Waszyngton traci cierpliwość do Kim Dzong Una i liczy, że stracą ją też Chiny
Waszyngton zamyśla o eskalacji napięcia, aby wytrzymałość Chin na destabilizację przekroczyła próg, za którym zmuszą Kima do zamrożenia budowy swoich bomb i rakiet.
Grupa protestujących w Nowym Jorku przeciwko nuklearnej interwencji Trumpa wobec Korei Północnej.
Eduardo Munoz/Forum

Grupa protestujących w Nowym Jorku przeciwko nuklearnej interwencji Trumpa wobec Korei Północnej.

Donald Trump znowu pokazał, że ma w nosie dotychczasowe zasady amerykańskiej polityki zagranicznej. Jego oświadczenie, że jeśli Kim Dzong Un nie przestanie grozić Ameryce, to „spotka się z ogniem i furią, jakich świat nie widział”, nie ma precedensu w stosunkach USA z Koreą Północną.
Jego poprzednicy: prezydenci Eisenhower i Clinton ostrzegali reżim w Pjongjangu, że użyją przeciwko niemu siły, ale robili to po cichu, aby go postraszyć i w ten sposób skłonić do rozmów. Publiczne straszenie wojną – być może nawet atakiem nuklearnym – jest ryzykowne choćby dlatego, że niespełnienie groźby spowoduje dalsze osłabienie wiarygodności Waszyngtonu w podobnych sytuacjach, nadszarpniętej już wcześniej m.in. przez Baracka Obamę w Syrii.

Atak za atak

A trudno sobie wyobrazić rozpoczęcie przez USA wojny prewencyjnej z Koreą Północną. Agresja na ten kraj wywołałaby odwet w postaci ataku na Koreę Południową, gdzie stacjonuje 30 tysięcy żołnierzy amerykańskich. Kim Dzong Un ma armię konwencjonalną zdolną do zniszczenia położonego o 50 km od granicy Seulu.
Chociaż Amerykanie z obawą śledzą zbrojenia Pjongjangu – które miniaturyzacja głowicy atomowej i rozbudowa arsenału rakietowego przenoszą na nowy poziom – wojny na pewno nie chcą. Przystaliby na argument, że trzeba się pogodzić z nuklearnym Kimem i poparli kolejne dyplomatyczne rozwiązanie konfliktu odsuwające przynajmniej na później widmo zbrojnej konfrontacji. To ostatnie wymagałoby zasadniczego ustępstwa Waszyngtonu – podjęcia dwustronnych rozmów z Pjongjangiem, który multilateralnych rozmów już nie chce.

Czy można na to liczyć?

Administracja Trumpa wysyła tu sprzeczne sygnały. Sam prezydent sugerował gotowość do takich rozmów, ale ostatnio bije w werbel wojenny. Dlatego nie można wykluczyć także bardziej niepokojącego rozwoju wydarzeń, opartego na założeniu, że ekipa Trumpa rzeczywiście traci cierpliwość.

Wiadomo, że kluczem do skłonienia Korei Północnej z rezygnacji – lub przynajmniej zawieszenia na dłużej – rozbudowy arsenału atomowego są Chiny, jej główny sponsor dotujący gospodarkę. Ameryce od lat nie udaje się ich przekonać, żeby wywarły skuteczny nacisk na swojego klienta. Sankcje, też od dawna stosowane, są dziurawe; trudno liczyć na to, że zadziałają najnowsze, uchwalone przez Radę Bezpieczeństwa ONZ i poparte przez Pekin. Chiny nie chcą upadku reżimu Kima, bo grozi to milionami uchodźców i zbliżeniem się zjednoczonej, prozachodniej Korei do ich granic. Ale nuklearne zbrojenia Pjongjangu też nie są im na rękę, gdyż w połączeniu z reakcją USA potęgują psychozę okrążenia (amerykańska tarcza rakietowa w Azji) i stwarzają w regionie destabilizację, która szkodzi chińskim interesom ekonomicznym.

Można więc sobie wyobrazić, że Waszyngton zamyśla o realnej eskalacji napięcia, aby wytrzymałość Chin na destabilizację przekroczyła próg, za którym zgodzą się w końcu na to, by zmusić Kima do zamrożenia budowy swoich bomb i rakiet. Jakiej eskalacji?
Korea Północna zagroziła, że odpali rakiety w kierunku Guam, amerykańskiej wyspy na Pacyfiku. USA przygotowują się już tam do zestrzelenia rakiet za pomocą swoich pocisków stanowiących część systemu THAAD albo antyrakiet balistycznych Aegis zainstalowanych na niszczycielach. Oczekujmy, że jeśli nie dojdzie do dyplomatycznego przełomu, jesień na zachodnim Pacyfiku może być gorąca...

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj