Recenzja płyty: Myslovitz, „1.577”
Pod względem radiowego potencjału kilku piosenek mamy najlepszą płytę Myslovitz od dekady.
Pod względem radiowego potencjału kilku piosenek mamy najlepszą płytę Myslovitz od dekady.
Ten projekt powstał dla lubelskiego festiwalu KODY i inaugurował jego zeszłoroczną edycję.
To płyta o Ameryce wielkich przestrzeni, małych miejscowości, niekończących się dróg i możliwości zwyczajnych ludzi.
Być może płytą zostanie zauważoną tylko przez nielicznych. Ale jestem pewien, że ci nieliczni będą oczarowani i zaczarowani.
Album całkowicie zaciera granicę między obiema sferami i w coraz większym stopniu do słuchania transowych utworów tanecznych zaprasza fanów rocka.
Spójna i szczera opowieść, którą przekazuje w tekstach przyćmiła zarówno potężne hiphopowe basy, jak i partie akordeonu.
Mocna inspiracja muzyką klubową połączona z bardzo osobistymi tekstami.
Płyta klimatem nawiązuje do kontrkulturowej estetyki z lat 60.
Kąsek dla kolekcjonerów i zagorzałych fanów.
Wielka płyta.
Świeże, ciekawe i niebanalne oblicze muzycznego romantyzmu z syntezatorami w tle.
Idealna propozycja dla tych, którzy lubią proste, gitarowe brzmienia okraszone mocnym żeńskim głosem.
To płyta do wielokrotnego słuchania w skupieniu. Pośpiech nie jest wskazany.
Mamy wreszcie komplet symfonii Witolda Lutosławskiego pod batutą Esy-Pekki Salonena.
Więcej improwizacji, mniej tematów. Nie ma mowy o roztargnieniu, jeśli chodzi o wydawnicze działania wrocławskiej grupy.
Dla miłośników mrocznego syntezatorowego romantyzmu będzie albumem więcej niż satysfakcjonującym.
Na płycie usłyszeć można zarówno muzykę gospel, jak i całkowicie świecką, w tym bluesa, funk i rocka.
Bardzo porządne granie i śpiewanie, bez mizdrzenia się i komercyjnego pudru.
Kwintesencja rockowego grania.
Rozpisałem się o Burdonie, więc w drugiej notce dość skrótowo sygnalizuję ukazanie się innej dobrej płyty dla dziadków. To „My True Story” Aarona Neville’a.