Miszmasz i konfuzja z wojskami USA w Polsce. Czy Trump naprawdę je przyśle? A jeśli się rozmyśli?
Donald Trump oznajmił w czwartek, że wyśle do Polski „dodatkowych 5 tys. żołnierzy”. Trudno się nie cieszyć na taką wiadomość, ale trudno też nie drapać się w głowę, zastanawiając się, czego właściwie możemy oczekiwać od administracji prezydenta USA w kluczowej dla nas kwestii wzmocnienia NATO, a zwłaszcza jego wschodniej flanki. I dzień po jego komunikacie wciąż nie ma odpowiedzi na tuzin pojawiających się pytań.
Czytaj też: Chaos i ulga. Tak rządzi i dzieli Trump. Jednym wpisem przywraca Polsce żołnierzy USA
Osobiste sympatie Trumpa
Niepokoi kuriozalne, humorystyczne wręcz uzasadnienie decyzji o wysłaniu wojsk. Trump pisze, że podjął ją, „bazując na udanej elekcji prezydenta Karola Nawrockiego”, którego popierał, i z powodu „naszych z nim relacji”. Czy oznacza to, że gdyby wygrał – rok temu! – Rafał Trzaskowski, żadnych wojsk by do Polski nie wysłał? Czyżby o rozmieszczaniu wojsk USA na świecie miały decydować osobiste sympatie i preferencje amerykańskiego prezydenta?
Zastanawia sformułowanie o „dodatkowych” wojskach. Tydzień wcześniej Pentagon ogłosił, że wstrzymuje wysłanie brygady 4 tys. żołnierzy, która miała zastąpić wycofaną już z Polski taką samą liczbę wojsk. Niemal wszystkie wojska USA stacjonują u nas rotacyjnie, nie ma większych stałych baz, jak w Niemczech, chociaż rotacja zapewnia, że przebywa tu zawsze ok. 10 tys. Zapowiadane przez Trumpa 5 tys. uzupełniłoby więc po prostu ubytek wskutek decyzji amerykańskiego Departamentu Wojny, która zmniejszałaby liczbę wojsk do ok. 6 tys.
Ale kiedy Pentagon ją ogłosił, wywołała ona szok nie tylko w Polsce. Na przesłuchaniach jego przedstawicieli przed komisjami sił zbrojnych Senatu i Izby Reprezentantów ich republikańscy przewodniczący oświadczyli, że nie rozumieją tego posunięcia – przypominali, że Polska jest wzorowym sojusznikiem USA i wydaje na zbrojenia prawie 5 proc. PKB, a redukcja wojsk na wschodniej rubieży NATO to prezent dla Putina. I podkreślili, że Polska została kompletnie zaskoczona. Republikański kongresmen Don Bacon powiedział, że decyzja o wstrzymaniu rotacji „jest karygodna”. „To, co zrobiliśmy Polsce, jest kompromitujące”, oświadczył. Demokraci w Kongresie też krytykowali posunięcie administracji.
Czytaj też: Dostaliśmy po łapach. Politykę w relacjach wojskowych z USA trzeba przemyśleć. A może zmienić
Pentagon o nas zapomniał
Telefony z Polski, wizyty w Waszyngtonie wiceministrów obrony Cezarego Tomczyka i Pawła Zalewskiego oraz chór krytyki w USA najwidoczniej skłoniły ekipę Trumpa do starań, by jakoś zrehabilitować się w oczach sojusznika. Zaczęto od wyjaśnień próbujących inaczej interpretować komunikat Pentagonu. We wtorek, odpowiadając na pytanie korespondenta Polskiego Radia, wiceprezydent J.D. Vance oświadczył, że nie chodzi o wycofanie wojsk albo odwołanie rotacji, lecz tylko „odłożenie jej w czasie”. A później Trump zamieścił w sieci TruthSocial sensacyjną wiadomość o wysłaniu do Polski 5 tys. wojsk.
Sensacyjną, bo retoryka i konkretne kroki administracji USA w ostatnich miesiącach sugerowały dotąd, że Trump będzie raczej zmniejszał, a nie zwiększał amerykańską obecność militarną w Europie, i to nawet na wschodniej flance NATO. Pod koniec zeszłego roku wstrzymał wysłanie brygady do Rumunii, na początku maja oznajmił, że wycofuje z Niemiec 5 tys. wojsk, a w zeszłym tygodniu Pentagon ogłosił wspomniane zastopowanie rotacji 4 tys. żołnierzy do Polski. Departament Wojny odwołał również planowane wysłanie do Niemiec personelu obsługi rakiet dalekiego zasięgu.
Zapowiadaną redukcję wojsk w Niemczech Trump przedstawił jako sankcję wobec kanclerza Friedricha Merza za jego oświadczenie, że Iran „upokorzył” USA w toczącej się między nimi wojnie. Amerykański prezydent od dłuższego czasu narzeka na Niemcy i inne kraje zachodnioeuropejskie, że odmówiły mu pomocy w kampanii przeciw Iranowi. Ich przywódcy tłumaczą, że nie będą uczestniczyć w wojnie rozpoczętej bez planu i żadnej widocznej strategii.
Rząd Polski jednak nigdy nie skrytykował Trumpa za inwazję Iranu. Można więc podejrzewać, że Pentagon, otrzymawszy od prezydenta wytyczne, że trzeba ukarać „nielojalnych sojuszników z NATO”, wstrzymał wysłanie do Polski 4 tys. rotacyjnych wojsk, nie bardzo orientując się, że nasz kraj zachowuje się wobec USA inaczej niż nasz zachodni sąsiad. A może nawet zapomniano, że prezydentem RP jest ideowy krewniak i gorący zwolennik Trumpa.
„Polska i jej przyjaciele amerykańscy skutecznie przeciwstawili się Trumpowi, ale niestabilność jego administracji jest nadal problemem”, skomentował najnowsze decyzje prezydenta w sprawie wojsk były ambasador w Warszawie Daniel Fried.
Czytaj też: Bać się czy zachować spokój? USA nie owijają w bawełnę. Zamówione uzbrojenie się spóźni
A jeśli Trump się rozmyśli?
„Niestabilność” to oczywiście eufemizm wytrawnego dyplomaty. Decyzyjne zawijasy w Waszyngtonie, gdzie Pentagon dowiaduje się o zamiarze wysłania 5 tys. wojsk do Polski z wpisu Trumpa na TruthSocial, to typowy przykład skrajnego chaosu w obecnej administracji supermocarstwa. Jego prezydent zdaje się podejmować decyzje pod wpływem kaprysów, emocjonalnych impulsów, nakręcanych często chęcią odegrania się na tych, którzy wejdą mu w drogę w kraju, a czasem za granicą. I nie przejmuje się tym, jak odbierają to kraje, których jego decyzje dotyczą, nie dba o skalę dezorientacji i niepewności. Czy Trump naprawdę przyśle te wojska? Czy się nie rozmyśli?
Nazajutrz po ogłoszeniu decyzji o wysłaniu 5 tys. wojsk do Polski wciąż nic nie wiemy, nie znamy żadnych istotnych szczegółów. Nie wiemy, kiedy przybędą do naszego kraju, czy zastąpią brygadę 4 tys., której rotację wstrzymano, czy odwrotnie – powiększą liczbę wojsk USA w Polsce. I czy przyjadą też na zasadzie rotacyjnej, czy na stałe.
Bo opcja rozmieszczenia w Polsce wojsk na stałe jest – jak sugeruje Pentagon – wciąż rozpatrywana. Na stałe – czyli w bazach podobnych jak w Niemczech, gdzie żołnierze amerykańscy przebywają z rodzinami. To opcja nie tylko kosztowna – także politycznie niezmiernie poważna. Jak zareaguje Rosja na taki rozwój wydarzeń?
Być może za daleko sięgamy, ale pytania tego rodzaju na pewno zadaje sobie administracja Trumpa.