państwa do niedawna liczono liczbą samolotów i czołgów. Ale Rosja nie ma zbyt wielu samolotów, powszechnie uważa się, że lotnictwo NATO jest znacznie silniejsze. Zresztą w wojnie, jaką prowadzi Rosja, lotnictwo pilotowane odgrywa niewielką rolę. Główne działania ofensywne w skali strategicznej są prowadzone przez niepilotowane środki napadu powietrznego, rakiety balistyczne, pociski manewrujące i bezpilotowe aparaty uderzeniowe dalekiego zasięgu. To absolutna nowość i na coś takiego armie zachodnie nie są przygotowane.

Czytaj także: San wszystkich dronów nie zatopi. Co zrobić? Trzy warstwy

I kolejna sprawa: przez cztery lata wojny Rosja straciła więcej czołgów niż całkowita liczba czołgów posiadanych przez Amerykanów. Oczywiście Rosja nadal czołgi ma, ale większość trzyma na inną wojnę, w Ukrainie radząc sobie z relatywnie niewielką liczbą pojazdów pancernych. Króluje tam tradycyjna piechota, która w warunkach wojny pozycyjnej na wyniszczenie nie musi się przemieszczać, więc z pojazdów – pancernych czy innych – korzysta rzadziej. Nowe są wszechobecne drony, a nienowe, choć mało wcześniej doceniane – umocnienia polowe i fortyfikacje. W Ukrainie Rosjanie właściwie stracili zdolność do zakrojonych na szeroką skalę działań manewrowych i w myśl tradycyjnych ocen byliby skazani na porażkę. Ale nie są. Wręcz przeciwnie, to Ukraina już ledwo daje radę przeciwstawiać się Rosji, ludzie znoszą niewiarygodne uciążliwości, w wojskach rośnie poziom dezercji, coraz trudniej o uzupełnienia stanów. Właściwie do końca tego roku powinno być wiadomo, która ze stron zbliża się do załamania i utraty zdolności do prowadzenia wojny. Choć samo rozstrzygnięcie nastąpi zapewne w roku przyszłym.

Rosjanie być może wygrają wojnę w Ukrainie bez czołgów i samolotów, samą tylko piechotą i bezpilotowcami – wbrew dotychczasowym ocenom siły militarnej. Ta wojna to bardziej test wytrzymałości ludzkiej psychiki niż odporności czołgowego pancerza.

Nie liczmy czołgów, liczmy agentów wpływu

Niestety współczesne konflikty w coraz większym stopniu będą się rozstrzygać w ludzkich umysłach. Dlatego tradycyjne wskaźniki siły militarnej można odłożyć do lamusa. Obecnie trzeba sobie wprost powiedzieć: wojna z Rosją już trwa i my tę wojnę przegrywamy. Bo tak jak wojna w Wietnamie rozstrzygnęła się w telewizji, tak kolejna wojna w Europie rozstrzygnie się na Facebooku i X. Młodzi ludzie w coraz większym stopniu czerpią wiedzę o świecie z portali społecznościowych, a nauka, książki, czasopisma naukowe po prostu dla większości z nich nie istnieją. Ostatnio pojawił się na FB post o deportacjach polskiej ludności na Syberię prowadzonych w rejonie Lwowa w lutym 1940 r. przez NKWD. Jakież było nasze zdumienie, gdy większość komentarzy potępiała za to… Ukrainę! Komentujący nie mieli świadomości, że w 1940 r. nie było żadnej Ukrainy, tylko ZSRR, którego spadkobiercą jest dzisiejsza Rosja, a NKWD to głównie Rosjanie działający w imieniu Moskwy, a nie Kijowa. Przy takim poziomie edukacji i wiedzy ludziom można wmówić wszystko. I dokładnie to się dzieje.

Czytaj także: Telegram groźniejszy od czołgów. Tu Ukraina jest zła, a Rosja to fajny i normalny kraj

Rosja nie zaatakuje nas (a przynajmniej jest to mało prawdopodobne), jeśli nie oderwie nas od sojuszników i nie zdestabilizuje wewnętrznie. Dlatego musimy się przede wszystkim bronić przed dezinformacją i pogrywaniem z emocjami Polaków, przed agenturą wpływu. Do tej walki prowadzi nas nie Władysław Kosiniak-Kamysz, lecz Krzysztof Gawkowski, nie gen. Wiesław Kukuła, lecz Tomasz Siemoniak, nie Cezary Tomczyk, lecz Barbara Nowacka. Na takiej wojnie jesteśmy i jest ona równie groźna jak ta z czołgami. Możemy dokonać wyborów tak fatalnych jak Niemcy w 1933 r., co doprowadzi nas do realnej utraty niepodległości, a nie rojenia o zniewoleniu w Unii Europejskiej. Ci, którzy mówią o eurokołchozie, dopiero przekonają się, co to jest prawdziwe Państwowe Gospodarstwo Rolne w skali kraju, a młodzież na własnej skórze nauczy się historii PRL z lat 1944–56, z jego najbardziej mrocznego okresu. Dopiero jak fejsbukowi krzykacze wylądują w obozie filtracyjnym torturowani przez „sojuszniczych” rosyjskich sołdatów, dotrze do nich, co uczynili swoim internetowym pieniactwem.

Na taką wojnę nie jesteśmy przygotowani, ani my jako kraj, ani cała Unia Europejska. Największą rosyjską siłą militarną jest zdolność do narzucenia nam przemocą swojej woli. Jeśli na tym froncie przegramy, najnowsze czołgi nam na pewno nie pomogą.

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Świat

Akta Epsteina. Światowe elity na widelcu, skala jest oszałamiająca. Kogo jeszcze zatopi tsunami?

Tony dokumentów z archiwum Jeffreya Epsteina to materiał, jakiego jeszcze nie było. Potężna kompromitacja amerykańskich i globalnych elit. I służby specjalne w tle.

Tomasz Zalewski z Waszyngtonu
11.02.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną