Świat

Maseczki w plenerze. Włosi nie chcą powtórki z wiosny

W Rzymie obowiązują maseczki. Brak osłony może skutkować mandatem w wysokości do 400 euro. W Rzymie obowiązują maseczki. Brak osłony może skutkować mandatem w wysokości do 400 euro. Remo Casilli / Reuters / Forum
Rząd Contego znów wprowadza obowiązek noszenia maseczek w przestrzeni publicznej. Choć przyrost zachorowań nie jest we Włoszech tak alarmujący jak w innych krajach, władze chcą zatrzymać drugą falę, zanim się rozpędzi.

Gdyby patrzeć tylko w statystyki, Włosi nie powinni się bać. Wprawdzie nowych przypadków zakażeń jest coraz więcej, sporo więcej niż latem, ale wciąż nie jest tak tragicznie jak wiosną. Półwysep Apeniński był największym na świecie ogniskiem zarazy, a sceny z północy kraju, gdzie wojskowe ciężarówki wywoziły na cmentarze ciała zmarłych na covid-19, stały się synonimem ich tragedii.

Najgorzej było 21 marca, kiedy potwierdzono 6557 przypadków infekcji. Dla porównania: 7 października, w dniu rekordowym w ostatnich miesiącach, odnotowano ich 3677. To wprawdzie najwięcej od 24 kwietnia, ale wciąż nie tak dużo jak w Wielkiej Brytanii czy Francji, gdzie wirusem codziennie zakaża się kilkanaście tysięcy osób. W przeliczeniu na mieszkańca Włosi wypadają lepiej także od Czechów i Słowaków, którzy właśnie ogłosili stan wyjątkowy.

1000 euro za brak maseczki

Mimo to rząd w Rzymie zdecydował się na zaostrzenie reżimu sanitarnego. Znów trzeba zasłaniać usta i nos – praktycznie zawsze, gdy przebywa się w otoczeniu innych ludzi. Nakaz obejmuje środki komunikacji, centra handlowe, lokale usługowe czy bary, ale też ulice i parki. Maseczkę można zdjąć tylko w czasie uprawiania sportu, jedzenia i picia i natychmiast potem trzeba ją znów założyć.

Premier Conte i minister zdrowia Roberto Speranza tłumaczą, że to środek zapobiegawczy, który pozwoli uniknąć ostrzejszych restrykcji, w tym zamknięcia lokali czy zawieszenia stacjonarnej nauki. Speranza przypomniał, że kluczowe są trzy zasady: zasłaniania twarzy, zachowywania dystansu i dezynfekcji. Za brak maseczki poza domem grożą wysokie kary, nawet do 1000 euro. Szefowa resortu edukacji Lucia Azzolina precyzowała w parlamencie, że uczniowie muszą nosić maski „w każdej dynamicznej sytuacji”, a zdjąć je mogą tylko w odległości co najmniej metra od pozostałych dzieci. Z kolei minister gospodarki Roberto Gualtieri uspokajał, że nie zanosi się we Włoszech na drugi lockdown.

Nakaz zakrywania ust i nosa poza domem i wyższe kary obowiązują teraz w całym kraju, choć już wcześniej wprowadziły je poszczególne rejony. W tym Kampania, gdzie nowych przypadków przybywa najszybciej. Ostatniej doby na 7504 przeprowadzone testy 544 dały wynik pozytywny. Prezydent regionu Vincenzo De Luca apeluje w mediach społecznościowych o przestrzeganie zasad. Poważnie rozważa też objęcie Kampanii kordonem sanitarnym.

Podobnie wygląda sytuacja w Lacjum i Rzymie, stolicy prowincji i kraju. Też obowiązują maseczki, a za ich brak grożą mandaty do 400 euro. Samorządowcy rozważają zakaz organizacji imprez powyżej określonej liczby uczestników. Lekarze zwracają przy tym uwagę na niepokojącą sytuację w transporcie miejskim. Gdy modele sanitarne na lotniskach i w pociągach funkcjonują bardzo skutecznie, w rzymskiej komunikacji zbiorowej wciąż wiele osób nie ma masek na twarzy, nieprzestrzegane są też limity pasażerów.

Czytaj też: W Rzymie epicentrum fety na cześć Rafaela

Włochy nie chcą drugiego lockdownu

Ryzyka we Włoszech nikt nie lekceważy. Między innymi dlatego przedłużono pandemiczny stan wyjątkowy. Potrwa co najmniej do 31 stycznia 2021 r., czyli równo rok od momentu, gdy przyjęto go po raz pierwszy. I choć Speranza zdementował pogłoski, jakoby rząd rozważał skrócenie godzin otwarcia restauracji i kawiarń czy zamknięcie szkół i uniwersytetów, to pamięć o tysiącach ofiar koronawirusa jest na półwyspie wciąż żywa.

Podobnie jednak jak inni europejscy liderzy Giuseppe Conte chce za wszelką cenę uniknąć drugiego lockdownu. Między innymi dlatego zdecentralizował strategię walki z wirusem, część kompetencji oddając władzom lokalnym. Jak na razie to podejście się sprawdza. W niedawnych wyborach samorządowych Włosi potwierdzili poparcie dla tych samorządowców, którzy kryzysem zarządzali sprawnie. Mandat przedłużyli chociażby Vincenzo De Luca w Kampanii czy Luca Zaia w Wenecji Euganejskiej. Jeśli jednak liczba zachorowań zacznie znowu rosnąć równomiernie w całym kraju, Conte będzie musiał wziąć na siebie pełnię odpowiedzialności. I zaspokoić oczekiwania wyborców, którzy wydają się reżimem sanitarnym coraz bardziej zmęczeni.

Niepokoi zwłaszcza sytuacja w Lombardii, najmocniej poranionym przez pandemię regionie Włoch. Nowych przypadków przybywa tam prawie tak samo szybko co na południu, ale rośnie też opór wobec restrykcji. Zwłaszcza że szef władz regionalnych Attilio Fontana zamknięcia restauracji i barów zupełnie nie wykluczył. Krytykują go przedsiębiorcy, właściciele lokali usługowych, przedstawiciele zawodów medycznych. Ci ostatni twierdzą, że w lecie nie zrobiono nic, by przygotować służbę zdrowia do jesieni. Zwracają uwagę m.in. na brak szczepionek na grypę. W ostatnich dniach do Lombardii miało ich trafić półtora miliona, ale przetarg unieważniono z przyczyn formalnych.

Czytaj też: Czy po pandemii miastom i ludziom grozi efekt jojo?

Włoski rząd ma trudne zadanie

Decentralizacja strategii walki z covid-19 ma też złe strony. Coraz częściej dochodzi bowiem do sporów kompetencyjnych, kiedy protokoły sanitarne poszczególnych instytucji się nie pokrywają. Tak było w ostatni weekend, kiedy nie odbył się mecz między Juventusem Turyn i SSC Napoli. U piłkarzy z południa stwierdzono dwa przypadki koronawirusa (wśród nich Piotr Zieliński). Według regulacji ligi piłkarskiej nie zwalniało to ich z obowiązku rozegrania meczu – nakazują grać tak długo, jak długo da się wystawić skład. Wylot Napoli do Turynu zablokowały jednak władze sanitarne Kampanii, dla których kilka przypadków oznacza obowiązek kwarantanny dla całej drużyny. Mecz się nie odbył, skończy się najpewniej walkowerem.

Podobnych sytuacji może być więcej, nie tylko w sporcie. Przed rządem Contego trudne zadanie. Z jednej strony musi mimo wszystko skoordynować walkę z zarazą na szczeblu centralnym. Z drugiej – starać się uniknąć paniki i rozdrapywania ledwo zasklepionych ran z wiosny. Z trzeciej – uspokoić rynki i sektor prywatny, trzęsący się w obawie przed drugim lockdownem. Choć dane o zachorowaniach nie są najgorsze, najbliższe tygodnie dla władz nie będą wcale łatwe.

Czytaj też: Pompeje czy gospodarka? Włochy ratują się i zadłużają

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dramat dzieci z wrodzonymi wadami

Co roku rodzi się ponad 2 tys. dzieci z głębokimi wadami. Ich rodziców czasem trzeba zastąpić lub im pomóc. Lecz nie ma kto tego zrobić.

Agnieszka Sowa
01.11.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną