Europa chybotliwa. Chwieją się rządy Danii, Słowenii, Brytanii. Spokojnie już nie będzie
Głośną amerykańską Narodową Strategię Bezpieczeństwa można porównać do Biblii – ewidentnie została napisana przez kilku autorów, zawiera wiele hiperbol i ogólnych stwierdzeń dotyczących przyszłości świata. Tak ogólnych, że bez trudu będzie można za jakiś czas powiedzieć, że były trafne. Pod wieloma względami była też, jak podsumował Gideon Rachman w „Financial Times”, projekcją amerykańskich lęków, zwłaszcza w części poświęconej Europie.
Niezarządzalna Europa
Dziś wydaje się, że w jednym aspekcie administracja Trumpa miała rację. W strategii znalazła się wzmianka o tym, że europejskie kraje stają się niezarządzalne, bo kierują nimi wielopartyjne, niestabilne koalicje. Autorzy w zawoalowany sposób krytykują parlamentaryzm, bo bliższa jest im teoria unitarnej egzekutywy.
Wywodzi się ona z alternatywnej interpretacji amerykańskiej rewolucji i zakłada, że wyborcom czy obywatelom bardziej się opłaca powierzyć interesy jednostce – prezydentowi – niż wieloosobowym, rozproszonym parlamentom. W tym kierunku zmierza administracja Donalda Trumpa, udająca wręcz, że Kongres nie istnieje. Marco Rubio i J.D. Vance przekonują, że Europejczykom też będzie lepiej, jeśli porzucą swoje partie i partyjki i oddadzą władzę w ręce jednego, wszechpotężnego przywódcy. A że taki prezydent będzie autokratą, to już kwestia drugorzędna.
Co niestety nie zmienia faktu, że coraz trudniej realizować jakąkolwiek ambitną agendę polityczną, będąc szefem rządu koalicyjnego w Europie. Także dlatego, że to koalicje niestabilne, szerokie ideologiczne, sprzeczne i skoncentrowane wyłącznie na wyniku wyborczym w perspektywie jednej kadencji. W tle dzieją się oczywiście procesy ponadnarodowe, globalne, jak indywidualizacja społeczeństw, wzrost nierówności, rozpad tożsamości klasowych i więzi kolektywnych – w konsekwencji zanika baza dla wielkich partii.
Nieprzewidywalna Polska 2050
Doskonałym przykładem są zachodnioeuropejskie demokracje, w których z prędkością światła maleje znaczenie tradycyjnych partii socjalistycznych i socjaldemokratycznych. SPD w Niemczech, Partia Demokratyczna we Włoszech, francuscy socjaliści czy nawet socjaldemokraci Mette Frederiksen w Danii notują coraz słabsze wyniki w wyborach na wszystkich szczeblach: od regionalnych po krajowe.
Powstają za to nowe partie, którym udaje się przetrwać jedną kadencję albo i nie. Próbują zagospodarować elektorat, który popularnie – choć mylnie – ocenia się jako „antysystemowy”. Najczęściej to ludzie rozczarowani dawnymi politycznymi patronami, a nie polityką jako taką. W efekcie tworzą się formacje bez silnej tożsamości, programu ani pomysłu na siebie, w których forma ważniejsza jest niż treść. Najczęściej to podręcznikowe partie populistyczne, wodzowskie, silne siłą i charyzmą lidera.
Idealną ilustracją tej tezy jest Polska 2050, która nadal, mimo kilkunastoosobowego zaledwie składu, chwieje polską koalicją rządzącą. Póki silna była pozycja Szymona Hołowni, formacja zachowywała się w miarę przewidywalnie, choć o pełnej dyscyplinie na wzór wielkich partii europejskich mowy nie było. Z czasem Hołownia znudził się polityką, a brak jednolitej tożsamości członków P2050 stał się barierą nie do przeskoczenia.
Takich partii w europejskim panteonie jest więcej, choć skala ich (nie)skuteczności bywa różna. Włoska Italia Viva to w praktyce wehikuł wyborczy ekspremiera Matteo Renziego. Podemos było poważnym graczem na hiszpańskiej scenie tylko wtedy, kiedy jasno świeciła gwiazda Pablo Iglesiasa. Nawet Renaissance Emmanuela Macrona to liberalny eksperyment, który powoli odchodzi do historii, bo kurczy się popyt na centryzm, a lider kończy drugą kadencję i trzeciej mieć nie może.
Czytaj też: Nazi jak swoi. AfD sprytnie umacnia się w Niemczech. Umie grać na różnych instrumentach
Dania rozchwiana, Słowenia też
Europejska mapa partyjna jest coraz bardziej kolorowa i poszatkowana, a ideologiczna spójność ustępuje doraźnym interesom. W takich okolicznościach szansę na wygraną mają tylko politycy sprawni w negocjacjach, niekoniecznie przywiązani do idei, a nawet własnego elektoratu.
Ciekawie pokazuje to przykład Danii. 24 marca przyspieszone wybory wygrali socjaldemokraci premier Mette Frederiksen, tyle że osiągając najgorszy rezultat dla lewicy od 105 lat. Frederiksen najpewniej zostanie na stanowisku, bo jest otwarta zarówno na koalicję z centrolewicą i Zielonymi, jak i na partnerstwo z prawicą i liberałami. Skrajna prawica wciąż ma relatywnie małe poparcie, ale głównie dlatego, że jest mocno podzielona i pozbawiona charyzmatycznego lidera.
Jak ostatecznie będzie wyglądać koalicja rządząca w tym kraju – nadal jednak nie wiadomo. Lars Lokke Rasmussen, minister spraw zagranicznych i lider Partii Umiarkowanej, któremu król Fryderyk X powierzył funkcję „królewskiego negocjatora”, ostatnio zerwał rozmowy, stwierdzając, że nie jest w stanie dogadać się z socjaldemokratami. Otwiera się więc szansa na koalicję z centroprawicą, choć punktów wspólnych, m.in. w kwestii podatków i ochrony środowiska, wiele nie ma.
Rządu przez jakiś czas nie będzie też w Słowenii. Premier Robert Golob przyznał właśnie, że nie jest w stanie zebrać większości. Jego Ruch Wolności zdobył w niedawnych wyborach zaledwie 29 z 90 mandatów, o jeden więcej niż prawicowa Partia Demokratyczna Janeza Jansy.
Golob szukał partnerów blisko siebie, w centrum i na lewicy, ale bez powodzenia. Fiasko ogłosił już nawet prezydent Nataša Pirc Musar, który misję tworzenia rządu powierzy teraz pewnie Jansie, populiście krytycznemu wobec unijnej integracji, wzmacnianiu europejskiej suwerenności finansowej i cyfrowej czy zdecydowanej pomocy dla Kijowa.
Wybory w tym kraju pokazały też inną, coraz powszechniejszą prawidłowość – jak trudno utrzymać władzę partii czy politykowi, który sprawował ją już przez jedną kadencję. Ruch Wolności wprawdzie wygrał, ale w porównaniu z poprzednim rozdaniem stracił aż 12 mandatów.
Czytaj też: Wybory w Bułgarii. Oto nowa europejska stolica populizmu? Radew wygrywa
Spokojniej nie będzie
Jeszcze bardziej skomplikowana jest sytuacja w Rumunii. Partia Socjaldemokratyczna (PSD) wycofała właśnie poparcie dla rządu kierowanego przez centroprawicowego Ilie Bolojana. Premier od dawna próbuje przeforsować ambitny plan cięć budżetowych, bo Rumunia zmaga się z olbrzymim deficytem, co niepokoi także Unię Europejską.
Lewica cięć nie akceptuje. Bolojan, związany z popierającą prezydenta Nicusora Dana centroprawicową partią PNL, zarzuca socjaldemokratom hipokryzję: długo zgadzali się z kursem rządowej polityki, poparcie wycofali dopiero, kiedy zobaczyli, że tracą w sondażach, a wyborcy odpływają im w kierunku skrajnej prawicy.
Gdyby miały się teraz odbyć przyspieszone wybory, wygrałaby je ze zdecydowaną przewagą skrajnie prawicowa partia Sojusz na Rzecz Jedności Rumunów (AUR). Jej średnia sondażowa wynosi 35 proc., drudzy w zestawieniu Socjaldemokraci mogą liczyć na maksymalnie 20 proc.
Liderem AUR jest George Simion, radykał popierany przez ruch MAGA i Trumpa, sojusznik także polskiej skrajnej prawicy, który w ubiegłym roku sensacyjnie przegrał powtórzone wybory prezydenckie z Nicusorem Danem. Co prawda na razie szanse na skrócenie kadencji parlamentu są niewielkie, bo do tego według konstytucji potrzeba dwóch nieudanych z rzędu prób stworzenia rządu. Rumunię w najlepszym razie czekają długie polityczne turbulencje.
To samo można powiedzieć niemal o każdym kraju w Europie. Nawet najstabilniejsza jak dotąd w tym gronie Wielka Brytania, funkcjonująca praktycznie w systemie dwupartyjnym, po kolejnej elekcji na pewno będzie miała rząd koalicyjny. W samodzielną większość Reform UK trudno na razie uwierzyć, a laburzyści bez Zielonych i Liberalnych Demokratów nie przetrwają w Westminsterze po kolejnych wyborach nawet jednego dnia.
Na naszych oczach ostatecznie rozpada się powojenny europejski porządek partyjny, zdominowany przez formacje potężne, klasowe, zgarniające jedną trzecią albo i więcej elektoratu za jednym razem. Płaszczyzna partyjna to kolejny front, w którym zaczyna dominować chaos. Przyzwyczajmy się, bo spokojniej już nie będzie.