Donald Trump nie wyklucza przechwycenia wyspy Chark. Może ją zajmiemy, powiedział dziennikowi „The Financial Times” prezydent Stanów Zjednoczonych, a może nie. Chark, podpowiada „New York Times”, jest wielkości jednej trzeciej Manhattanu. Jej owal jest długi na niecałe 8 km, w najszerszym miejscu ma 4,5 km. Leży na północy Zatoki Perskiej, 32 km od irańskiego brzegu.
Trump i wyspa Chark
Zajęcie niewielkiej wyspy zmieniłoby dynamikę wojny. Chark jest perłą w koronie irańskich instalacji naftowych, w tym portu, rurociągów prowadzących do najważniejszych pól wydobycia w kraju i magazynów. Do pewnego stopnia wciąż działających i wciąż tłoczących ropę. Przed wojną płynęło przez nie 90 proc. ropy, którą Iran sprzedaje w świat. To kilka milionów baryłek. Czyli całkiem sporo, bo każdy milion to mniej więcej jeden procent globalnego dziennego zużycia najważniejszego surowca energetycznego. Choć Chark jest wynurzoną częścią rafy koralowej, otaczają ją wody głębsze niż wzdłuż reszty irańskiego wybrzeża, co ułatwia podejście dużym tankowcom. Dlatego to tam urządzono punkt przeładunkowy, odpowiedzialny za niemal cały eksport. Miejscowy port może obsługiwać jednocześnie dziesiątkę największych tankowców.
Trump nie zakłada znaczącego oporu sił irańskich, spodziewa się prostej operacji. Jest konsekwentny. W 1988 r. udzielił wywiadu dziennikowi „The Guardian”. Dziennikarka Polly Toynbee, wyraźnie zafascynowana rozmówcą, zwróciła uwagę, że nowojorski potentat na rynku nieruchomości, wtedy 41-letni, zaczyna brzmieć jak ojciec chrzestny i coraz bardziej jak polityk. Spytała go, co – jako hipotetyczny przywódca – zrobiłby z Iranem, walczącym wtedy w brutalnej wojnie z Irakiem. Tamten konflikt rozlał się także na Zatokę Perską. Obie strony atakowały transporty z ropą, a Irańczycy uderzali w amerykańskie okręty konwojujące arabskie statki. „Byłbym surowy wobec Iranu”, odpowiadał Trump. „Wyciąłbym numer na Chark” i po prostu ją „wziął”. Zbierające się dziś w regionie siły piechoty morskiej podpowiadają, że Trump nadal rozważa realizację tego planu, tyko z 38-letnim opóźnieniem. W marcu Amerykanie bombardowali wyspę, celowali w pas startowy, składy rakiet i min. Według Trumpa zostały „całkowicie zniszczone”.
Główny terminal naftowy
Chark od dawna była istotnym węzłem handlowym. Od starożytności sprzedawano tam i kupowano perły czy przyprawy, ale raczej na niedużą skalę i bardzo lokalnie. Znacznie później, od XV w., próbowali się tam instalować Portugalczycy i Holendrzy, jednak się nie utrzymali. Nie zdołali rozwinąć garnizonu ani jakiejś poważnej miejscowości. Do XX w. i zagospodarowania złóż ropy Zatoka Perska to były peryferia peryferii. Europejczycy nie inwestowali w zachowanie miejsca odizolowanego od głównych szlaków i pustynnego, pozbawionego m.in. naturalnych źródeł wody i żywności. Nawet stałe dostawy na wyspę były kłopotliwe. Teren pozostawał więc pod kontrolą Persji, a później Iranu, który od lat 50. zmieniał Chark w swój główny terminal naftowy.
Co, rzecz jasna, rodziło problemy. Podczas wojny z Irakiem z lat 1980–88 wyspa była głównym celem irackich ataków. Od 1984 r. uderzano w statki wożące ropę, także należące do państw trzecich. Zatoka była minowana. Skuteczny transport ropy był możliwy jedynie pod eskortą wojskową. Irak raził też samą Chark, zlokalizowane tam instalacje i podchodzące do niej jednostki. Irakijczykom nie udało się jednak sparaliżować pracy wyspy. Irańczycy prowadzili bieżące naprawy i eksport ropy był utrzymywany.
200 dol. za baryłkę?
Trump wielokrotnie mówił, że jego wojna z Iranem będzie krótka, potrwa od 4 do 6 tygodni, choć zaznaczył, że może potrwać „znacznie dłużej”. Ta asekuracja jest zrozumiała: konflikt się przeciąga, stając się obciążeniem i dla Trumpa, i dla jego środowiska, i dla samych Stanów Zjednoczonych, i dla reszty świata. Krótki scenariusz jest coraz mniej prawdopodobny, więc tym bardziej Trump może chcieć wykonać jakiś spektakularny ruch, który pozwoliłby mu bez utraty twarzy ogłosić sukces obecnego etapu wojny. I może nawet ją wygasić, przynajmniej chwilowo.
Wyspa Chark nadawałaby się do tego, gdyby nie kilka „ale”. Zniszczenie znajdujących się tam instalacji wywróciłoby do góry nogami rynek ropy i wywindowało jej ceny. Irańczycy już ostrzegali Amerykę i świat przed ropą po 200 dol. za baryłkę, czyli dwa razy drożej niż obecnie. Blokada wyspy też niczego nie rozwiąże. Jej zajęcie – z militarnego punktu widzenia wykonalne, choć obarczone ryzykiem utraty atakujących żołnierzy – wygląda nęcąco. Dałoby Trumpowi poważny argument w negocjacjach z ajatollahami. Tyle że najpierw ci mogliby w odpowiedzi razić np. instalacje naftowe innych państw znad Zatoki albo strzelać do tankowców. Co znów przybliża do rzeczywistości spod znaku 200 dol. za baryłkę.