Czy grozi nam despotyzm?
Tadeusz Późniak/Polityka

W londyńskiej galerii Saatchi wystawiono niedawno obraz czy też fotomontaż chińskich braci Gao. Nosi tytuł „The interview” i przedstawia despotów XX wieku, prowadzących rozmowę w stylu przypominającym wyobrażenia Świętego Przymierza z XIX wieku.

Na pierwszym planie poglądy wymieniają Mao Zedong z Adolfem Hitlerem. Przysłuchują się im Fidel Castro, Pol Pot, Kim Ir Sen, Saddam Husajn i Józef Stalin (gdzieś w tyle widać też Osamę Bin Ladena, choć należy on chyba do innej kategorii).

Atmosfera jest dyplomatyczna czy wręcz intelektualna, choć przecież każdy z rozmówców ma rzeszę ludzkich ofiar na swoim sumieniu. Ideą, która przyświecała artystom, było – wydaje się – pokazanie despotyzmu jako rzeczy normalnej, przynajmniej w kategoriach politycznych. Czy wizerunek ten pasuje do XXI wieku? Czy nie jest tak, że po upadku komunizmu nie ma już poważnych alternatyw dla demokracji?

Kanadyjczyk Michael Ingatieff i Australijczyk John Keane ostrzegają przed tego typu myśleniem. Wskazują na tak odmienne kraje jak Rosja, Turcja, Chiny, Wietnam, Iran, Turkmenistan czy Arabia Saudyjska, Afrykę z różnych powodów zostawiając na boku. Choć w każdym z tych państw są przeprowadzane wybory, władza jest, ich zdaniem, w rękach despotów rządzących za pomocą manipulacji i siły.

Współcześni despoci nie mają na swym sumieniu zbrodni ludobójstwa. Większość z nich cieszy się szerokim społecznym poparciem. Ich gospodarki pracują często lepiej od tych w Europie. Zachodnie rządy robią z nimi poważne gospodarcze i polityczne interesy. Ale czy któryś z wymienionych krajów ma coś wspólnego z prawdziwą demokracją? To prawda, że trudno porównać Króla Abdullaha, Xi Jinpinga, Alego Chamenei albo Władimira Putina do Mao, Stalina czy Hitlera. Jednocześnie ich sposób sprawowania władzy odbiega zasadniczo od sposobu sprawowania władzy przez Angelę Merkel, Matteo Renziego czy Davida Camerona.

Współcześni despoci mówią językiem demokracji i wygrywają wybory. Jednak prawa opozycji są regularnie tłamszone, a gdy przypadkiem wyniki wyborcze nie są „zgodne z planem”, to się je zmienia. Tak było np. w Iranie w 2009 roku. Poparcie społeczne wynika z mieszkanki korporacjonizmu, nacjonalizmu i manipulacji medialnej. Klasy średnie są nagradzane gospodarczo za polityczną pasywność. Współczesne despotyzmy szczycą się największym wzrostem bogactwa klasy średniej! Jak maszyna gospodarcza się zacina, to wzrasta kampania nacjonalizmu przeciwko wszelkim wrogom zewnątrz i wewnątrz. Lojalne elity finansowe i przemysłowe dopuszcza się do wielu decyzji.

W dzisiejszej Rosji nie zawsze wiadomo, czy rządzi Kreml czy Gazprom. W Turcji wpływy koncernu wydobywczego Soma Holding Company obrazują skalę nieformalnych związków między biznesem i politykami. Współcześni despoci nie są już wrogami kapitalizmu. Na zliberalizowanych rynkach handlu, kapitału, usług i pracy poruszają się jak przysłowiowa ryba w wodzie.

Współcześni despoci opanowali też do perfekcji sztukę komunikacji i kontroli mediów. Cenzura jest wszechobecna, nawet w internecie, i niewygodni dziennikarze są ofiarami pomówień lub czystek. Jednocześnie władza jest wyjątkowo medialna. Xi Jinping rozmawia z normalnymi ludźmi na oczach kamer, a jego żona Peng Liyuan zamieniła rolę operowej divy na rolę pierwszej gwiazdy rządowego PR. Ważne wydarzenia sportowe czy koncerty gwiazd rocka dają despotom szanse na promocję wizerunku oświeconego sponsora dóbr publicznych. Stąd też zabiegają oni o igrzyska olimpijskie, piłkarskie mistrzostwa czy gale koncertowe. Ktoś powie, że despoci w każdym wieku stosowali podobny repertuar chwytów. Historia nie stoi jednak w miejscu i każda generacja despotów funkcjonuje w innych warunkach i wnosi coś nowego.

Dlaczego tych współczesnych, stosunkowo miękkich despotów nie można ignorować? Po pierwsze dlatego, że władają oni znaczną częścią ludności na naszym globie. Co więcej, rządzony przez nich obszar szeroko pojętej Euro-Azji jest dziś najszybciej rozwijającą się częścią świata. Prawdziwa demokracja nie przetrwa długo, gdy despotyzm potrafi generować więcej gospodarczych dóbr od niej. Nie mówiąc już o tym, że wzrost potęgi gospodarczej idzie ręka w rękę ze wzrostem potęgi militarnej.

Jednak największe zagrożenie wynika z postępującej erozji demokratycznych norm i standardów. W świecie kompletnego relatywizmu nie sposób odróżnić prawdziwych od fałszywych proroków, dobra od zła, szansy od groźby. Despotom łatwo udawać demokratów, bo demokracja zachodnia jest dziś w poważnym kryzysie. Szczytne idee parlamentarnej reprezentacji, podziału władzy, rządów prawa czy społecznej partycypacji zostały w ostatnich latach rozmyte czy nawet skompromitowane.

Przyczyny tego rozmycia ambitnych czy – jak kto woli – liberalnych form demokracji są wielorakie. Nijaka demokracja na Zachodzie jest w części ceną, jaką płacimy za globalizację i europeizację: transakcje finansowe i nawet prawne wymknęły się spod kontroli demokratycznych rządów. Terroryzm też nas skłonił do ograniczania demokracji, w tym jej bastionu, jakim są prawa człowieka. Wieloletnia arogancja rządzących i apatia rządzonych w Europie też ją psuła.

Nic więc dziwnego, że przywódcy Iranu, Turcji czy Rosji nie akceptują „lekcji” demokracji z Paryża, Warszawy czy Londynu. Co gorsza, niektórzy europejscy politycy zaczynają twierdzić, że od współczesnej Rosji, Turcji czy Chin można się wiele nauczyć. Premier Chin odwiedził Budapeszt i rząd Viktora Orbána był „pod wrażeniem” chińskich osiągnięć nie tylko w sferze gospodarczej, ale też w sferze organizacji mediów i administracji publicznej.

W krajach objętych kryzysem gospodarczym istnieje pokusa, by zaprowadzić rządy silnej ręki obiecujące pracę i sprawiedliwość. W krajach będących świadkami wieloletnich walk „na górze”, skandali politycznych i korupcji – jest pokusa, by zrezygnować z wolności na rzecz porządku, dyscypliny i spokoju. W krajach, które nie są w stanie przeciwdziałać presjom zewnętrznym w takich obszarach jak migracja, energia czy zadłużenie – jest pokusa, by zwiększyć bezpieczeństwo kosztem takich zdobyczy demokracji jak deliberacja czy pluralizm.

Gdy partie polityczne nie mają korzeni społecznych, gdy oligarchie finansowe mają łatwy dostęp do politycznego steru, gdy media nie mówią prawdy, wtedy niewielki nawet kryzys może wynieść na ołtarze autokratów, którzy z czasem przemienią się w lokalnych despotów. Oni świetnie wiedzą, jak się wygrywa wybory.

zielonka.blog.polityka.pl

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj