Recenzja serialu: „Hip hop: kawałki, które wstrząsnęły Ameryką”
Sześć 40-minutowych odcinków rozbiera na czynniki pierwsze kluczowe dla amerykańskiego rapu utwory różnych wykonawców
Sześć 40-minutowych odcinków rozbiera na czynniki pierwsze kluczowe dla amerykańskiego rapu utwory różnych wykonawców
To pewnie nie będzie serial, który przejdzie do historii, ale ogląda się go z dużą przyjemnością.
Oby wojenne komplikacje losów zostały pokazane bardziej wiarygodnie niż ta startowa.
Przygodowe fantasy dla młodych dorosłych.
W książce układa się to w ponury obraz i zmierza do zaskakującego rozwiązania, na ekranie jednak nie porywa.
Padają pytania o odpowiedzialność i sumienia zwykłych ludzi włączających się w machinę okrucieństwa.
Brzmi niestrawnie i czasem takie jest, a jednak, jak wiele z produkcji Murphy’ego, nie pozwala się oderwać od ekranu.
Całość sprawia wrażenie sztuczności, potęgowane jeszcze przez język angielski zamiast rosyjskiego.
Scenariusz jest oparty na reportażu T. Christiana Millera i Kena Armstronga, nagrodzonym Pulitzerem i rozwiniętym w książce „Niewiarygodne.
Najnowsza produkcja Gideona Raffa, twórcy izraelskiego pierwowzoru amerykańskiego hitu „Homeland”, to oparty na faktach miniserial szpiegowski z elementami dramatu rodzinnego.
Przed rokiem każdy z 6 odcinków pierwszego sezonu „Pułapki” oglądały średnio dwa miliony osób, choć recenzenci kręcili nosami.
Miks gatunkowy nie wszystkich przekona.
Kolejne 10 odcinków twórcy z sukcesem wykorzystują na pogłębienie – a czasem też poszerzenie – serialowego świata i bohaterów.
Sprawę zamordowanej „kobiety z przeszłości” prowadzi policyjny duet: pochodząca z ery wikingów wojowniczka Alfhildr Enginnsdottir oraz empatyczny, cierpiący na bezsenność, współczesny gliniarz Lars Haaland.
Historyczne fakty jako punkt wyjścia, zamknięta społeczność, rosnąca paranoja oraz żądny krwi demon.
W Izraelu jeszcze przed premierą pojawiły się zarzuty, że serial skupia się na przemocy izraelskiej, ignorując arabską.
Ta amerykańsko-brytyjska produkcja w międzynarodowej obsadzie sprawdza się nieźle.
„Dom z papieru” to jeden z tych seriali, których nie trzeba oglądać, żeby wiedzieć, że istnieją.
Jak być dobrym człowiekiem w XXI w., nie stając się przy tym ofiarą? Czy Jezus miałby dziś z nami jakieś szanse?
Całość nie grzeszy subtelnością, wzorem swojego bohatera, ale świetnie pokazuje mechanizmy medialnej propagandy stosowane dziś nie tylko w USA.