Świat

Międzymorze Orbána

Marzenie o wielkich Węgrzech

Herby ziem, które zabrał Węgrom traktat w Trianon. Herby ziem, które zabrał Węgrom traktat w Trianon. Karoly Arvai/Reuters / Forum
Premier Węgier gra szeroko, coraz szerzej. Niewielki gracz z niewielkiego, choć kiedyś całkiem sporego, kraju ma ambicje nakreślenia nowego porządku nie tylko Basenu Karpat, ale i Europy Środkowej. Co najmniej.
Lech Mazurczyk/Polityka
Góry Harghita na rumuńskiej dziś Szeklerszczyźnie.Marek Zuk/Alamy Stock Photo/BEW Góry Harghita na rumuńskiej dziś Szeklerszczyźnie.

Artykuł w wersji audio

Co roku w samym środku lata Viktor Orbán jeździ do uzdrowiska Băile Tușnad (po węgiersku Tusnádfürdő) w rumuńskiej Transylwanii. Wygłasza tam swoje najważniejsze mowy. To właśnie w Băile Tușnad wrzucił kilka lat temu do publicznej debaty temat „nieliberalnej demokracji”, a w 2014 r. wskazywał na Singapur, Rosję, Turcję i Chiny jako na przykłady skutecznie zarządzanych krajów i wzory do naśladowania, co z dzisiejszej perspektywy brzmi jak spełniająca się przepowiednia.

Orbán jeździ głosić swoje mowy do Rumunii. Ale jest wtedy w Rumunii tylko na papierze. W rzeczywistości znajduje się w kraju Szeklerów, madziarskojęzycznych górali, gdzie węgierskie tradycje i pamięć o dawnych wielkich Węgrzech są mocne, a co za tym idzie – mocna jest węgierska idea nacjonalistyczna. Co, jak się można domyślić, mocno niepokoi Rumunów, którzy, jak mogą, dezintegrują węgierskie środowiska w Rumunii. Co z kolei, jak się można domyślić, wzmaga węgierski nacjonalizm.

W leżących blisko Băile Tușnad szeklerskich miastach Sfântu Gheorghe (węgierskim Sepsiszentgyörgy) czy Miercurea Ciuc (Csicszerda) na domach często wiszą flagi szeklerskie, błękitne, ze słońcem i półksiężycem, symbolami sięgającymi jeszcze pogańskich czasów, gdy Madziarzy „zajmowali ojczyznę”, czyli podbijali Basen Karpacki. Na ulicach słychać szeklerski, na plakatach i szyldach – prawie wyłącznie węgierszczyzna. Węgrzy są tu u siebie.

1.

Transylwania razem z Szeklerszczyzną trafiła do Rumunii po tym, jak w 1920 r. w Trianon państwa zachodnie okroiły Węgry z każdej strony i porozdawały kawały ich ziemi sąsiadom. Od tej pory udało się Węgrom włączyć ją w swoje granice tylko raz, za Hitlera. Dały sobie wtedy z Zachodem spokój i weszły w sojusz z nazistami. Dostały nagrodę: nie tylko Szeklerów razem z całą Transylwanią, jeszcze południową Słowację i Zakarpacie.

Teraz znów Węgry są małe i znów Europą Środkową rządzi Zachód. Mamy Pax Americana, Pax Europeana, NATO, UE. Nie ma szans na żadne zmiany granic, na żadne przesuwania. Węgry są, wydaje się, skazane na los małego, środkowoeuropejskiego kraju.

Zastanawiać się, czysto teoretycznie, jakim sposobem można by znów Rumunom Szeklerszczyznę zabrać, jest trudno: trzeba by było stąd znów wysiudać cały Zachód. I kogo innego w regionie zrobić hegemonem. Na przykład Rosję, która flirtuje z pomysłami nowego wytyczenia granic w Europie (zrobiła to w Gruzji, na Ukrainie, w Mołdawii, popiera w Bośni i Kosowie). Z Węgrami żyje wspaniale, a z Rumunami mniej więcej tak jak z Polską. Jeśli rola Zachodu w regionie by osłabła, to Rosja w porozumieniu z Węgrami mogłaby teoretycznie wiele na Rumunii wymóc. Choćby autonomię dla Transylwanii. A potem – być może – referendum typu krymskiego.

Rumuńscy prozachodni intelektualiści trochę się boją takiej sytuacji, choć uważają ją za mało realną. Rumuński prezydencki doradca i geopolityk Iulian Fota, gdy z nim o tym rozmawiałem, niby nie brał poważnie rosyjsko-węgierskiego zagrożenia, ale mówił, że jakby co „tanio skóry nie sprzedadzą”. Przyznawał, że gdy Węgrzy przestali w grudniu 2016 r. wysyłać na rocznicę zjednoczenia Transylwanii z Rumunią swoje delegacje, argumentując, że „nie mają czego świętować”, wielu ludziom zimny dreszcz przeszedł po plecach. A na Szeklerów Bukareszt patrzy spod oka, traktując ich trochę jak piątą kolumnę.

Jakby tego wszystkiego było mało, Orbán w tym roku w Băile Tușnad podkreślał jeszcze mocniej węgierską asertywność. „Sto lat temu Rumunia weszła w swoją nowoczesną epokę – mówił, odnosząc się do powstania nowego państwa rumuńskiego po pierwszej wojnie światowej, które właśnie wtedy uzupełniło się o odebraną Węgrom Transylwanię. – Rozumiemy, dlaczego dla Rumunów jest to powód dla świętowania, ale domagamy się również, by oni też zrozumieli, że dla nas nie. Przez ponad sto lat nowoczesna Rumunia nie była w stanie poradzić sobie z faktem, że mieszka w niej ponad półtora miliona Węgrów. Wiemy, że w Bukareszcie mówią nawet, że Szeklerszczyzna nie istnieje” – opowiadał, rozparty za stołem jak biesiadowy mówca, w białej koszuli z krótkimi rękawami, z luźno rozpiętym kołnierzykiem. Atmosfera była biesiadna, a Orbán śmieszył, tumanił, przestraszał. I dopiero się rozpędzał. – Patrząc dookoła i znając tutejszych ludzi, jestem pewien, że Szeklerszczyzna będzie istniała nawet wtedy, gdy cała Europa przejdzie na islam – głosił ku entuzjastycznej radości tłumu słuchających.

Orbán powtarzał też Szeklerom uprawianą przez siebie od jakiegoś czasu narrację o wielkim powrocie Węgier w Basen Karpacki. Czyli, cokolwiek by mówić, w granice dawnych Wielkich Węgier. Przez niektórych, głównie nacjonalistów, uważane za naturalne, bo na naturalnych rubieżach oparte: z trzech stron Karpaty, z jednej – Adriatyk.

Dlatego zbitka „Basen Karpacki” wydaje się wszystkim węgierskim sąsiadom podejrzana. Irredentystyczna. Rewanżystyczna. Politycznie niepoprawna. Węgrzy to wiedzieli i bardzo długo jej unikali, szczególnie za granicą, choć węgierska telewizja pogodę często pokazuje nie tylko dla „małych Węgier”, ale telewizor wypełnia wielka zielona przestrzeń – od Szeklerszczyzny po Chorwację i od Słowacji po serbską Wojwodinę.

2.

Ale w Orbánowskich Węgrzech to tabu się skończyło. Orbán co chwila mówi o Basenie Karpackim. W Băile Tușnad również: a to, że „Węgrzy Basenu Karpackiego przebili się przez kolejną psychologiczną barierę”, że nowi węgierscy obywatele (Orbán rozdaje paszporty Węgrom żyjącym poza Węgrami, lwia część Węgrów w Rumunii głosowała na Fidesz, walnie przyczyniając się do jego zwycięstwa) przekroczyli liczbę miliona. Że z procesu „jednoczenia narodu” ponad trianońskimi granicami przeszli już w proces „budowania narodu”. Orbán mówił wprost o „przebudowie Basenu Karpackiego”, w którym skończyło się węgierskie „sto lat samotności”. „Znów jesteśmy silni – głosił – mamy determinację, odwagę, wigor, pieniądze i środki”.

Z pozycji kogoś w rodzaju prezesa Kotliny Karpackiej Orbán wysuwa jej narodom propozycje, wywodząc, że „kto z Węgrami współpracuje, ten zyskuje”. W Băile Tușnad mówił o integracji, ale wyliczając miasta, które miałyby być połączone szybkimi pociągami i autostradami, wspominał tylko o tych, które dawniej należały do Węgier: Oradea, Koszyce, Satu Mare, Osijek, Kluż. Domagał się koordynacji polityki obronnej i współpracy wojskowej, wewnątrzkotlinowych wzajemnych inwestycji. „Mam propozycję dla naszych sąsiadów – zbudujmy razem Basen Karpacki” – mówił.

Bo Orbán wcale nie musi grać na rozpad UE i NATO ani na żadną zmianę granic. Orbán może mieć zupełnie inny plan: po co zmieniać granice w Kotlinie Karpackiej, skoro można ją zdominować? Plany Orbána są ambitne, sięgają daleko i są przemyślane. – Myślę, że Orbán marzy o czymś większym – mówi Zoltán Sipos, węgierski dziennikarz z transylwańskiego Klużu. – Coś na środkowoeuropejskim albo może nawet europejskim poziomie.

Rzeczywiście: to on ustawia się w roli papieża antyliberalizmu, domagając się koalicji prawicowych europejskich partii i przewidując koniec liberalnej epoki po kolejnych wyborach europejskich. Chce stworzenia Europy bazującej na wartościach narodowych. Wieszczy, że kończy się rewolucja rozpoczęta w 1968 r., kiedy to lewicowe i liberalne ideały skruszyły starą, konserwatywną, religijno-narodową Europę. Gra w największej lidze, nawet w Niemczech mocno działa na lokalnej scenie politycznej – popiera antyimigranckiego konserwatystę, Bawarczyka Horsta Seehofera w jego wojnie z Angelą Merkel. Jest zatem kimś w rodzaju kurfistrza – jednego z elektorów dawnej ponadnarodowej, uniwersalistycznej Świętej Rzeszy, który ma mocny wpływ na elekcję władcy. O czymś takim polscy politycy mogą tylko pomarzyć: przy Orbánie nie znaczą nic.

3.

Klaszczą mu wszyscy „źli” kontynentu. „Komisja Europejska odchodzi, my idziemy” – woła, dodając, że na Zachodzie może i jest liberalizm, ale nie ma demokracji. W Europie Środkowo-Wschodniej, tradycyjnie niedowartościowanej i zakompleksionej wobec Zachodu, taki twardy ton, w dodatku uważnie i ze strachem słuchany na zachodnich tronach, budzi podziw i szacunek. A na swoim, środkowoeuropejskim poletku Orbán próbuje zachowywać się jak dobry ojciec, gasząc konflikty i niby godząc, a tak naprawdę rozgrywając, kogo się da.

Zabrał na przykład Polsce tytuł reprezentanta regionu na Zachodzie, mimo że Polska miała o wiele lepsze karty: rozmiar, siłę gospodarki, położenie między Niemcami a Rosją, ba, nawet swojego człowieka na samej górze Unii. Ale Orbán rozegrał wszystko, jak chciał: pomógł kreować antyeuropejski upór Kaczyńskiego, aby ten zastąpił go na europejskich salonach w roli złego luda, który co chwila fika jakimś nieracjonalnym wyskokiem. Sam zaś stał się tym z „nowych, nieliberalnych demokratów”, z którym Bruksela może rzeczowo rozmawiać. W przeciwieństwie do Kaczyńskiego Orbán umie odpuścić, bywa racjonalny i jest skuteczny. I w przeciwieństwie do Kaczyńskiego rozmawia się z nim – od Waszyngtonu, przez Brukselę, Berlin, aż po Moskwę.

Z tą ostatnią ma szczególnie dobre i życzliwe stosunki, na co podejrzliwie patrzą jego inni „najlepsi przyjaciele” – nawróceni na nieliberalną demokrację Polacy. Orbán jednak, jak porządny kandydat na gospodarza Europy Środkowej, ma dla nich również rozwiązanie i propozycję. Polska i kraje bałtyckie powinny uzyskać od Rosji specjalne gwarancje bezpieczeństwa, ale niech inni – mówił w Băile Tușnad – handlują z Rosją, jak chcą i ile chcą. Jak na przykład Węgrzy. Sankcje nałożone na Rosję są szkodliwe, a zachodnia polityka wobec Rosji jest prymitywna – grzmi Orbán. I rozgrywa w ten sposób również Putina, który – choć trzydziestokilkumilionową Polskę traktuje jak niewiele znaczącego podszczekującego pieska NATO – kilkakrotnie mniejsze od niej Węgry uznał za partnera, z którym można się układać.

Orbán dba o roztaczanie wizji Węgier jako kraju gospodarczo atrakcyjnego dla okolicy, o czym Polska, budując własną koncepcję Międzymorza, jakoś zapominała. W związku z czym kolejne kraje przyszłego Międzymorza dowiadywały się często o tym, że w nim będą, z radosnych polskich komunikatów. Zamiast skłócać się, z kim się da, Orbán montuje silne bloki partnerskie z co najmniej sceptycznymi wobec liberalnej Europy krajami: Włochami i Austrią. Pozwalając Polsce i Chorwacji grać pierwsze skrzypce w inicjatywie Trójmorza, która na Zachodzie ma słabo dementowaną złą prasę „polskiego projektu imperialnego” i w której średnio chcą uczestniczyć Czesi i Słowacy, zaznaczający wyraźnie, że w żadnym antyniemieckim przedsięwzięciu nie będą brać udziału.

Węgier nie boi się wychwalać chińskiego modelu politycznego, popierać Putina, lekceważyć Ukrainy jako „upadłego państwa”, ciągnącego na wyobrażony Zachód w chwili, gdy już go nie ma, wspierać europejskie partie, które na sztandarach mają mocny eurosceptycyzm, umizgiwać się do Trumpa, który wspierał brexit i najchętniej widziałby UE rozczłonkowaną. Choć, jak twierdzi, wcale nie jest przeciwko Unii, chciałby tylko zmienić jej istotę: z liberalnej na chrześcijańsko-narodową. – Do 2030 r. chcemy być jedną z pięciu najbardziej konkurencyjnych gospodarek UE – mówił na Szeklerszczyźnie.

Mimo że – jak zauważa wielu komentatorów – węgierska polityka toczy się nadal „w cieniu Trianon”, tak szeroko zarysowane plany Orbána sprawiają, że Trianon staje się pestką. Nawet János Széky, znany węgierski publicysta i twórca teorii „trianonizmu” mówiącej, że każdy węgierski polityk, który choćby na milimetr odwróci skutki Trianon, będzie czczony w Budapeszcie jak Cezar po zwycięstwie, uważa, że „nie chodzi o żadne rewizje terytorialne”, choć można sobie wyobrazić jakąś formę autonomii, np. dla Transylwanii. – Orbán nie mówi o zmianach granic – uważa również Zoltán Sipos – widzi Węgry jako główną nieliberalną siłę w Europie Środkowej, jako rozsadnik węgierskiej soft power.

Wbrew bombastycznemu triumfalizmowi Fidesz najlepsze lata może mieć już za sobą. Skonfliktował się ze skrajną prawicą reprezentowaną przez Jobbik, a wśród nienacjonalistycznych, antykonserwatywnych wyborców poziomy frustracji wywołanej retoryką Orbána i fideszowców sięgają niewyobrażalnych dawniej wyżyn. Po Budapeszcie co chwila kręcą się rozkrzyczane, coraz bardziej wściekłe antyorbanowskie demonstracje. Tylko że ta wściekłość na nic się nie przekłada: opozycja, jak była podzielona, tak jest, a Fidesz, partia władzy, tężeje i betonowieje we wszystkich państwowych instalacjach. Finansowe patologie w nowej oligarchii zebranej wokół Orbána, żerującej na unijnych funduszach i państwowych zleceniach, kwitną. Urzędy są narzędziem partii. Fideszowskie Węgry nie są już zwinnym tygrysem – raczej leniwym, przejedzonym, cynicznym i kombinującym Garfieldem.

Ten Garfield jednak nadal ma specyficzny urok i inteligencję. Orbán pompuje więc węgierski balon.

Polityka 33.2018 (3173) z dnia 13.08.2018; Świat; s. 46
Oryginalny tytuł tekstu: "Międzymorze Orbána"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Wojna państwa Marcinkiewiczów

Historia Izabeli i Kazimierza Marcinkiewiczów toczy się jak wieloodcinkowy serial. Ale to, co długo było celebrycką, plotkarską farsą, w najnowszych odsłonach nabiera cech greckiej tragedii. Spór byłego premiera z byłą żoną to przypadek rozwodu publicznego, z wykorzystaniem mediów oraz nowych instytucji prawnych.

Martyna Bunda
06.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną