Wybory na Węgrzech. Schodzą wyniki, nadciąga wielka klęska Orbána. „Będziemy w opozycji”
Tylko z powodu frekwencji to już były wyjątkowe wybory. Węgrzy się zmobilizowali: do godz. 18:30 głosowało aż 77,8 proc. uprawnionych osób. Szacowano, że ostatecznie będzie to powyżej 80 proc., znacznie więcej niż cztery lata temu.
Premier Orbán jeszcze w niedzielę zagrzewał zwolenników Fideszu do głosowania: „Pokój i bezpieczeństwo Węgier mogą dziś zależeć nawet od jednego głosu. To decyzja, której jutro nie da się cofnąć. Dziś musimy obronić Węgry! Dziś żaden patriota nie może zostać w domu!”, napisał w mediach społecznościowych. Desperacja?
O godz. 19 zamknięto lokale wyborcze. Wtedy też pojawiły się kolejne sondaże przeprowadzane w ostatnich dniach przed wyborami, które tylko potwierdzały trend: dawały zwycięstwo opozycyjnej partii TISZA Pétera Magyara. Ten ostatni mówił po zamknięciu lokali, że „są ostrożnymi optymistami”, prosił o cierpliwość.
Na Węgrzech nie przeprowadza się badań exit poll. W węgierskim parlamencie jest 199 miejsc, część rozdzielana jest z list krajowych, a część w głosowaniach w jednomandatowych okręgach wyborczych. Po godz. 21 cząstkowe wyniki pokazywały, że po przeliczeniu 66,7 proc. głosów TISZA ma w mandatach zdecydowaną przewagę i większość konstytucyjną - 137. Fidesz - 55.
Polska Agencja Prasowa Magyar miał powiedzieć, że Orban już pogratulował opozycji zwycięstwa. Po chwili lider Pideszu potwierdził to w swoim przemówieniu: „Dla nas te wyniki są bolesne i jednoznaczne. Odpowiedzialność i możliwość rządzenia zostały nam zabrane. Pogratulowałem przeciwnikom, a wam dziękuję. Udało nam się zebrać około 2,5 miliona głosów. Co oznaczają te wyniki dla kraju, tego jeszcze nie wiemy. Będziemy w opozycji, będziemy służyć narodowi i wzmacniać wspólnotę”.
Orbán, europejski rozrabiaka i Homo Orbanicus
Viktor Orbán niepodzielnie od 16 lat rządził Węgrami i wkładał kij w szprychy europejskiej integracji. Bułgarski politolog Iwan Krystew z Europejskiej Rady Spraw Międzynarodowych (ECFR) mówi o nim, że jest „Fidelem Castro” nacjonalistycznej, populistycznej prawicy. Własnymi rękami stworzył model ustrojowy, który z czasem stał się wzorcem dla krajów znacznie potężniejszych.
Przez lata był w absolutnej awangardzie eurosceptycyzmu, centralizacji władzy, gwałcenia praw niezależnych mediów i społeczności akademickiej. Rządząc zaledwie 10-milionowym państwem, był w stanie paraliżować działania bloku gospodarczego z 50 razy większą populacją.
Wywodzi się z europejskich peryferii, ale jego ambicje – polityczne, intelektualne, wręcz cywilizacyjne – sięgały dużo dalej. Nie dał się zwasalizować populistom z większych krajów. Pod but nie wziął go ani Jarosław Kaczyński, ani Matteo Salvini, ani nawet, przynajmniej nie w całości, Donald Trump.
Orbán, dawniej student historii na Oxfordzie, stypendysta George’a Sorosa, ulubieniec głównego nurtu politycznego w tej części świata w latach 90., a potem naczelny unijny rozrabiaka chroniony przez mocodawców z Europejskiej Partii Ludowej – w tym Jeana Claude’a Junckera, Angelę Merkel i Donalda Tuska – przepisał spory kawałek najnowszej historii Europy.
Przez 16 lat sprywatyzował wszystko, co się dało, nawet jeśli nie dosłownie. Węgry są dziś niemal mafijne. Administracja publiczna jest upolityczniona, a współpracujący z nią sektor prywatny czerpie dywidendę z bliskich związków z rządem.
Przed wyborami właściwie wszyscy eksperci przestrzegali przed nadmiernym optymizmem, wskazując, że instytucje publiczne – sądy, prokuratura, rada budżetowa, trybunał konstytucyjny, regulatorzy mediów i sektor finansowy – obsadzili lojaliści Orbána. A to i tak nie oddaje w pełni kontroli, którą premier, jego rodzina i skupiona wokół niego klasa nowych oligarchów ma nad całym krajem.
Issac Stanley-Becker, reporter „The Atlantic”, pokusił się o stwierdzenie, że 16 lat rządów Fideszu doprowadziło do powstania na Węgrzech nowego typu jednostki społecznej: Homo Orbanicus.
To trawestacja słynnych teorii socjologicznych z czasów zimnej wojny o Homo Sovieticus – posłusznym, pragmatycznym, ale ideowo jałowym człowieku, który dostosowuje się do realiów życia w totalitaryzmie. Homo Orbanicus, pisze Stanley-Becker, to właśnie nowy węgierski oligarcha. Niekoniecznie zaangażowany, niemający wiele wspólnego z religią katolicką, może nawet zatrudniony w sektorze prywatnym. Doskonale jednak wie, że jego byt zależy od lojalności wobec reżimu, więc nie kwestionuje jego podstaw prawnych ani ideowych.
Może pracuje w jednej z firm budowlanych – prawie wszystkie należą do Lőrinca Mészárosa, bliskiego przyjaciela premiera. Może jest menedżerem w jednym z kilkunastu hoteli w Budapeszcie, które dziennikarze portali Direkt36 i Atlatszo zidentyfikowali jako należące do bliskich znajomych szefa rządu. Może pracuje na uczelni, której status prawny został zmieniony – stały się czymś na kształt publicznych wehikułów inwestycyjnych, zwolnionych z obowiązku deklarowania przychodów. A może pracuje dla MOL – giganta naftowego, którego akcje zostały rozdane konserwatywnym, bliskim Amerykanom i MAGA centrom analitycznym. Homo Orbanicus wie, że władza premiera nie kończy się na administracji.
Czytaj też: Orbán ukręcił na siebie bicz. W innym kraju Magyar wygraną miałby w kieszeni
Tak dzisiaj wyglądają Węgry
Bo oprócz tzw. głębokiego państwa funkcjonuje państwo równoległe. Firmy żyjące z kontraktów publicznych. Uniwersytety i think tanki zasilane potężnymi dotacjami. Na przykład budżet Kolegium Macieja Korwina (MCC), wspieranego przez Fidesz, z przedstawicielstwem w Brukseli, przekracza 6 mln euro. Jakby tego było mało, MOL w piątek przed wyborami zdecydował się przekazać MCC jednorazową bonifikatę w wysokości, bagatela, 65 mln euro.
Jak na think tank czy NGO są to pieniądze oszałamiające, a zarazem „złoty spadochron”. Kasa na czarną godzinę, żeby przetrwać w opozycji. A może nawet w innym kraju. Często, także w kontekście polskich uciekinierów z PiS, wskazuje się kierunek amerykański. Niektórzy spekulują, że i Gruzja byłaby akceptowalna – głównie dlatego, że można tam wjechać z dowodem osobistym, bez paszportu.
Tak dziś wyglądają Węgry – kraj znacznie uboższy, niż mógłby być. Czas się tutaj zatrzymał, a władza ukradła obywatelom 16 lat życia. Inwestycje zagraniczne, nawet pochodzące z krajów wrogich Zachodowi, jak Chiny i Rosja, są minimalne, nie przyniosły oczekiwanych korzyści. Pełna symbioza z USA Donalda Trumpa i MAGA nie dała nic poza sukcesami propagandowymi.
W praktyce, jak w rozmowie z „Polityką” twierdzi prof. Gabor Scheiring z Georgetown University, Węgrzy na przyjaźni Orbána z Trumpem nie zyskali nic. Amerykański prezydent napisał na TruthSocial w sobotę, że „uruchomi pełną potęgę” gospodarki USA, by wydźwignąć Węgry z kryzysu, ale mało kto w to wierzy. W kraju, w którym idąc do szpitala, trzeba zabierać ze sobą własny papier toaletowy, filmiki z Le Pen, Netanjahu czy Morawieckim nie przekładają się na entuzjazm milionów.
Przez te 16 lat Orbán udowodnił, że rzeczywiście jest wybitnym politykiem, wyszedł poza dominujące aksjomaty. Historyk prof. Timothy Garton Ash tłumaczył w piątek na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim (CEU), że największym atutem węgierskiego premiera jest zdolność podczepiania się pod nową awangardę polityczną.
W latach 80. i 90. była to prounijna chadecja, potem centrowy konserwatyzm. Następnie populizm, z czasem doprawiony nacjonalistycznym sosem. W połowie ubiegłej dekady wyewoluował on w doktrynę „demokracji nieliberalnej”, a Orbán stał się tzw. obrońcą wartości rodzinnych i chrześcijańskiej tradycji. Wreszcie Węgry zaczęły aspirować do miana głównej bramy do Europy dla chińskich inwestycji. Zdaniem prof. Asha Orbán wierzy, że „nowoczesność nie należy już do Zachodu”, a model „rozwojowej autokracji”, wprowadzonej w jednopartyjnym państwie chińskim, wydaje mu się bardzo atrakcyjny.
Czytaj też: Ostatnia prosta przed wyborami. Nowy skandal: Fidesz inwigilował. Ale był bardzo nieostrożny
Czym Magyar różni się od Orbána
W niedzielę ten rozdział historii na pewno zostanie zamknięty. Bez względu na to, kto ostatecznie wygra, Węgry nie mogą wciąż funkcjonować w ten sam sposób. Nikt już nie będzie tolerować wetowania i awanturnictwa na unijnym forum – zwłaszcza że Orbán grozi blokowaniem wieloletniej perspektywy budżetowej wspólnoty. Nawet jego sojusznicy, zwłaszcza z eurostrefy, jak Giorgia Meloni, zaczęliby naciskać, żeby jednak się nie usztywniał.
Ujawniony przez dziennikarzy na finiszu kampanii poddańczy stosunek Fideszu do Kremla też stanowi wielką skazę na wizerunku populistycznych Węgier. Jeśli Fidesz wygra, stłamsi ostatnie okruchy społeczeństwa obywatelskiego, wolnych mediów, instytucji współpracujących z podmiotami zagranicznymi. Stanie się Białorusią w Unii, która używa szantażu, a nie karabinu i pałki policyjnej. Jeśli zaś przegra, może zdestabilizować kraj na długo, bo Orbán już tworzy podwaliny dla ruchów, które zakwestionują wyniki głosowania.
Wiadomo, że 13 kwietnia Węgrzy obudzą się w nowej rzeczywistości. Wybiorą świat jeszcze brutalniejszy, jednowymiarowy, pozbawiony nadziei na zmianę albo walkę: każda płaszczyzna życia publicznego będzie polem bitwy. Nawet pod rządami TISZY nie nastanie liberalizm rodem z lat 90., bo Péter Magyar to tak naprawdę pod wieloma względami Orbán w wersji miękkiej, mniej radykalnej. Niewiele ma wspólnego z tą Europą, która upatruje w nim zbawcy, krzyżowca walczącego z populizmem. Na pewno jednak nie będzie klękał przed Kremlem ani zamykał niezależnych mediów. Niewykluczone, że to będzie musiało wystarczyć.