Zmarł mistrz Wiesław Myśliwski. Wydawało się, że jest wieczny. „Żyjemy w tym, co opowiedziane”
Wydawało się, że jest wieczny. Teraz literatura polska straciła fundament. Zawsze powtarzał, że najważniejsze jest zdanie. „Było, jak mówię” – tak zaczyna się „Ucho igielne”. Mówił tak, jak pisał, z namysłem, zdanie Myśliwskiego ważyło. Słowo miało moc. Mówił „Polityce”: „Piszę, bo nie wiem. Literatura nie jest więc dla mnie ilustracją tego, co wiem, jest ledwo tlącą się o wieczorze naftową lampą w dawnej chłopskiej izbie, prowadzącą mnie po mrokach mojej niewiedzy, mojego nieodczuwania i nieprzeczuwania. Każde słowo jest wydarciem z siebie cząstki tajemnicy, każde zdanie poszerzeniem granic swojej wyobraźni, swojej wrażliwości. Toteż moje książki wiedzą więcej o mnie niż ja sam i wiedzą prawdziwiej”.
Czytaj też: Zmarł Wiesław Myśliwski. „Gdybym nie pisał, to nie znałbym tak siebie”, mówił „Polityce”
Pierwszą powieść wyrzucił do kosza
Był pisarzem, który potrafił zawrzeć w powieści całość ludzkiego doświadczenia, pokazać, jak bohaterowie rozpoznają swoje życie. Powołaniem literatury było dla niego właśnie odsłanianie też ciemnych stron człowieczeństwa. Chodziło zawsze o zrozumienie człowieka, kimkolwiek on by był. Powtarzał często, że żył w czterech epokach: przed wojną, w czasie wojny, w PRL i po transformacji. W „Uchu igielnym” na sandomierskich schodach bohater spotyka siebie młodego. Czas nie istnieje, wszystko dzieje się jednocześnie.
Zamierzał budować okręty, a został pisarzem. Pierwszą swoją powieść wyrzucił do kosza. Pisał ją długo, cyzelował, ale kiedy urodził mu się syn, uświadomił sobie, że to nie jest dobre, że to jakaś grafomania. Nową wersję napisał w ciągu sześciu miesięcy. Tak powstał „Nagi sad”. W tej powieści matka niesie chore na koklusz dziecko przez dziewięć mostów.
Wiesław Myśliwski stronił od autobiografizmu, ale ten rozdział debiutanckiej powieści z 1966 r. jest oparty na jego wspomnieniach. Matka zawiozła go chorego do lekarzy, ale nic nie pomagało i stan się pogarszał. I wtedy posłuchała rady wiejskich kobiet, że trzeba iść przez dziewięć mostów z dzieckiem na ręku. Szli z nią ojciec, wujowie i sąsiedzi, ale nikt nie mógł jej pomóc w noszeniu dziecka. Musiała przejść ponad 40 km pieszo, bo na małych rzekach nie było mostów, i rzeczywiście – pomogło. Na koklusz trzeba podobno zmienić mikroklimat. Dlaczego dziewięć mostów? Bo tyle miesięcy trwa ciąża i wędrówka musiała być piesza, żeby matka cierpiała – wtedy miało zadziałać, wedle chłopskiej tradycji. I zadziałało.
Nie wypadało już umierać
W innych powieściach też znajdziemy odblaski przeżyć wojennych pisarza – w „Traktacie o łuskaniu fasoli” dziecko patrzy na płonące wsie ze wzgórza Winnica. „Zdarzyło się to pod koniec wojny, o ile pamiętam: w lutym 1944 roku, na pół roku przed wkroczeniem Rosjan na przyczółek sandomierski. Stałem z matką na tym wzgórzu w gromadzie ludzi. Ktoś się modlił, ktoś płakał, matka kazała mi uklęknąć, a ja (z niewiedzy? głupoty? strachu?) się roześmiałem. To wspomnienie tkwiło we mnie przez ponad sześćdziesiąt lat” – mówi w jednym z wywiadów.
W „Ostatnim rozdaniu” wracają z kolei obrazy, których był też świadkiem, kiedy wieszano chłopów za nieoddawanie kontyngentu. Jego matkę, która miała ciemne włosy, aresztowano jako Żydówkę. Podobnie wróciło po latach wspomnienie żydowskich rodzin, które mieszkały obok nich w Dwikozach. Nie dawały mu też spokoju obrazy wywożenia Żydów do getta w Sandomierzu.
Wczesne lata nie były ani łatwe, ani szczęśliwe, bo naznaczone śmiercią ojca. „Prawdopodobnie moja obsesja związków pomiędzy ojcem i synem wyniknęła z braku ojca, który umarł, gdy miałem lat trzynaście. Było to w lipcu 1945 roku, kiedy właśnie skończyła się wojna i nie wypadało już umierać” – opowiadał.
Losy rodziny ze strony matki były dramatyczne i tym też od dzieciństwa nasiąkał. Natomiast ojciec pozostał postacią tajemniczą, której życiorysu nie potrafił odtworzyć. We wspomnieniach był zawsze spokojny i opanowany, przyjmował rzeczywistość z pozycji doświadczenia. Matka była bardziej impulsywna.
Po śmierci ojca w domu nastały ciężkie czasy, stąd pomysł, żeby studiować budowę okrętów. Skończył liceum w Sandomierzu i zdawał na Politechnikę Gdańską, ale się nie dostał. Wrócił więc do Dwikóz, żeby zarabiać, pomóc matce i siostrze, bo była bieda. I tak by się stało, poszedłby do pracy albo został w końcu inżynierem, gdyby nie jego dziewczyna Wacława. To ona namówiła go na polonistykę na KUL. Przez pierwsze trzy lata nic nie wskazywało, że literatura będzie dla niego ważna. Grał w pokera i czytał zupełnie inne lektury, niż zalecano. Ale to się zmieniło, gdy zajął się psychologizmem w literaturze.
Ówczesna dziewczyna stała się jego żoną: „Nie zbudowałem swojego życia sam. Jeśli je zbudowałem takie, jakie ono jest, to zawdzięczam to mojej żonie. Poznałem ją, kiedy miała szesnaście lat. I odtamtąd była nie tylko moją podporą, lecz często i moim sumieniem. I to dzięki niej, im bardziej zbliżam się do swojego kresu, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że warto było żyć”. Bo to nie literatura, jak mówił wielokrotnie, jest dla niego sprawą najważniejszą. Najważniejsza jest miłość.
Czytaj też: Zawsze mam kłopoty z pierwszą wersją. Piszę drugą, a czasami i trzecią
Gdybym wiedział, nie pisałbym
Większość życia spędzili w Warszawie, ale to miasto nie zostawiło śladu w prozie Myśliwskiego. Czerpał zupełnie skądinąd, z chłopskiego świata, a przede wszystkim z języka. „Z tego przywłaszczenia sobie chłopskiego losu wzięła się moja twórczość. Z dotkliwej tożsamości z tym losem, kiedy po wielu próbach umiejscowienia się w świecie i po wielu złudzeniach odkryłem, że jestem chłopem. Być chłopem – to dla mnie coś więcej niż urodzić się na wsi, pochodzić ze wsi, mieszkać na wsi, znać wieś, to powrócić do swojego pierwszego świata, jako świata przyrodzonej mowy, przyrodzonej wyobraźni, przyrodzonych wartości, to powrócić do miejsca, gdzie kiedyś był raj, choć owoce w tym raju były gorzkie. Żmudna droga prowadziła mnie do tego prostego odkrycia”.
Kulturę chłopską Henryk Bereza słusznie nazwał naszą kulturą matką. A Myśliwski ogłosił jej zmierzch w słynnym tekście „Kres kultury chłopskiej”. To właśnie kultura chłopska, a nie sama wieś, stała się najważniejszym pisarskim źródłem dla tej twórczości. „Język jest właśnie dla mnie tym najdonioślejszym dziedzictwem chłopskiej mowy. Mógłbym powiedzieć, że wziąłem u chłopów wielką lekcję języka polskiego. Nie języka stanowego, środowiskowego, regionalnego, nie takiej czy innej gwary, lecz lekcję wolności języka i możliwości języka”.
Kultura chłopska to też głosy zmarłych przodków. Słuchał ich, kiedy pisał „Kamień na kamieniu”, okazało się, że dziedziczymy nie tylko pamięć pojęciową, obrazową, ale także pamięć „językową”. Tytuł tej powieści pochodzi z pieśni: „Kamień na kamieniu / Na kamieniu kamień / A na tym kamieniu / Jeszcze jeden kamień…”. Poprzez tę starą pieśń odczuwał wspólnotę z chłopskim światem. Była dla niego syntezą metaforyczności chłopskiego języka. Z tej pieśni zrodziła się cała książka, którą pisał dziesięć lat. Starał się w niej sprostać tej krótkiej pieśni. Literatura i pisanie były bowiem dla Myśliwskiego narzędziem poznania i samopoznania. Jak mówił: „Nie wiem bowiem, jaka jest prawda we mnie. Gdybym to wiedział, nie uprawiałbym literatury”.
Gra o najwyższą stawkę
Kiedy „Kamień na kamieniu” ukazał się w 1984 r., w czasie beznadziei, od razu stał się bestsellerem, sprzedano 200 tys. egzemplarzy. „Przyjęcie powieści wprowadziło mnie w stan nierzeczywisty. Próbowałem zrozumieć, o co z tym »Kamieniem« chodzi. Docierały do mnie opowieści o ludziach, dla których moja książka była podporą w chwilach ostatecznych”.
A sama powieść powstała w zastępstwie innej, której nie mógł napisać, bo wydawała mu się zbyt autobiograficzna. To był „Widnokrąg”, którego pomysł miał już w 1970 r., ale nie mógł ruszyć, więc zamiast tego napisał „Kamień na kamieniu”. Uznał, że musi wyzwolić się z autobiograficzności, zyskać dystans do własnego życia, przede wszystkim do postaci swojej matki, którą musiał dopiero przetworzyć w wyobraźni.
Powieści Myśliwskiego były zawsze grą o najwyższą stawkę. „Mam świadomość, że sztuka jest tylko próbą zmierzenia się z dramatem nieistnienia, z której to próby mało kto wychodzi zwycięsko. Mimo to warto podjąć taką próbę” – mówił „Polityce”. Najważniejsza według niego była opowieść. Tylko opowiedziane życie może zamienić się w los, zyskać sens: „Tylko to, co opowiedziane, jest jedyną możliwą wiecznością. Żyjemy w tym, co opowiedziane. Świat jest tym, co opowiedziane”. Teraz zostają z nami jego słowa.