Recenzja filmu: „Strategia mistrza”, reż. Stephen Frears
Autor odsłania kulisy kolarskiego biznesu, porównując go do kiepskiego teatru albo cyrku.
Autor odsłania kulisy kolarskiego biznesu, porównując go do kiepskiego teatru albo cyrku.
Powstało jedno z najpiękniejszych, najdojrzalszych dzieł o poszukiwaniu wiecznej harmonii w sztuce i rodzinie.
Zbliżający się do osiemdziesiątki Skolimowski pokazał, że jest twórcą młodym i wciąż eksperymentującym.
Film jest wyrafinowanym moralitetem, skonstruowanym niczym thriller.
Trzymający w napięciu solidny dramat psychologiczny.
Oglądany dzisiaj, niespełna miesiąc po tragicznej śmierci reżysera, nabiera zupełnie nowych znaczeń.
Kino gangsterskie w dobrym wydaniu, choć do klasyki gatunku trochę brakuje.
Widz musi wydać własny wyrok.
O wolności, duszy, przeznaczeniu człowieka, jego pasji i szaleństwie, bez których życie traci sens.
Imponujące, odświeżające, przywracające wiarę w siłę awangardowej kreacji osiągnięcie.
W filmie poznamy dalsze losy familii.
Film jest swego rodzaju poradnikiem, co zrobić, by przetrwać na obcej planecie.
Metoda reżyserowania na klęczkach, lubiana i gruntownie przećwiczona choćby przez autorów papieskich hagiografii, osiągnięciem nie jest.
Groteska, komizm, farsa przenika się tu z tragizmem.
Jeżeli dotychczas doskwierał nam deficyt szczęśliwego rodaka na ekranie, to w komedii Jerzego Zielińskiego znajdziemy wręcz wzorcowy model.
Reżyser genialnie dozuje napięcie, prowadząc do rozwiązania rodem z tragedii greckiej.
Swojski kryminał, owiany dreszczykiem moralnego niepokoju.
Autor pokazując starcie człowieka z siłami natury, nie skupia się na spektakularności tematu, tylko na refleksjach o banalności śmierci, nieistotności ludzi w świecie przyrody i roli przypadku w naszym życiu.
Tak mocnego obrazu na ten temat w kinie nie było.
Twórcy dołożyli pewnych starań, żeby podnieść film do wyższej kategorii wagowej, skończyło się jednak co najwyżej na wadze lekkopółśredniej.