Dlaczego Niemcy coraz głośniej wspominają o bombie?
Temat tabu powraca do niemieckiej debaty o obronności. Choć niemieckie ambicje nuklearne to obecnie sfera politycznych fantazji, warto się im przyjrzeć, bo sygnalizują kolejny poziom utraty wiary w NATO.
F-35
Richard Schneider/Flickr CC by 2.0

F-35

„Nuklearna potęga Niemiec wzmocniłaby bezpieczeństwo Zachodu” – napisał w ostatnim „Welt am Sonntag” doświadczony politolog prof. Christian Hacke, wywołując kolejną falę debaty o tym, czy Niemcy powinny w ogóle myśleć o zostaniu mocarstwem atomowym i czy Zachód w obliczu niepewności, której na imię Donald Trump, powinien zwiększyć własne możliwości odstraszania atomowego. Temat nie jest nowy, a debat takich przetoczyło się przez Niemcy kilka. Znamienne jednak, że jej ostatnia odsłona powraca po zaledwie kilku miesiącach od poprzedniej serii artykułów, analiz i wypowiedzi politycznych – i nie sposób jej nie wiązać z nową falą nieufności do potęgi nuklearnej USA, związanej z wypowiedziami i decyzjami Trumpa. Wniosek z tego jest jeden: narastający brak wiary w polityczną trwałość amerykańskiego parasola atomowego nad Europą skłania jej największy i najpotężniejszy gospodarczo kraj do rozmyślań o innym sposobie zapewnienia sobie gwarancji bezpieczeństwa. Mogą z tego wyniknąć same kłopoty, też dla nas w Polsce.

Broń jądrowa w Niemczech – trzy scenariusze

Prof. Hacke nie odnosi się jednak do Trumpa jako takiego. Argumentuje, że nawet jeśli po jego możliwych dwóch kadencjach w Białym Domu zasiądzie ktoś rozsądniejszy, specjalny status Niemiec i Europy w relacjach z USA minął i nadzieja, że atomowy parasol Ameryki będzie chronił Stary Kontynent jak w czasie zimnej wojny, jest płonna. Przedstawia więc trzy alternatywy.

Pierwszą – zachowanie status quo i poleganie na Ameryce – odrzuca jako nierealistyczną w sytuacji, gdy to Niemcy zostały wskazane przez Trumpa jako wróg USA. Drugą miałaby być omawiana od dłuższego czasu strategiczna samodzielność Europy, polegająca na wzmocnieniu sił jądrowych Francji i Wielkiej Brytanii – z finansowym udziałem Niemiec – by mogły zastąpić chwiejne gwarancje odstraszania Ameryki. W tym scenariuszu francuska i brytyjska broń jądrowa musiałyby znaleźć się na terytorium Niemiec (tak jak obecnie amerykańska), ale to zdaniem Hackego też nie dałoby absolutnej pewności. Wskazuje tu na obsesyjną odrębność Francji i brytyjską skłonność do traktowania sił jądrowych jako niepodzielnych i własnych. Trzecią opcją, wpieraną przez profesora, byłyby więc Niemcy jako samodzielna potęga jądrowa.

Czytaj także: Czy grozi nam wojna atomowa?

Czy potęga europejska stanie się potęgą atomową

Hacke od razu podkreśla, że debata w tej sprawie jest niemal wykluczona. Że to obszar zakazany zarówno przez polityczną poprawność, brak odwagi cywilnej dyskutantów, jak i brak wizji strategicznej w Berlinie. Nie oznacza to jednak, zdaniem Hackego, że Niemcy nie powinny sobie takiego pytania postawić. Swój artykuł Hacke podsumowuje konkluzją, że taki czas i tak nadejdzie: „Przewidywalna utrata amerykańskiego odstraszania nuklearnego, brak europejskiego odstraszania, zanikające znaczenie instytucji wspólnotowych, jak NATO i UE, oraz wadliwa polityka obronna Niemiec wymagają w dziedzinie obronności nowego początku. Za tym pojawia się kluczowe pytanie: pod jakimi warunkami i jakim kosztem główna potęga europejska mogłaby się stać potęgą atomową?”. Hacke namawia, by dyskutować o tym bez histerii. U każdego znającego choć pobieżnie historię Europy publiczne zadanie takiego pytania musi wywoływać ciarki na plecach. Zwłaszcza w Polsce.

Niemcy wcale nie chcą bomby atomowej

Mimo upływu 70 lat od II wojny światowej nie ustają spory o to, jak blisko była Trzecia Rzesza od stworzenia broni atomowej. Na pewno lepiej szły Niemcom prace nad technologią rakietową, z czego zresztą po wojnie skwapliwie skorzystali Amerykanie. Nie wiadomo, czy niemieccy fizycy świadomie sabotowali badania jądrowe – co stało się tematem licznych teorii, domysłów, a i świetnej sztuki „Kopenhaga” (opisującej spotkanie czołowego niemieckiego badacza jądrowego Wernera Heisenberga z duńskim noblistą Nielsem Bohrem). Perspektywa bomby atomowej w rękach Hitlera – już posiadającego rakiety zdolne do sięgnięcia np. Londynu – miała też wpływ na powojenne przeoranie świadomości obronnej Niemiec.

Ruchy antywojenne – w szczególności antynuklearne – były tam szczególnie aktywne w czasie zimnej wojny. Do dzisiaj regularnie organizują demonstracje w pobliżu amerykańskich baz. W niemieckim społeczeństwie nie ma zgody na gwałtowne zwiększanie wydatków obronnych, na radykalne wzmacnianie Bundeswehry – i oczywiście nie ma mowy, by dzisiejsi Niemcy chcieli u siebie bomby atomowej. Ba, nie chcą nawet cywilnej energii jądrowej i planują zamknięcie elektrowni atomowych za pięć lat. Bez cywilnych reaktorów o żadnym wojskowym wykorzystaniu badań jądrowych nie ma mowy. Czy zatem nie ma tematu?

Czytaj także: Jak wyglądała polityka nuklearna USA po II wojnie światowej

Plany jądrowe Niemiec powinny zainteresować też Polskę

Z wojskowego punktu widzenia niemiecka debata powinna Polskę przynajmniej interesować – jeśli nie niepokoić. Raz, że utrata zaufania do największego sojusznika przez największy kraj Europy sama w sobie musi budzić obawy reszty sojuszników. Dwa, że to w Niemczech znajduje się najbliższy Polsce skład amerykańskiej taktycznej broni jądrowej, do użycia przez siły NATO. Trzy, że budowanie strategicznej samodzielności Europy jest koncepcją tyleż atrakcyjną, co ryzykowną – i lepiej nie być zaskoczonym jej przebiegiem. Ale u nas błoga cisza.

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj