Laos tonie pod tamami
Na inspirowanym przez Chiny planie zabudowania Laosu elektrowniami wodnymi tracą mieszkańcy tego i tak skrajnie biednego kraju.
Nam Khan, Laos
Gena Okami/Unsplash

Nam Khan, Laos

Będąca na ukończeniu budowy tama Xe Pian-Xe Nam Noy w południowo-wschodnim Laosie pękła 23 lipca. W ciągu kilkunastu minut okoliczne wsie zostały całkowicie zalane. Katastrofa nie była całkiem nieprzewidziana, bo już kilkanaście godzin wcześniej zarządzający tamą wysłali ostrzeżenia do mieszkańców, że zbyt wysoki poziom wody zagraża konstrukcji. Ale Laos to skrajnie biedny i pozbawiony efektywnych służb państwowych kraj, więc sygnał do ucieczki do większości osób po prostu nie dotarł.

Oficjalnie w katastrofie zginęło 29 osób, ponad tysiąc wciąż jest zaginionych, a prawie 7 tys. straciło dach nad głową. W przypadku takich zdarzeń zaginieni to często synonim „martwi, ale nieodnalezieni”. W Laosie tak nie jest, bo wiele osób uciekło do dżungli pozbawionej zasięgu telefonii komórkowej i jakiejkolwiek infrastruktury, więc faktycznie nie da się ich odnaleźć. Dane nie obejmują jednak osób, które ucierpiały w efekcie wtórnych powodzi i przepełnień innych tam.

Czytaj także: Chiny znalazły skuteczny sposób na uzależnienie od siebie słabych państw

Akcję ratunkową wspierali przede wszystkimi Chińczycy i Tajowie. Ten pierwszy kraj to największy, w praktyce niemal jedyny inwestor zagraniczny w Laosie. Tajlandia to z kolei główny importer energii produkowanej w laotańskich hydroelektrowniach – po oddaniu Xe Pian-Xe Nam Noy miała kupować 90 proc. produkowanej tam energii.

Laos „akumulatorem Azji Południowo-Wschodniej?

Te dwa kraje aktywnie wspierają plan komunistycznego rządu w Wientianie, który chce zrobić z Laosu „akumulator Azji Południowo-Wschodniej”. Przez górzysty kraj przepływa potężny Mekong, jedna z największych rzek świata (pod względem długości i średniego przepływu), oraz wiele jego dopływów, które same w sobie są dobrym źródłem hydroenergii. Większość tam budują Chińczycy, przede wszystkim firma Sinohydro, która działa też w Polsce – regulowała m.in. Odrę we Wrocławiu; prąd trafia potem głównie do Tajlandii. To jeden z niewielu produktów eksportowych Laosu.

Ale, jak wszystkie chińskie plany infrastrukturalne, ten też ma drugie dno. Zwykli mieszkańcy Laosu niewiele korzystają na budowie kolejnych tam (mają może nieco więcej elektryczności, ale pieniędzy już nie), a za to dużo tracą – od ryb, stanowiących w wioskach przy Mekongu główne pożywienie, przez sieci transportowe, bo Mekong to główna „autostrada” w Laosie, po domy, które są zalewane przez zbiorniki zaporowe.

Laos, chińska hydrokolonia

Szczegółowe informacje dotyczące katastrofy Xe Pian-Xe Nam Noy są trudno dostępne, bo rząd w Laosie ogranicza dostęp zagranicznym dziennikarzom, a w kraju nie ma mediów nierządowych. Dlatego nie wiadomo i pewnie nigdy do końca nie będzie wiadomo, czy zawiniło koreańsko-tajsko-laotańskie konsorcjum budujące tamę, czy pogoda, czy coś innego. Według Iana Bairda, dyrektora wydziału studiów południowo-azjatyckich na University of Wisconsin-Madison University, odpowiedzialni są jednak ludzie, a nie pogoda – przy dobrym zarządzaniu tama nie powinna się tak szybko przepełnić.

Wiadomo, że może to nie być ostatnia katastrofa. Rząd oficjalnie przyznał, że tama Nam Ou 2 w północnym Laosie, niedaleko popularnej wśród turystów dawnej stolicy Luang Prabang, też jest na skraju przepełnienia. To jedna z czterech tam zbudowanych w tym regionie przez Sinohydro.

Pora deszczowa w Laosie trwa do listopada lub nawet grudnia, więc trudno przewidzieć, co jeszcze może zadziać się w tym roku.

Ale nawet jeśli tamy nie będą pękały, to i tak odciskają swoje piętno. W kraju nie funkcjonuje transparentny system zarządzania publiczną infrastrukturą, więc nie wiadomo, kto, za ile i na jakich zasadach buduje większość tam. Jednak nie ma wątpliwości, że mieszkańcy przy żadnej z inwestycji nie mają nic do powiedzenia. Inwestorzy z lokalnymi politykami zadecydowali, że Mekong to świetne źródło energii, a jeśli przy okazji trzeba pozbawić ludzi żyjących często na rzece domów, nie ma to znaczenia.

Czytaj także: Czym różni się Hongkong od Chin?

Inwestorzy z bardzo nielicznymi wyjątkami przybywają z Chin. Pekin od dawna stara się zdominować gospodarczo Azję Południowo-Wschodnią, ale z Laosu, kraju stworzonego przez francuskich kolonialistów i do dziś często postrzeganego jako sztuczny twór, uczynił niemal swoją kolonię. Buduje tam drogi i linie kolejowe, przede wszystkim tranzytowe, planowane bez uwzględnienia potrzeb mieszkańców, za to doskonale wspierające eksport i import do Chin przez tajskie, malezyjskie i singapurskie porty. W Wientianie wciąż rządzą maoiści, więc dla nich Pekin to wymarzony partner; zresztą nikt inny nie garnie się do finansowania skorumpowanego, pozbawionego niezależnego sądownictwa i – obiektywnie – nieciekawego pod względem perspektyw gospodarczych kraju.

Będzie gorzej

W Laosie jest obecnie 51 elektrowni wodnych, kolejne 46 się buduje. Większość z nich powstała w ciągu ostatnich 10 lat. Są budowane na szybko, bez odpowiedniego planowania nawet na poziomie indywidualnych inwestycji, a co dopiero na skalę całego kraju. Dewastują ekosystem i społeczeństwo tradycyjnie żyjące z Mekongu. A do tego nikt nie wie, na ile porządnie są one budowane.

Zarządzanie tamami z roku na rok będzie coraz trudniejsze – globalne ocieplenie powoduje, że monsuny są silniejsze niż dawniej i mniej przewidywalne, więc wypełnieniem zbiorników trudniej zarządzać. Im więcej tam, tym większa groźba efektu domina.

Laos jest przykładem ekstremalnym, bo to kraj niemal pozbawiony gospodarki poza przemytem narkotyków i ludzi, uzależniony gospodarczo od Chin i w mniejszym stopniu od Tajlandii, którego polityka zagraniczna jest prowadzona przez rząd w Pekinie, bez dostępu do morza, a do tego wojskowo-komunistyczna dyktatura niewykazująca zamiaru oddania władzy. Ale niewiele lepiej jest w Kambodży, gdzie równie nieprzemyślany i równie inspirowany przez Chiny skok na pozornie łatwo dostępną energię wodną zagraża rozregulowaniem ekosystemu jeziora Tonle Sap, potężnego jeziora, które w porze deszczowej zajmuje 10 proc. powierzchni kraju i jest naturalnym zbiornikiem retencyjnym chroniącym resztę kraju przed powodziami. Także w Tajlandii tamy się przepełniają, a rząd szykuje się na masowe powodzie w ciągu kilku najbliższych tygodni.

Ale dla większości rządów w regionie, a już zwłaszcza dla inwestorów z Chin i innych krajów, ma to znaczenie wtórne. Mało kto przejmuje się tym, że cały region gospodarczo i ekologicznie przez tysiąclecia zależał od rzek. Ważniejszy jest napływ juanów lub bahtów, które wspierają lokalnych watażków i dają im możliwość przecięcia wstęg na imponujących tamach zbudowanych na miejscu wiosek mieszkańców, których pozbawiono resztek godności. Spłacaniem kredytów z Chin i całkowitym uzależnieniem od wielkiego sąsiada przejmować się będą później.

Czytaj także: O tym, co by było, gdyby Chiny rządziły światem

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj