Strach w wielkim mieście. Nowy Jork 17 lat po 11 września
Uzbrojeni w karabiny policjanci stoją niemal na każdym rogu. Ich widok z jednej strony uspokaja, ale z drugiej przypomina, że nie pilnują Nowego Jorku bez powodu.
Dawid Iwaniec/Polityka

Dawid Iwaniec/Polityka

Dawid Iwaniec/Polityka

Dawid Iwaniec/Polityka

Strach w pamięci

W tamten poranek strach zaglądnął Mary do łóżka, Sophie dopadł za biurkiem, a Peterowi co rusz przelatywał nad głową.

Matthew, syn Mary, był jeszcze maleńki i leżał z nią w łóżku. Zadzwonił telefon. W słuchawce usłyszała przerażony głos kuzynki Eve. Powiedziała, że w Nowym Jorku dzieje się coś niedobrego i żeby natychmiast włączyła telewizor. Bała się, bo jej mąż pojechał tam akurat w delegację. Mary wzięła do ręki pilot. Na każdym kanale pokazywali, jak płonie pierwsza wieża. Za moment nadleciał samolot, który wbił się w drugą. – Nie mogłam uwierzyć w to, co widziałam. To było coś strasznego. Siedziałam nieruchomo ze wzrokiem utkwionym w ekran i coraz mocniej przytulałam synka. Do końca dnia nie ruszałam się już z domu, cały czas oglądałam w telewizji rosnącą panikę. I zadawałam sobie pytanie: dlaczego, co teraz będzie? – mimo że od zamachów na World Trade Centre minęło prawie 17 lat, na samo wspomnienie Mary wciąż płacze.

Czytaj także: Życie bez wież

Sophie pracowała wtedy jako sekretarka w biurowcu niedaleko lotniska O’Hare w Chicago. Zazwyczaj z okna widziała ustawiające się na niebie kolejki samolotów i słyszała ich ryk, gdy podchodziły do lądowania. Ten hałas stał się częścią biurowej codzienności, jak szum klimatyzatorów, stukot klawiatur lub dzwoniące regularnie telefony. – Nagle niebo przestało huczeć, kompletnie zamarło, od razu to usłyszałam. Zrobiło mi się nieswojo, bo takiej niepokojącej ciszy nie było jeszcze nigdy – i nigdy jej nie zapomni. Chwilę potem wiedziała już, co się stało w Nowym Jorku. – Okazało się, że natychmiast po ataku władze uziemiły wszystkie samoloty w Stanach. Stąd ta cisza. Od tamtego czasu, gdy ruch lotniczy choć na chwilę zamiera, czuję dreszcze i boję się, że wydarzyło się coś niedobrego – przyznaje.

Tamtego ranka Peter jak zwykle zszedł do kuchni zaparzyć kawę. Włączył telewizor. „Chyba film kręcą! Ale jakie efekty!” – pomyślał w pierwszej chwili. Ale zdjęciom towarzyszył pasek na dole. Wtedy nikt jeszcze nie wiedział, co się stało. Spiker mówił o tragicznym wypadku lotniczym. Chwilę później kolejny samolot uderzył w drugą wieżę. – Facet w telewizji zaniemówił – wspomina Peter. – To było dobrych kilkanaście sekund, a może nawet z pół minuty kompletnej ciszy. „Proszę państwa, to chyba jednak nie był wypadek” – powiedział po tej długiej pauzie.

Oglądałbym telewizję bez końca, ale musiałem jechać. Rozkręcałem właśnie firmę cateringową i osobiście zajmowałem się dowożeniem jedzenia na przyjęcia. Rozwoziłem je furgonetką. Wsiadłem do auta, włączyłem radio i ruszyłem w trasę. Gdy wjechałem do centrum, nadano apel. Proszono, aby zostać w domu, bo w powietrzu jest jeszcze siedem niezidentyfikowanych samolotów, które mogły zostać porwane. Przejeżdżałem właśnie w okolicach lotniska, wszystkie maszyny lądowały, a ja za każdym razem, gdy któraś przelatywała nade mną, schylałem się i patrzyłem przez okna na niebo, czy to nie któryś z tych porwanych właśnie się rozbija. Bałem się każdego z nich. Ten dzień zmienił wszystko. I wszystkich.

Strach w muzeum

We wtorek 11 września Brian Sweeney wstał, zanim pierwsze promienie słońca zaczęły skrzyć się w oblewających Przylądek Cape Code wodach Atlantyku. Z lokalnego lotniska odbył krótką podróż do Bostonu, skąd o godz. 8 odlatywał samolot do Los Angeles. W Kalifornii 38-letni były pilot myśliwców F-14, a obecnie konsultant systemów lotniczych miał umówione spotkanie w interesach. Na bostońskim lotnisku Logan Brian melduje się wystarczająco wcześnie, aby bez pośpiechu wsiąść na pokład należącego do linii United Airlines boeinga 767. Oprócz niego w niespełna sześciogodzinną podróż wybiera się 55 pasażerów, których obsługiwać będzie dziewięciu członków załogi.

Maszyna odrywa się od pasa o godz. 8.14. Przez następnych dwadzieścia kilka minut wznosi się, a gdy osiąga wysokość przelotową, personel pokładowy rozpoczyna przygotowania do serwowania posiłku. Nagle pięciu pasażerów wstaje z miejsc, wdziera się do kokpitu i przejmuje kontrolę nad lotem 175. Terroryści stłaczają resztę osób w tylnej części kabiny. To stamtąd, z telefonu pokładowego w 31. rzędzie, Sweeney wykonuje telefon do żony Jules. Jest 8.59. Sweeney wie, że Jules jest w szkole, uczy. Dzwoni jednak, aby zostawić jej wiadomość: „Jules, tu Brian. Jestem w porwanym samolocie. Jeśli coś pójdzie nie tak, a nie wygląda to dobrze, chciałbym, abyś wiedziała, że bardzo cię kocham. I chcę, abyś ułożyła sobie życie, tak samo jak moi rodzice i cała reszta. Naprawdę bardzo cię kocham. Do zobaczenia, gdy już do mnie dołączysz. Pa, kochanie. Mam nadzieję, że będę mógł zadzwonić”.

Nie zadzwonił. Cztery minuty później na oczach całego świata pędzący samolot rozpruwa ścianę południowej wieży World Trade Center, pustosząc przestrzeń między 77. a 85. piętrem i naruszając konstrukcję budynku, który runie niecałą godzinę później, grzebiąc ponad 600 osób.

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj