Atak rakietowy w Syrii – co poza symbolicznym gestem?
Wszystko wskazuje na to, że głównym celem ataku na Syrię, który i tak nie przyspieszy końca tej tragicznej wojny, było ratowanie twarzy przez przywódców zachodniego świata.
Pozycje wojsk syryjskich zaatakowały wspólnie USA, Wielka Brytania i Francja.
Joshua King/Forum

Pozycje wojsk syryjskich zaatakowały wspólnie USA, Wielka Brytania i Francja.

Można snuć wiele rozważań na temat przyczyn i prawdopodobnych skutków ataku rakietowego USA, Wielkiej Brytanii i Francji na pozycje wojsk syryjskich, ale jedno wydaje się pewne: przywódcy trzech krajów poprawili sobie samopoczucie. Zrobili, co należy – ukarali reżim w Damaszku za użycie śmiercionośnych gazów w walce z rebeliantami.

Dlaczego Zachód dopiero teraz reaguje na sytuację w Syrii?

Można by wprawdzie zapytać, dlaczego Zachód reaguje w ten sposób dopiero wtedy, gdy syryjski rząd morduje za pomocą broni chemicznej, ale nic nie robi poza wygłaszaniem potępiających oświadczeń, kiedy Baszar el-Asad zabija, od siedmiu lat, tysiące razy więcej ludzi, posługując się bombami, rakietami i inną bronią konwencjonalną. Chodzi oczywiście o zasady – mamy w końcu konwencję o zakazie broni chemicznej, uchwaloną w odpowiedzi na horror użycia gazów bojowych podczas I wojny światowej. Ale nie da się utrzymać argumentu, że jest to broń groźniejsza dla ludności cywilnej, w każdym razie w Syrii, gdzie wojska reżimowe zupełnie nie liczą się z jej losem. Prowadzą wojnę totalną.

Czytaj także: Sytuacja w Syrii przypomina kryzys kubański

Kto zatrzyma Asada? Już raz się nie udało

Czy atak w nocy z piątku na sobotę powstrzyma Asada przed ponownym użyciem gazów? Równo rok temu amerykańskie rakiety ostrzelały już syryjską bazę Shayrat, skąd reżim też atakował swych przeciwników bronią chemiczną. Bombardowanie nie odstraszyło syryjskiego prezydenta. W 2013 roku prezydent Obama groził atakiem za przekroczenie owej „czerwonej linii”, ale wycofał się w ostatniej chwili, dając się przekonać Rosji, że Asad będzie odtąd grzeczny.

Ale nic się nie zmieniło – gazów użyto potem kilkakrotnie. Nic zatem nie wskazuje, by najnowsza akcja skłoniła Damaszek do zmiany metod walki, do których się niekiedy ucieka z powodu niedostatku sił konwencjonalnych. Chyba że – jak twierdzą eksperci – Waszyngton i sojusznicy będą teraz konsekwentni i odpowiedzą zbrojnie na każdy chemiczny atak reżimu.

USA nie mają długofalowej strategii w Syrii

Donald Trump dał do zrozumienia, że piątkowe bombardowanie nie musi być ostatnim. Wcześniej jednak zapowiedział, że USA „wycofają” swoje wojska z Syrii. Chodzi tu prawdopodobnie o ok. dwóch tysięcy żołnierzy wspomagających siły kurdyjskie we wschodniej części kraju, walczące z resztkami Państwa Islamskiego. Sprzeczne oświadczenia prezydenta pogłębiają wrażenie, że jego administracja nie ma żadnej spójnej czy też długofalowej strategii w Syrii.

Przywódcy Zachodu ratują twarze

W sytuacji gdy siły reżimowe wspierane są tam przez Rosję, z którą stosunki Waszyngtonu pogorszają się z każdym miesiącem, każdy kolejny atak powietrzny na pozycje reżimu syryjskiego zwiększa ryzyko eskalacji konfliktu i starcia z Rosjanami. A tymczasem wojna jest już praktycznie rozstrzygnięta – Asad pokonuje swoich wrogów, zapewniając tym samym Rosję, że będzie miała u niego swój przyczółek na Bliskim Wschodzie. W Syrii umacniają się wpływy Iranu, który ma tam wygodną bazę do atakowania Izraela. Dyplomatyczne próby rozwiązania konfliktu wobec rosyjskiego weta w Radzie Bezpieczeństwa ONZ to szlachetny wysiłek, ale ostatecznie gra pozorów.

Wszystko wskazuje więc na to, że głównym celem piątkowego ataku rakietowego, symbolicznego gestu, który najprawdopodobniej nie przyspieszy nawet końca tragicznej wojny, było ratowanie twarzy przez przywódców zachodniego świata i pokaz jego jedności. Tylko to ostatnie jest cenne w obliczu wątpliwości co do siły więzi transatlantyckich w epoce Trumpa.

Czytaj także: Czy światu grozi wojna z Rosją?

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj