Kalibaf, irański Trump: deweloper i kameleon. To z nim mają się toczyć rozmowy o zakończeniu wojny
W środę Departament Stanu USA miał wysłać do Izraela listę „nietykalnych” Irańczyków. Amerykanie chcą się zabezpieczyć przed nadgorliwością sojusznika, która już w pierwszych dniach wojny doprowadziła prezydenta Donalda Trumpa do rozbrajającego stwierdzenia: „Ataki były tak skutecznie, że teraz nie ma z kim w Iranie rozmawiać”.
Ten ktoś musi żyć
Prezydentowi USA chodziło wtedy nie tylko o zabitego Najwyższego Przywódcę Alego Chameneiego, ale też o kilkunastu zlikwidowanych polityków i dowódców – jak wynika z późniejszych wypowiedzi Trumpa, jeden z nich miał grać przecież rolę irańskiej Delcy Rodriguez, wiceprezydentki Wenezueli, która po porwaniu przez Amerykanów prezydenta Nicolása Maduro przejęła jego obowiązki i ochoczo współpracuje z Waszyngtonem. Kolejną „Delcy” miał być Ali Laridżani, wpływowy szef Najwyższej Rady Bezpieczeństwa, autor planu awaryjnego na wypadek wojny, który – jak się wydawało – przez kilkanaście dni był najpotężniejszym człowiekiem w Iranie. Ale jego Izraelczycy też zabili.
Trump miał się wtedy poważnie zdenerwować, jak relacjonuje „Wall Street Journal”. A ponieważ przedłużająca się wojna, a przede wszystkim irańska blokada cieśniny Ormuz, fatalnie wpływa na coraz wyższe ceny paliw m.in. w USA, a pośrednio także na rekordowo złe notowania Trumpa, prezydent USA od kilku dni dość nerwowo poszukuje wyjścia z sytuacji – a najlepiej kogoś z irańskiej elity, z kim mógłby się dogadać i zakończyć tę niefortunną wojnę. Podstawowy warunek jest taki, że ten ktoś musi żyć.
Lista „nietykalnych”
Na wspomnianej liście „nietykalnych” jest ktoś taki: Mohammad Bager Kalibaf. 64-letni szef irańskiego parlamentu przez długie lata był niespełnionym pretendentem w irańskiej polityce. Człowiekiem bardzo wpływowym, który jednak nie potrafił się przebić do ścisłego kierownictwa Republiki Islamskiej. Ale po serii nagłych zgonów wśród swych przełożonych jest dziś – obok szefa MSZ Abbasa Aragcziego – najbardziej aktywnym członkiem irańskiej elity: niemal na bieżąco komentuje sytuację na platformie X, udziela wywiadów, wydaje konfrontacyjne oświadczenia.
Gdy w poniedziałek prezydent USA wstrzymał bieg 48-godzinnego ultimatum w sprawie odblokowania Ormuzu i dał Irańczykom kolejne pięć dni, bo – jak sam przyznał – toczą się owocne rozmowy, partnerem w tych rozmowach miał być właśnie Kalibaf. Jego nazwisko miało paść z ust m.in. wysoko postawionego agenta izraelskiego wywiadu i choć sam Kalibaf na X natychmiast zaprzeczył, kilka godzin później znalazł się na amerykańskiej liście „nietykalnych”.
Deweloper Kalibaf
Gdyby przed wojną zapytać Irańczyków, kto może przejąć władzę w Iranie, prawdopodobnie nazwisko Kalibaf w ogóle by nie padło. Jest on przykładem kariery typowej dla Strażników Rewolucji. Urodzony pod Meszhedem w północno-wschodnim Iranie (to zaraz będzie miało znaczenie), jeszcze jako nastolatek trafił do Strażników Rewolucji i na wojnę z Irakiem. Walczył tam w pierwszej linii – nie tak jak nowy Najwyższy Przywódca Modżtaba Chamenei, który dzięki protekcji ojca trafił na zaplecze frontu. Kalibaf brał udział w najcięższych bitwach i już jako dwudziestoparolatek został dowódcą 5. Dywizji Strażników „Nasr”.
Po wojnie, dzięki protekcji Alego Chameneiego, który też pochodził z Meszhedu, Kalibaf trafił do Katam – pierwotnie było to zależne od Strażników przedsiębiorstwo, które zajęło się odbudową zniszczonego przez wojnę kraju. W skrócie, Kalibaf poszedł w deweloperkę, do dziś jest uważany za człowieka, przez którego ręce przechodzi każda duża inwestycja budowlana w Iranie, co może mieć przełomowe znaczenie podczas ewentualnych rozmów z administracją Trumpa. Tym bardziej że podobieństw z amerykańskim prezydentem jest więcej.
Od czasów Katam ciągnie się za Kalibafem korupcyjny „smród”, ogromne sumy zawieruszonych państwowych pieniędzy, z których nigdy nie został rozliczony. Potem, gdy w latach 2005–2020 będzie burmistrzem Teheranu, dojdą kolejne historie w podobnym schemacie – setki miejskich nieruchomości, które w promocyjnych cenach i ukradkiem trafiały w ręce ludzi związanych ze Strażnikami Rewolucji. A przy okazji kolejne wieści o rosnącej fortunie samego Kalibafa – jak na przykład ta, gdy jego żonę, córkę i zięcia przyłapano na zakupach w najdroższych sklepach Stambułu. Potem tureccy dziennikarze doszukali się dwóch stambulskich apartamentów należących do Kalibafa.
Cech typowych dla strażników jest u Kalibafa więcej. Potrafi łączyć rozrzutność i zachodni styl życia własnej rodziny z fundamentalizmem obyczajowym i politycznym prezentowanym na pokaz w kraju. Gdy w 1999 r. doszło w Iranie do masowych protestów studenckich, podpisał się pod listem do ówczesnego prezydenta Mohammada Chatamiego, w którym Strażnicy grozili głowie państwa, że jeśli siłą nie stłumi demonstracji, sami to zrobią. Potem pojawiły się zdjęcia, na których wtedy już generał Kalibaf jeździ na motocyklu na miejscu pasażera i wielką pałką okłada studentów. Zapytany o te zdjęcia potwierdził ich autentyczność i przyznał, że jest z siebie dumny. Później, gdy już był burmistrzem Teheranu, kazał wyrzucić z pracy w ratuszu wszystkie kobiety, bo to – jego zdaniem – nie licowało z wymaganą od nich skromnością.
Kalibaf, tak jak większość przedstawicieli irańskiego reżimu, ma niewątpliwie problem ze swoją męskością, którą musi często potwierdzać. Gdy zaczynał karierę polityczną, jeździł po Teheranie na motocyklu, zawsze pod okiem zaprzyjaźnionych dziennikarzy. Zdobył też licencję pilota, „jednego z najlepszych w kraju”, jak pisała rządowa prasa. Potem na tych motocyklach i w pilotkach pojawiał się na swoich plakatach wyborczych.
Kameleon lub sadysta
Poglądów politycznych zapewne nie ma. Zaczynał jako przychylny Zachodowi modernizator stolicy – do dziś mieszkańcy Teheranu chwalą go za rozbudowę metra. Próbował ściągać do miasta zagraniczne inwestycje. W 2008 r. pojawił się nawet w Davos, gdzie roztaczał wizję nowoczesnego Iranu. Gdy jednak zaczął starania o prezydenturę, jego poglądy stawały się coraz bardziej radykalne. Jeszcze w 2015 r. poparł umowę nuklearną z mocarstwami (JCPOA), ale już po 2018 r., gdy Trump wycofał USA z tej umowy, Kalibaf nawoływał do rozprawy z sojusznikami Ameryki w Zatoce Perskiej. W 2022 r., gdy wybuchły protesty po zabójstwie Mahsy Amini przez policję obyczajową, nakłaniał przełożonych do krwawej rozprawy z protestującymi.
Cztery razy ubiegał się o stanowisko prezydenta Iranu – bez rezultatu. Te wybory, choć formalnie demokratyczne, tak naprawdę są „ustawione”, bo kandydatów filtruje stosowne grono duchownych i dopuszcza tylko najbardziej lojalnych wobec reżimu. Ale i takie uprzywilejowanie nie pomogło Kalibafowi, który ma wśród Irańczyków opinię skorumpowanego cwaniaka o dość wąskich horyzontach, politycznego kameleona, a przy tym sadysty (ci bardziej mu przyjaźni mówią „strongmena”).
Dlaczego Amerykanie mieliby wybrać do rozmów właśnie jego? Powodów jest kilka. O pierwszym już wspomnieliśmy – niewielu rozpoznawalnych tuzów tego reżimu wciąż żyje. Drugi powód może być związany z jego „elastycznym” charakterem, który bywa przydatny w trakcie negocjacji. Ale najważniejszy może być trzeci powód. Otóż Kalibaf jest członkiem Strażników Rewolucji, czyli tej siły politycznej w Iranie, która najbardziej skorzystała na obecnej wojnie.
Dekapitacja Alego Chameneiego i wybór jego syna na następnego Najwyższego świadczy paradoksalnie o upadku znaczenia szyickiego duchowieństwa w Republice Islamskiej. Już stary Chamenei otrzymał stanowisko nieco po znajomości, bo gdy je obejmował w 1989 r., nie spełniał wszystkich warunków, nie był np. ajatollahem (to nie jest tytuł przywódcy Iranu, ale stopień duchowny, porównywalny z kardynałem w Kościele katolickim). Pozycja jego syna Modżtaby jest jeszcze słabsza (też nie jest ajatollahem), tym bardziej że został wybrany w trybie awaryjnym pod presją Strażników Rewolucji, z którymi jest od lat związany.
Pośrednik do rozmów
Jak napisze Karim Sadjadpour, pod wpływem wojny Iran przeistacza się właśnie z teokracji rządzonej przez duchownych w juntę wojskową pod kontrolą Strażników Rewolucji. I dlatego Amerykanie szukają z nimi kontaktu. A nie mogli znaleźć nikogo lepszego niż Kalibaf, który od lat 80. zna się z obecnym szefem Strażników Ahmadem Wahidim. Utrzymuje też kontakty z następcą Laridżaniego w Najwyższej Radzie Bezpieczeństwa Mohammadem Bagerem Zolkadem, również Strażnikiem. Jest w końcu przyjacielem przywódcy radykalnego skrzydła Strażników Sajeda Dżaliliego. Słowem: zna wszystkich ważnych, i choć sam niekoniecznie jest najważniejszy, to może odegrać rolę pośrednika.
Pytanie, czego od niego chcą Amerykanie. Krążą pogłoski, że Kalibaf może się stawić na rozmowy w Islamabadzie, gdzie szef pakistańskiej armii (i de facto najważniejszy człowiek w tym kraju) gen. Asim Munir zaprosił również amerykańską delegację, w której skład – obok Steve’a Witkoffa i Jareda Kushnera – może wejść również wiceprezydent USA J.D. Vance. Amerykanie przekazali już przez Munira 15-punktowy plan rozejmowy, który jednak został natychmiast odrzucony na platformie X przez Kalibafa jako równoznaczny z kapitulacją Iranu.
Ciekawe, że ten 15-punktowy plan, zgodnie z którym Iran miałby m.in. skasować swoje programy nuklearny i balistyczny oraz odciąć się od swoich sojuszników w regionie, w niemal identycznej formie Amerykanie przekazali Irańczykom pod koniec maja zeszłego roku – i kilka dni później, mimo formalnie toczących się negocjacji, razem z Izraelem zaatakowali Iran.
Dziś też Amerykanie sprawiają wrażenie przygotowanych do kolejnego etapu wojny, czyli inwazji lądowej na Iran. Dlatego wielka kariera Kalibafa może być krótka.