Izrael i Palestyńczycy - polemika K. Geberta z prof. Baumanem

Nienawiść
Po wywiadzie Artura Domosławskiego z prof. Zygmuntem Baumanem (POLITYKA 34)
Rysunki Zbigniewa Damskiego z „Żołnierza Wolności”, 1968 r. i 1969 r.
Ze zbiorów Biblioteki Publicznej M. St. Warszawy/Leszek Zych/Polityka

Rysunki Zbigniewa Damskiego z „Żołnierza Wolności”, 1968 r. i 1969 r.

Rysunki Zbigniewa Damskiego z „Żołnierza Wolności”, 1968 r. i 1969 r.
Ze zbiorów Biblioteki Publicznej M. St. Warszawy na Koszykowej/Leszek Zych/Polityka

Rysunki Zbigniewa Damskiego z „Żołnierza Wolności”, 1968 r. i 1969 r.

Pewnych rzeczy się nie zapomina, nawet gdyby bardzo się chciało. Na rysunkach Zbigniewa Damskiego uczyłem się w 1968 r., czym jest nienawiść. Nie krytyka, nie wrogość nawet, ale nienawiść właśnie: ta głęboka, płynąca z trzewi, jadowita i bezwzględna. Jak wszyscy polscy Żydzi, i jak chyba znaczna część Polaków po prostu, w wojnie sześciodniowej sympatyzowałem z Izraelem – ale przecież rozumiałem, że w wojnie są dwie strony i bardzo rzadko jest tak, że tylko jedna ma całą rację. Właściwie to w historii zdarzyło się tak tylko raz: III Rzesza była tak bardzo wcieleniem absolutnego zła, że pozbawiła się prawa do rozumienia jej racji, a nawet do współczucia jej cierpieniom. Izraelowi, owszem, grożono zagładą – oglądałem przedrukowywane przez francuskie gazety rysunki z prasy arabskiej, na których na plaży w Tel Awiwie wznosiły się stosy czaszek (niejeden jest Damski na świecie) – ale przecież między tą nienawiścią a niemieckim ludobójstwem była jakościowa różnica. I to ta różnica sprawiała, że rozumiałem, że można Izrael krytykować, a już na pewno współczuć także arabskim ofiarom wojny.

Damskiemu jednak nie o krytykę chodziło. Na rysunku z „Żołnierza Wolności” (22 marca 1968 r.) za Dajanem na mównicy z gwiazdą Dawida wznosi się mównica ze swastyką, na której stoi trup Hitlera. Obaj wyciągają w tę samą stronę prawe ręce, wskazując widzianemu od tyłu żołnierzowi kierunek ataku – przez Jordan. Nie można było mieć wątpliwości – Izrael i hitlerowcy to to samo. To samo absolutne zło, które wymaga jednego: absolutnego potępienia, a następnie zmiecenia z powierzchni ziemi.

Profesor Zygmunt Bauman zapewne też zapamiętał te rysunki, gdy, ścigany marcową nienawiścią, wyjeżdżał w 1968 r. z Polski do Izraela. Wytrzymał tam dwa lata i – jak część marcowych imigrantów – uznał, że nie chce żyć w państwie nacjonalistycznym i militarystycznym; wrócił do Europy, do Wielkiej Brytanii, gdzie żyje do dziś. Nietrudno mi go zrozumieć: ja także nie bardzo sobie wyobrażam, bym mógł zostać dobrym Izraelczykiem, choćby i krytycznym. Mam w Polsce, w Europie, ten luksus, że nie muszę się czuć bardzo narodowo – i luksus ten bardzo sobie cenię. Ten luksus sprawia też, że nie musiałem zrewidować swoich postaw sprzed lat ponad 40. Nadal sympatyzuję z Izraelem, rozumiem, że można z nim nie sympatyzować – a porównania którejkolwiek ze stron konfliktu z III Rzeszą (niektóre media i politycy izraelscy z upodobaniem porównują z hitlerowskimi Niemcami swych arabskich wrogów) uważam za podłość. I myślałem, że doświadczenie 1968 r. na tę podłość uodparnia. Niesłusznie.

Nie tylko do rządców Izraela – mówi prof. Bauman w wywiadzie z Arturem Domosławskim – „trzeba mieć pretensję o ten triumf pośmiertny Hitlera”, jakim jest „wyciągnięcie z Zagłady lekcji, że kto pierwszy cios zadaje, tego na wierzchu. Ale jeśli czyni to Izrael, uważający się za dziedzica żydowskich losów, to fakt ów szokuje jeszcze bardziej”. Dość to niejasne: jeśli ktoś z Zagłady wyciąga lekcję, że kto pierwszy uderzy, tego na wierzchu, to się akurat myli: Niemcy hitlerowskie przegrały wojnę. Ale jedynym celem tego rozumowania jest uznanie, że Izrael bardziej zasługuje na miano dziedzica Hitlera niż ofiar Zagłady. Mównica ze swastyką nad mównicą z gwiazdą Dawida. Podłość Damskiego w ustach człowieka, który padł jej ofiarą.

I nie ma tu mowy o przejęzyczeniu. „Czymże jest mur wznoszony dziś wokół terenów okupowanych, jeśli nie próbą prześcignięcia zleceniodawców muru wokół warszawskiego getta?” – pyta ­Bauman już w następnym zdaniu, ale na to pytanie nie udziela odpowiedzi, bo i po co? Jest przecież oczywiste, że tylko o chęć prześcignięcia hitlerowców Izraelowi chodzi. Jak trafnie ujął to Zbigniew Damski w kolejnym rysunku („Żołnierz Wolności” z 5 lutego 1969 r.): izraelski żołdak studiuje pisma Himmlera i wyciągniętą ręką wydaje rozkaz innym, bijącym jakichś ludzi pod meczetem, krzycząc: „Naprzód! Dlaczego mamy być gorsi?!”.

Izrael właściwie jest gorszy, bo nie dosyć, że „próbuje prześcignąć” III Rzeszę, to zarazem jego „rządcy” „wyzyskują Zagładę... jako glejt na własne bezecności”. Dowodem słowa Menahema Begina, premiera Izraela sprzed lat 30, „nazywającego Palestyńczyków nazistami, a usadowienie Izraela w ich sąsiedztwie kolejnym Auschwitz”. Bauman powołuje się tu na swoją – mądrą i przenikliwą – książkę „Nowoczesność i Zagłada” jako na źródło cytatu. Ale takiego cytatu tam nie ma. Jest natomiast cytat z wypowiedzi Abby Ebana, przeciwnika Begina, który mu nieco podobne poglądy zarzuca. Przypisywanych mu przez Baumana bzdur Begin nigdy nie wypowiedział, choć kiedyś naubliżał od nazistów Ben Gurionowi, a Arafata porównał do Hitlera w jego bunkrze. Ale jeżeli Bauman bezpodstawnie oskarża Izrael o rywalizację z hitlerowcami, to oczekiwanie, że nie będzie zmyślał cytatów, wydaje się wręcz małostkowe.

Zresztą, skąd wiadomo, że Begin tak sobie o Palestyńczykach na przykład nie pomyślał? Może to o to Baumanowi chodziło, a posiada on ogromne zdolności odkrywania skrytych myśli izraelskich polityków. „Nie uśmiecha im się bynajmniej kres palestyńskiego terroryzmu. Rakiety spadające na przygraniczne izraelskie miejscowości nie są – z ich przynajmniej punktu widzenia – niemile widziane. Rozpaczaliby zapewne i wpadliby w popłoch, gdyby nagle tych rakiet zabrakło”. Zalety ten passus ma dwie: wspomina się w nim o palestyńskim terrorze (jedyna w dwuipółkolumnowym tekście wzmianka o tym, że istnieje w konflikcie izraelsko-palestyńskim jakaś czynna druga strona) i potwierdza całkowicie zdeprawowaną naturę izraelskich uczniów i rywali Hitlera. Nic więc dziwnego, że Artur Domosławski, choć bywały w świecie, po prostu staje bezradny wobec takiego bezmiaru ludzkiej podłości i pyta profesora, po zwięzłej charakterystyce izraelskiej ­polityki (do której przyjdzie nam powrócić): „Znajduje pan jakieś argumenty, by bronić czy choćby rozumieć taką politykę?”.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną