Trzy wojny Europy. Wybitni intelektualiści przestrzegają i radzą. „Źli ludzie żyją w zaprzeczeniu”
„Jeśli nie chcesz, żeby o przyszłości twojego kraju decydowały kaprysy Donalda Trumpa, o twoim zatrudnieniu – polityka Xi Jinpinga, a o twoim bezpieczeństwie – imperialne zapędy Władimira Putina, musisz chcieć silnej Europy” – mówi brytyjski historyk prof. Timothy Garton Ash w otwierającej scenie filmu dokumentalnego „Why Europe Matters”, przygotowanego przez Włoski Instytut Spraw Międzynarodowych (IAI) z nowojorskim Columbia University. Ash, specjalista od dziejów najnowszych kontynentu, wypowiada się na tle półki z książkami w swoim gabinecie w Centrum Studiów Europejskich St Antony’s College na Uniwersytecie Oksfordzkim.
Początek filmu nie jest przypadkowy, podobnie jak pierwszy rozmówca. Garton Ash powtarza, jak wielkim strategicznym samobójstwem było wyjście jego kraju z Unii i jak poważne, egzystencjalne zagrożenie czyha teraz na powojenny europejski projekt polityczny.
Trzy wojny Europy
Przesłanie filmu jest jasne – Europa toczy trzy wojny jednocześnie. Militarnie od wschodu zagraża jej Rosja, a jej przywódca nie ukrywa, że domaga się rewizji wyników zimnej wojny. Putin stworzył propagandowe pojęcie „kolektywnego Zachodu” i domaga się, by ów Zachód cofnął się do granic sprzed 1997, a najlepiej 1989 r., kiedy wojska sowieckie stacjonowały jeszcze w Polsce, a Litwa, Łotwa i Estonia były republikami ZSRR.
„Wspólnemu dobrobytowi”, jak nazywa go Garton Ash, zagraża zaś chińska nadprodukcja przemysłowa. Europa nie wie, jak się przed tym bronić – choć ma ku temu instrumenty. Z kolei politycznie Zachód przestaje de facto istnieć w swoim powojennym rozumieniu, bo sojusznikiem zjednoczonej Europy przestała być Ameryka.
Jeszcze dobitniej o naturze stosunków transatlantyckich mówi Adam Tooze, zresztą Amerykanin, wykładowca Columbii, z Europą mocno związany, wszak wiele lat mieszkał w Niemczech, a studiował m.in. na Cambridge. Tooze krytykuje zwłaszcza unijne elity za próbę „obrony statusu quo, którego już nie ma”. Jak twierdzi, Trumpa nie da się po prostu przeczekać, bo w konflikcie z USA nie chodzi o jedną administrację, ale o głębokie zmiany strukturalne w samych Stanach. „Jedyny język, który oni rozumieją, to język siły” – mówi Tooze.
Garton Ash zgadza się, że język transatlantycyzmu jest martwy. Jego zdaniem europejscy przywódcy muszą znaleźć nowy sposób komunikacji z Trumpem, ale i z własnymi wyborcami, którym trzeba sensownie opowiedzieć, co dzieje się z Zachodem jako konstruktem politycznym.
Czytaj też: Europa chybotliwa. Chwieją się rządy Danii, Słowenii, Brytanii. Spokojnie już nie będzie
Czy Europa się obroni?
44-minutowy film zawiera całe mnóstwo przestróg, ale wbrew pozorom nie jest przesycony myśleniem kasandrycznym. Nawet wprawieni obserwatorzy europejskiej polityki dostrzegą w nim nowe, ciekawe argumenty. Uwagę przykuwa choćby Guntram Wolff, niegdyś urzędnik Komisji Europejskiej, dziś wiodący ekonomista związany z think tankiem Bruegel.
W 2014 r. Wolff rozmawiał z łotewskim parlamentarzystą, który stwierdził, że wejście do eurostrefy pomoże Łotwie w walce z Rosją. W jaki sposób? W ocenie Łotyszy reszta Europy automatycznie bardziej się nimi przejęła. Wolff argumentuje, że atak Rosji na kraje bałtyckie byłby kryzysem monetarnym dla całej Unii.
Iwan Krystew, współzałożyciel Europejskiej Rady Spraw Międzynarodowych (ECFR), każe Europejczykom przyzwyczaić się do myśli o przyszłości, która będzie radykalnie inna od tej wyobrażanej. Sporo miejsca poświęca rozszerzeniu Unii, którego jego zdaniem nie można przeprowadzać na tych samych zasadach co dawniej. Krystew przewiduje, że UE będzie się rozwijać nierównomiernie, ale nie na zasadzie „dwóch prędkości”. „W niektórych obszarach będzie więcej integracji, w innych mniej” – twierdzi bułgarski politolog.
Natomiast Sylvie Goulard, była francuska minister sił zbrojnych i wiceszefowa Banku Francji, zwraca uwagę, że przydałby się w Europie jednolity rynek obronny, m.in. do koordynacji zamówień i produkcji sprzętu wojskowego.
Oddaliśmy pole Chinom
Francuzce wtóruje Nathalie Tocci, szefowa IAI, felietonistka włoskiej „La Stampy” i brytyjskiego „Guardiana”. Obie mówią też o katastrofie klimatycznej. Tocci nie przebiera w słowach: w sprawie zielonej transformacji i polityki klimatycznej Europa miała coś do powiedzenia, odgrywała ważną rolę na arenie międzynarodowej. Po czym szybko i bezrefleksyjnie się z tego wypisała, oddając pole Chinom. „To, co Chiny zrobiły w produkcji zielonej energii, jest tak naprawdę darem dla ludzkości. Szkoda tylko, że my tego nie zrobiliśmy” – dodaje Adam Tooze.
Sylvie Goulard czyni przy okazji ciekawą obserwację polityczną. Jak mówi, ze wszystkich elementów agendy skrajnej prawicy najbardziej przeraża ją odrzucanie zmian klimatycznych. „Źli ludzie żyją w zaprzeczeniu” – mówi, cytując „Fausta” Goethego. Jak dodaje, łatwo wytknąć prawicy hipokryzję i niekonsekwencję. Wszak jeśli ktoś uważa się za konserwatystę, to powinien dbać o środowisko, żeby świat konserwować, a nie go zmieniać.
Pod koniec filmu toczy się dyskusja o wartościach i zbiorowej moralności, która była fundamentem powojennego zjednoczenia kontynentu. Tu w roli sumienia Europy występuje Lea Ypi, albańska filozofka, historyczka idei, bodaj najpiękniejszy dziś umysł młodszego pokolenia.
Ypi diagnozuje trzy kryzysy, z którymi zmaga się świat, z Europą włącznie. To kryzys wiary w demokrację, kryzys solidarności społecznej i kryzys instytucji międzynarodowych, które miały chronić powojenny ład, a są całkowicie sparaliżowane. Ypi zwraca uwagę, że dziś o wszystko obwinia się imigrantów, choć rzadko są czemukolwiek winni. „Świat nigdy nie był bardziej otwarty dla bogatych i bardziej zamknięty dla biednych, co pokazuje, że granice same w sobie nie są problemem. Problemem jest to, kto i jak je przekracza. Wracamy do świata, w którym idea obywatelstwa i praw z nim związanych wynika ze statusu majątkowego. Potrzebujemy walki o obywatelstwo jako koncepcję emancypacyjną, egalitarną” – mówi Albanka.
Czytaj też: Doktryna Donroe. Trump chciałby cofnąć świat o dwa stulecia. Skąd się wzięła ta ideologia?
Europa nie ma czasu
Ten film warto obejrzeć także dlatego, że podsuwa szereg praktycznych rozwiązań, które mogą Europie pomóc nie tylko przetrwać, ale i wybić się na niezależność wobec USA i Chin. Anu Bradford mówi wprost: ograniczenia w handlu bilateralnym, mimo wspólnego rynku, dają rezultat podobny do wzajemnych ceł na poziomie 45–60 proc. A ponieważ, dodaje, najważniejszym partnerem handlowym Europy jest Europa, samo zlikwidowanie tych barier spowoduje eksplozję inwestycji.
Tooze przekonuje, że rynki są niesamowicie spragnione dobrej jakości długu, niech zatem Europejski Bank Centralny go emituje, a Unia robi zakupy. Wolff postuluje unię rynków kapitałowych, były amerykański ambasador przy UE Anthony Gardner – modyfikację niektórych polityk EBC, by pieniądze nie finansowały amerykańskiej bonanzy technologicznej. Bradford zachęca, by zagraniczni startupowcy i naukowcy przyjeżdżali do Europy, skoro Ameryka zamyka się na imigrantów. Ypi mówi o potrzebie odbudowy demokracji opartej na wartościach, a Krystew stwierdza, że historyczne trajektorie rozwiązywania kryzysów każą nie tylko wierzyć, ale i oczekiwać, że Europa sobie poradzi.
Najwięcej nadziei – ale tej praktycznej, pchającej do działania – można wyciągnąć ze słów Aranchy González, byłej hiszpańskiej minister spraw zagranicznych, dziś rektorki paryskiej Science Po. Hiszpanka pracowała kiedyś z szefem Komisji Europejskiej Jacques’em Delorsem. Ten wybitny mąż stanu, mówi González, uważał, że zastanawianie się, czy przyjąć w życiu postawę optymistyczną, czy pesymistyczną, jest stratą czasu. Jedyną dobrą strategią jest ta aktywistyczna. Europa musi zatem podjąć walkę o przyszłość. Już zdanie sobie z tego sprawy jest sukcesem. Żaden front nie został tu jeszcze przegrany.