Społeczeństwo

Uzdrowiska i Covid-19. Zabiegi, dystans i tańce przytulańce

Uzdrowisko w Inowrocławiu Uzdrowisko w Inowrocławiu Łukasz Dejnarowicz / Forum
Tego jeszcze nie było. Mateusz Korkuć, prezes uzdrowiska Kołobrzeg SA, które we wrześniu zwykle nie ma wolnych miejsc, zachęca: jest okazja, ceny o 30 proc. niższe niż tydzień temu.

Na 1,5 tys. miejsc w obiektach należących do spółki zajętych jest tysiąc. – Pracujemy na dwie trzecie możliwości. Właściwie to powinienem zwolnić jedną trzecią załogi – stwierdza Korkuć. Wprawdzie z kuracjuszy kierowanych przez NFZ nie przyjechało tu tylko 6 proc., prawie w normie, ale jest kłopot z gośćmi komercyjnymi, którzy sami płacą za swój pobyt. A to właśnie oni reperowali budżety sanatoriów, bo stawki NFZ to bieda z nędzą.

Przed pandemią ci pełnopłatni w skali kraju stanowili już 36,4 proc. wszystkich kuracjuszy. Teraz koszty wzrosły (te hektolitry płynów odkażających, te ozonowania i inne dezynfekcje), stawki NFZ stoją w miejscu, a kuracjusze komercyjni nie dopisują.

Pięć i pół miesiąca po ogłoszeniu lockdownu, dwa i pół po wznowieniu działalności uzdrowiska wciąż nie mogą złapać wiatru w żagle. Nad morzem jest najlepiej. – Renta położenia, pogoda, okres lipiec–sierpień – wylicza nadmorskie przewagi Jerzy Szymańczyk, prezes Unii Uzdrowisk Polskich, organizacji zrzeszającej największe spółki uzdrowiskowe. – Ale w większości uzdrowisk obserwujemy dużą obawę kuracjuszy i niedojazdy rzędu 30 proc.

Testowani i reszta

Może dlatego, że według ogłoszonej właśnie nowej rządowej strategii walki z pandemią osoby kierowane na leczenie uzdrowiskowe nadal pozostaną w grupie badanych prewencyjnie pod kątem koronawirusa. Taką regulację wprowadzono po lockdownie. Nie wystarczy skierowanie z NFZ czy ZUS. Aby zostać przyjętym do sanatorium, trzeba mieć wynik badania na Covid-19 wykonanego nie wcześniej niż sześć dni przed przyjazdem.

Gwarancji badania nie dają, ale w jakimś stopniu zmniejszają ryzyko. No i uspokajają psychicznie. Wykonanie testów pilotuje personel sanatorium – wskazuje przyszłemu kuracjuszowi, gdzie i kiedy ma się zgłosić, sprawdza wyniki, informuje, czy można przyjechać. W pierwszej transzy przebadanych 18,5 tys. kuracjuszy z NFZ zakażenie stwierdzono u 30 osób (1,6 promila).

Kuracjuszom komercyjnym, choć mają ubezpieczenie zdrowotne, bezpłatne testowanie nie przysługuje. Jest coś w rodzaju luki, którą każde sanatorium wypełnia po swojemu. Jedni każą robić badanie pełnopłatne i przejeżdżać, gdy wynik jest ujemny. Inni wykonują szybkie testy już na miejscu, nim zakwaterują gościa w obiekcie. Jeszcze inni zadowalają się pomiarem temperatury i wywiadem, że nic nie dolega.

W porównaniu z koronawirusowym plonem wesel sanatoria (45 tys. łóżek) jawią się jako miejsca prawie bezpieczne. Zakażenia w Ustce i Sopocie (kilka osób) przemknęły bez echa. W Krynicy-Zdroju w lipcu w jednym z sanatoriów stwierdzono wirusa u pięciu osób, 14 znalazło się na kwarantannie, w drugim było gorzej – 51 zakażonych, 174 osoby do izolacji. Głównie personel i rodziny. Natomiast Ciechocinek wywołał popłoch, ale o tym później.

Czytaj tez: Koronawirus dusi Kołobrzeg

To czerwoni, to żółci

O ile NFZ zaczął wysyłać kuracjuszy zaraz po odwieszeniu działalności uzdrowisk, o tyle drugi publiczny zleceniodawca, ZUS, wyczekiwał – wystartował dopiero w sierpniu. Ale wtedy część sanatoriów na południu (powiaty nowosądecki i nowotarski) dotknęło nowe nieszczęście. Ministerstwo Zdrowia wyznaczyło tzw. strefy czerwone i żółte. I one znalazły się w tej czerwonej, o największym „stężeniu” aktywnych chorych. A tam wśród innych obostrzeń ponownie wprowadzono zakaz działalności uzdrowiskowej.

Wiesław Pióro, prezes uzdrowiska Krynica SA, podkreśla, że sanatorium w czerwonej strefie nie mogło zaoferować przebadanemu gościowi kąpieli mineralnej w odkażonej wannie, ale w aquaparku, kto chciał, mógł pływać do woli i rzecz jasna bez testów na wirusa. Powiat znalazł się w strefie, bo przebadano wszystkich pracowników trzech dużych nowosądeckich zakładów. Więc prezes Pióro zastanawia się, co by było, gdyby w Warszawie zrobić testy wszystkim pracownikom wielkich korporacji. Czy też czerwona strefa?

Skutek był taki, że przestali przyjeżdżać nie tylko kuracjusze, ale i spanikowani turyści. Gminy uzdrowiskowe przeważnie nie mają innych aktywności gospodarczych prócz lecznictwa i turystyki. Zatem ich włodarze podnieśli larum. Burzyli się, że to stygmatyzacja. Jednak epidemiolodzy podział na strefy chwalą.

Antystrefowy lobbing przyniósł efekt połowiczny – od 29 sierpnia sanatoria w czerwonej strefie mogą działać. Nim się to stało, powiat nowosądecki (uzdrowiska Krynica, Muszyna, Żegiestów) został przeniesiony do strefy żółtej. A nowotarski (Szczawnica, Rabka) do niebieskiej – ostrzegawczej. Czas pokaże, jak przyjmą to kuracjusze. Czy przyjadą i jak licznie? I jak długo będą się zbierały sanatoria, które w czerwonej strefie były dłużej lub krócej?

Prezes Pióro pierwszych kontyngentów spodziewa się 13 września. Uważa, że poziom niedojazdów pokaże poziom lęków.

Czytaj też: Uzdrowisko. Bardziej szpital czy spa?

Pech zielonego Ciechocinka

W uzdrowisku Ciechocinek SA coś już o tych lękach wiedzą. Szło im całkiem nieźle. W lipcu–sierpniu, w porównaniu do lata 2019 r., mieli 85 proc. kuracjuszy z NFZ i blisko 70 proc. komercyjnych. Ale 21 sierpnia, gdy krynickie sanatoria pauzowały w czerwonej strefie, koronawirus dopadł teoretycznie bezpieczny Ciechocinek. Zakażenie wykryto u jednej z kuracjuszek Szpitala Uzdrowiskowego nr 4. Ruszyły badania. Rezultat – 34 zakażonych (w tym jedna osoba z personelu) i ok. 300 osób na kwarantannie – w sanatoryjnych pokojach.

Rozgłos ogólnopolski. Kuracjusze uwięzieni, odizolowani od świata, od tygodnia zamknięci – donosiły media. Jako przestrzeń wolności pozostały im balkony, skąd wylewali żale – że jedzenie dostają pod drzwi, że z zabiegów nici, że skończyła się kawa, herbata i cukier. Wykrzykiwali prośby o gazety z krzyżówkami, bo co tu robić. Niektórzy wieszali psy na lekkoduchach, co to rozrywali się na mieście i sprowadzili na wszystkich kłopot. Nie brakło też relacji, jak działa widok podjeżdżających karetek, które zabierają kolejnych zakażonych.

Ostatni kwarantannowcy wyjechali do domów w sobotę 29 sierpnia. Prawie dwie doby zajęło dezynfekowanie i ozonowanie obiektu. Pomagała straż pożarna, powierzchnie płaskie odkażała specjalistyczna firma. Pranie pościeli i ręczników też zlecono fachowcom. Żeby sanatorium mogło ruszyć. Ale Marcin Zajączkowski, prezes Ciechocinek SA, już wie, że ze 160 osób skierowanych przez NFZ na najbliższy turnus przyjedzie nie więcej niż 60. Goście komercyjni w ogóle poodwoływali rezerwacje na początek września. – Znowu jest tak, jakbyśmy zaczynali od zera – diagnozuje sytuację.

Ma wątpliwości, czy sensowne było zamykanie całego obiektu, ale tak zdecydował sanepid. Na razie nie wiadomo, kto pokryje koszty tej kwarantanny, bo przepisy tego nie regulują. W innych uzdrowiskach też dywagują, kto jakie wnioski powinien wyciągnąć z ciechocińskiego przypadku.

Czytaj też: Czy Sopot ma prawo być uzdrowiskiem?

Stan niedotlenienia

W tym samym czasie, kiedy w Szpitalu Uzdrowiskowym nr 4 trwały zmagania z covidem, goście z innych sanatoriów w najlepsze balangowali na mieście. Wkurzeni mieszkańcy wypisywali swoje obserwacje na lokalnym portalu Ciechocinek.biz: „W ogródku piwnym przy Grzybku [popularna fontanna z solanką – RS] człowiek na człowieku. Nikt dystansu nie zachowuje, tańce przytulańce (…)” albo: „Wystarczy spojrzeć, co się wyrabia na »szachownicy«. Całe tłumy kuracjuszy przy stolikach i tańczący przy muzyce discosrolo, a nikt nie ma maski. To samo w pobliskim ogródku piwnym”. „Po tych ostatnich kotłowaninach umpa umpa czaczacza kuracjuszy w knajpach w Ciechocinku, gdyby teraz przeprowadzono testy we wszystkich sanatoriach, to pewnie większość też zostałaby zamknięta (…)”.

Z postów przebija złość. Ale pod powierzchnią kryje się strach. – Żyjemy w mieście, które nie ma innych istotnych działalności – mówi Bogdan Bigosiński, prowadzący wspomniany portal. – Lecznictwo uzdrowiskowe jest dla Ciechocinka tlenem. Wystarczy duża liczba zakażeń albo panika i miasto przestaje żyć. Każdy taki przypadek powoduje, że ileś osób do nas nie przyjedzie. Trzeba delikatnie i z umiarem pisać na ten temat.

Trochę broni tych „tańców przytulańców” – że na świeżym powietrzu, że przebadani z przebadanymi tańczyli. Więc mogło się im wydawać, że są ze sobą bezpieczni. A na plażach głowa przy głowie i bez badań.

Lista antycovidowych obostrzeń dla sanatoriów jest długa. Na przykład osoby z zewnątrz nie mogą wejść na teren obiektu. Janusz Zaborowicz, wiceprezes uzdrowiska Wieniec-Zdrój, przeszedł się po sanatoriach kołobrzeskich, to wie, jak to wygląda w praktyce. Nikt mu na drodze nie stanął. On ma w Wieńcu ochroniarzy, którzy pilnują. Tylko czy jest w tym niewpuszczaniu logika, skoro kuracjusz w każdej chwili może wyjść na miasto i zaszaleć, z kim i jak zechce?

W Wieńcu, żeby zachować dystanse, wieczorki taneczne zastąpiono koncertami i spektaklami teatralnymi. Ale ludzie domagają się pląsów. Kierownictwo uzdrowiska dba o takie planowanie zabiegów, by nie było czasu na wycieczki do bliskiego, ale jednak nieco oddalonego Włocławka. Główkuje też, jak zorganizować te tańce, żeby było najbezpieczniej – podrygi na odległość półtora metra czy w bliskości, za to z maską lub przyłbicą? Kiepski wybór.

Czytaj też: Kuracje sanatoryjne pod lupą

Ostrożni zdecydują

Obrazki dzikich tłumów na plażach nadmorskich kurortów jednych poraziły niefrasobliwością, innych ucieszyły – że turystyka ruszyła pełną parą. To chwile zatrzymane w kadrze. Gdy Pomorska Regionalna Organizacja Turystyczna podsumowała sezon, okazało się, że liczba gości jednak wyraźnie spadła. Nawet Sopot sprzedał o 40 proc. mniej biletów na molo niż poprzedniego lata. Wpływy z opłaty uzdrowiskowej też były o 40 proc. mniejsze. Jeśli chodzi o zakażenia, to zachodniopomorskie się wybroniło, ale pomorskie zaliczyło w sierpniu wyraźny skok.

W weekendy mieliśmy zatrzęsienie ludzi, ale jeśli spojrzeć na środek tygodnia, na dłuższe pobyty, to było tego ruchu znacznie mniej. A w sierpniu wszystko runęło z powodu czerwonej strefy – opowiada z drugiego krańca Polski Jan Golba, burmistrz Muszyny Zdroju, prezes Stowarzyszenia Gmin Uzdrowiskowych RP.

To prawda, że dla miejscowości bazujących na turystyce i usługach uzdrowiskowych kuracjusze są jak tlen. Od nich zależy przetrwanie wielu miejsc pracy. I to ludzie ostrożni, którzy starają się minimalizować ryzyko zakażenia, zadecydują, czy tego tlenu będzie więcej, czy mniej. Nie ci, którzy w covid nie wierzą albo są przekonani, że dla nich jest on niegroźny. Oni już korzystają ze wszystkiego, co dostępne, i często swoimi postawami odstręczają tych ostrożnych, określanych nierzadko słowem „przewrażliwieni”.

Z przestrzeganiem podstawowych zasad antypandemicznych (higiena, dystans, maski) w uzdrowiskach jest jak wszędzie. Z egzekwowaniem przestrzegania – też. Podobnie z odpowiedzialnością za innych ludzi i solidarnością. Niestety, przykład przyszedł z góry. Wraz z obrazkami czołowych polityków, którzy te zasady najpierw dość nieudolnie definiowali, a potem raz po raz łamali. Którzy uspokajają, że koronawirus jest pokonany, pod kontrolą, w odwrocie.

Tych błędów chyba nie da się już naprawić.

Czytaj też: Dom w zgodzie z naturą

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Gdzie na świecie aborcja jest legalna, a gdzie kobiety muszą ją wykonywać w podziemiu?

Co roku na świecie dokonuje się ponad 40 mln aborcji – głównie w tych krajach, gdzie poziom wiedzy na temat antykoncepcji jest niski.

Redakcja
22.10.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną