Świat

USA i Kuba (znów) coraz dalej od siebie

Hawana Hawana Pedro Szekely / Flickr CC by 2.0
Donald Trump skutecznie zahamował zapoczątkowany przez administrację Obamy proces zbliżenia obu krajów. Pełna normalizacja stosunków ponownie zdaje się graniczyć z cudem.

Minęły trzy lata od jednego z najbardziej symbolicznych gestów w najnowszej historii politycznej Stanów Zjednoczonych. 20 marca 2016 r. fotoreporterzy uchwycili najpierw Air Force One lecący nad Hawaną, a później Baracka Obamę stąpającego z rodziną w strugach deszczu po schodach prowadzących do stołecznej katedry. Poprzednio Kuba witała prezydenta USA w 1928 r., kiedy na wyspę przybył Calvin Coolidge. Przede wszystkim był Obama jednak pierwszą amerykańską głową państwa w Hawanie od czasów kubańskiej rewolucji i przejęcia władzy przez komunistyczny reżim braci Castro.

Czytaj także: Kuba. Wolność do góry nogami

Niespełnione fantazje o lepszych stosunkach USA i Kuby

Po kilku latach negocjacji – prowadzonych m.in. w Kanadzie i Watykanie przez Benjamina Rhodesa, jednego z najbliższych doradców Obamy, odpowiedzialnego za bezpieczeństwo i politykę zagraniczną, oraz Alejandro Castro, syna Raula, wówczas pełniącego funkcję szefa Kubańskiej Rady Bezpieczeństwa – zbliżenie obu krajów wreszcie wydawało się realne. Nie padały wprawdzie precyzyjne, wiążące deklaracje o amnestiach dla więźniów politycznych czy całkowitym zniesieniu amerykańskiego embarga handlowego, aczkolwiek Biały Dom formował już grupy robocze, wysyłał delegacje przedsiębiorców i przygotowywał się do wyboru pierwszego od pół wieku ambasadora na Kubie.

Z dzisiejszej perspektywy tamte plany brzmią jak fantazje. Od kiedy głównym lokatorem Białego Domu jest Donald Trump, amerykańska polityka zagraniczna przeszła niemal całkowitą reorientację. Jej wektory zostały skierowane na krytykę multilateralizmu i gospodarczy protekcjonizm, a inicjatywy takie jak zbliżenie z Kubą zeszły na głęboki margines. Od trzech lat Kuba i USA sukcesywnie na powrót się od siebie oddalają. Wprawdzie wina leży do pewnego stopnia po obu stronach, jednak brak politycznej woli Waszyngtonu do kontynuowania planów Rhodesa i Obamy rzuca się w oczy aż nazbyt boleśnie.

Czytaj także: Wolne Miasto Hawana. Kubańczycy żyją w podwójnej rzeczywistości

Koniec z programem wiz dla Kubańczyków

Najnowszy akt tego procesu miał miejsce 18 marca, kiedy departament stanu ogłosił zakończenie programu pięcioletnich wiz turystycznych dla Kubańczyków. Dzięki temu rozwiązaniu ci z mieszkańców wyspy, którzy poprzednio otrzymali wizę wjazdową do USA w innym kraju (najczęściej w Meksyku, Kanadzie lub Panamie), dostawali pozwolenie na nielimitowane podróże do Stanów bez konieczności ponownego aplikowania o ten dokument.

Uelastycznienie reguł wizowych dla obywateli Kuby miało trzy podstawowe cele. Po pierwsze, chodziło o zbliżenie między Kubańczykami mieszkającymi na stałe w Stanach i ich rodzinami, które pozostały na wyspie. Kubańska diaspora w USA jest nie tylko bardzo liczna, ale też niezwykle wpływowa jako polityczne lobby – płynniejsze kontakty z mieszkającymi wciąż na Kubie krewnymi miały wywołać stopniową erozję poparcia dla komunistycznych władz, zadziałać jak instrument miękkiej siły w stosunkach międzynarodowych. Po drugie, pięcioletnie wizy miały rozruszać rodzącą się prywatną gospodarkę. Możliwość nawiązania własnych kontaktów handlowych, szukanie dostawców na kontynencie – podróże do USA miały dla kubańskich prywaciarzy być stymulantem do dalszego rozwoju. Po trzecie wreszcie, ich adresatami miały być przede wszystkim najmłodsze pokolenia Kubańczyków, którym umożliwiłyby m.in. uczestnictwo w letnich wymianach naukowych.

Departament stanu wycofał pięcioletnie wizy, argumentując to koniecznością przestrzegania zasady symetrii w dyplomatycznych relacjach obu krajów. Mara Tekach, charge d’affaires amerykańskiej ambasady w Hawanie, podkreśla, że Kubańczycy Amerykanom wydają wizy na co najwyżej 90 dni. Po tym okresie dokument trzeba wyrabiać ponownie. Nie da się ukryć, że różnica pomiędzy trzema miesiącami i pięcioma latami jest dość spora, jednak w praktyce kubańska procedura aplikacyjna mocno amortyzuje tę nierówność.

Czytaj także: Kubańska pierestrojka

Do Kuby dotrzeć łatwiej

Otrzymanie wizy wjazdowej na wyspę jest bowiem w praktyce formalnością, nawet dla Amerykanów. Dokument kosztuje 50 dol. i wydawany jest niemal każdemu podróżnemu. Technicznie rzecz ujmując: nie jest nawet wizą w klasycznym znaczeniu tego słowa, tylko turystyczną, komercyjną kartą wstępu. W dodatku nie wydają jej już nawet oficjalne organy komunistycznego reżimu, ale operatorzy wycieczek i linie lotnicze – czyli prywatne podmioty.

Odmowy prawa do przekroczenia granicy zdarzają się wyłącznie w przypadku, gdy dana osoba uznawana jest przez władze za zagrożenie dla reżimu. Takich sytuacji jest od zakończenia zimnej wojny coraz mniej, a w ostatnich dwóch dekadach przestały występować prawie w ogóle. Zwłaszcza że od czerwca 2017 r., decyzją Donalda Trumpa, indywidualne wyjazdy Amerykanów na Kubę są znów niemożliwe. Jankesi na wyspę dostać mogą się tylko w ramach zorganizowanych wycieczek, grupowo lub we współpracy z jedną z wyselekcjonowanych przez Waszyngton organizacji pozarządowych.

Czytaj także: Nowa kubańska konstytucja – z własnością prywatną, bez LGBT

Kręta ścieżka z Kuby do Ameryki

Tę sytuację ciężko jest nawet porównywać ze ścieżką, którą przebyć muszą Kubańczycy ubiegający się o wizę amerykańską. Po pierwsze, od 29 września 2017 r. nie mogą już wyrobić jej w Hawanie. To skutek znacznego zredukowania personelu dyplomatycznego amerykańskiej placówki po tajemniczym, wciąż nie do końca wyjaśnionym „incydencie akustycznym”. Ponad połowa amerykańskich dyplomatów opuściła wyspę po tym, jak niezidentyfikowane dźwięki, słyszane w domach, hotelach i na terenie ambasady, powodowały silne bóle głowy, nudności i bóle mięśniowe. Szybko powstały przeróżne hipotezy wyjaśniające źródło tych dźwięków, a za winnych uznano m.in. świerszcze. Amerykańska administracja uznała to za atak soniczny, przyczyny szukając raczej w użyciu przez Kubańczyków nowatorskiej broni niż w lokalnej naturze.

Chętni do podróżowania do USA muszą zatem najpierw pojechać do innego kraju z amerykańskim przedstawicielstwem dyplomatycznym. To dodatkowy koszt, a i sama wiza jest znacznie droższa, bo kosztuje 160 dol. Biorąc pod uwagę sytuację ekonomiczną na Kubie, wszystko to sumuje się do bardzo znaczącej kwoty. Dlatego amerykański argument o dyplomatycznej asymetrii wydaje się co najmniej przesadzony, jeśli nie absurdalny.

Czytaj także: Czas apokalipsy według Trumpa

Kuba i USA znów daleko od siebie. To Trump antagonizuje

Kiedy Barack Obama lądował w Hawanie, jego doradcy zaczynali stawiać fundamenty pod nową strategię wobec Kuby. Jej podstawowym założeniem miało być stworzenie na wyspie nowej klasy średniej. Wspierając drobną przedsiębiorczość, rozwijając sektor prywatny, inwestując w turystykę i wymiany szkolne, Amerykanie chcieli zapoczątkować rozwój kapitału społecznego, który zgodnie z ich zamysłem sam, od środka, z czasem rozsadziłby skostniały komunistyczny reżim. Donald Trump postawił tę logikę na głowie. Jego wystąpienia na temat Kuby pełne są zimnowojennej, antagonistycznej retoryki. Współpracę z Hawaną uzależnia od tego, czy tamtejszy rząd pierwszy wprowadzi reformy w polityce krajowej. Ten scenariusz nie przyniósł żadnych korzyści przez ponad pół wieku, aż do czasów negocjacji Rhodes–Castro. Dziś jednak Kuba i USA znów są od siebie bardzo daleko.

Czytaj także: Miguel Díaz-Canel – następca Raula Castro

Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Gdy „my” staje się ważniejsze niż „ja”

Kiedy przywiązanie do firmy, organizacji czy narodu staje się chorobliwe.

Aleksandra Cisłak, Aleksandra Cichocka
22.11.2016
Reklama