Recenzja filmu: „Pokot”, reż. Agnieszka Holland
Holland stworzyła swój najbardziej ironiczny film. Przewrotny, inteligentny, skłaniający do dyskusji na temat stanu umysłu współczesnych ludzi, nie tylko Polaków.
Holland stworzyła swój najbardziej ironiczny film. Przewrotny, inteligentny, skłaniający do dyskusji na temat stanu umysłu współczesnych ludzi, nie tylko Polaków.
Klimatyczny miniserial na podstawie powieści Liane Moriarty, z akcją osadzoną w luksusowym nadmorskim miasteczku Monterey w Kalifornii, w środowisku rodziców pierwszoklasistów.
W świecie wzmacnianej przez władzę nietolerancji rzeczywistość staje się bowiem sama w sobie ponurą satyrą.
Zręczne połączenie konwencji brutalnego dokumentu społeczno-rodzinnego, światła, poezji, duchowego uniesienia i erotycznej delikatności.
Fani filmów Davida Lyncha powinni być zachwyceni.
Samotnicy skontrastowani zostają z rodzinami imigrantów, którzy dopiero uczą się skandynawskich obyczajów.
Film ma klasę, dobre tempo, czasami zanadto przyspieszające w rytm teledyskowo zmontowanych retrospekcji.
Natalie Portman w skomplikowanej roli Jackie spisuje się genialnie.
Film sprawdza się w wymiarze uniwersalnym, choćby jako opowieść o dwóch modelach kapitalizmu.
Film pieczołowicie odtwarza okoliczności rozprawy, próbując wokół nich zbudować trzymające w napięciu edukacyjne widowisko.
Film, który jeszcze niedawno mógłby być odebrany jako wciągający, zrealizowany z dbałością o realia, historyczny obrazek na pikantny temat, dziś, w dobie konserwatywnej kontrrewolucji, skierowanej szczególnie w kobiecą wolność i seksualność, staje się wypowiedzią polityczną.
Najgłośniejsza w tym sezonie, obsypywana nagrodami komedia w zgrabny i dowcipny sposób przypominająca o tym, co człowiek w sobie tłumi, blokuje, ale też traci, gdy zanadto odrywa się od korzeni.
Miało być intrygująco, wyszło karykaturalnie.
Wszystko w „Manchester by the Sea” kręci się wokół poczucia winy, atmosfery podwójnej żałoby.
Niejasne, zagmatwane intencje reżysera można interpretować na wiele sposobów.
Podlana sosem ironii i angielskiej satyry mieszanka przygodówki i kryminału.
Utrzymane w klimacie skandynawskich kryminałów skrzyżowanym z estetyką brzydoty znaną choćby z „kina złego” Wojciecha Smarzowskiego „Pustkowie” dzieje się współcześnie w małym czeskim miasteczku w pobliżu granicy z Polską.
Pełna niedopowiedzeń impresja znaczona wielkiej urody poetyckimi zdjęciami.
Mocne, męskie kino rozrywkowe podszyte lękiem o prawo i sprawiedliwość.
Ten film działa jak przestroga. W czasach panoszenia się „dobrej zmiany” Wajda pokazuje cenę, jaką się płaci za obronę wolności i demokratycznych wartości.