Recenzja książki: Jerzy Sosnowski, „Sen sów”
Scenerią tych wydarzeń jest Kołobrzeg lat 70. ubiegłego wieku, miasto siermiężne, ale przecież – oglądane po latach z nostalgią – najcudowniejsze w świecie.
Scenerią tych wydarzeń jest Kołobrzeg lat 70. ubiegłego wieku, miasto siermiężne, ale przecież – oglądane po latach z nostalgią – najcudowniejsze w świecie.
Jak nie było Marininy, to nie było, ostatnio dostaliśmy za to dwie, jedną po drugiej. „Stylista”, jak i „Iluzja grzechu” powstały w 1996 r., w najciekawszym okresie twórczości mistrzyni nowoczesnego rosyjskiego kryminału.
Najprzyjemniejsze zaś jest to, że czytelnik może w tej książce odnaleźć siebie, bo traktuje zarówno o pisaniu, jak i o czytaniu.
Rozmowy nagrane zostały latem 2001 r. w nadmorskim Dźwirzynie, dziesięć i pół roku przed śmiercią reżysera.
Uczestniczymy w eksperymencie świadomego przechodzenia na drugą stronę.
Wariacja literacka, inteligentna i odważna.
Autobiografię Kim Gordon otwiera wspomnieniem ostatniego koncertu legendarnej kapeli Sonic Youth.
Internet, wirtualna rzeczywistość, nie zawsze jest pułapką, czasem bywa azylem.
Autor poświęcił tej książce cztery lata życia. Widać to w każdym rozdziale.
Autorka opowiada o tworzeniu się kobiecej tożsamości, ale też o procesie pisania, o tym, jak trudno stworzyć niestereotypowych bohaterów, przede wszystkim kobiety.
To zapiski ptasiarza-amatora, który dysponuje na tyle dużą wiedzą, by jego opowieści miały niezaprzeczalny walor poznawczy, a jednocześnie ma w sobie dość zapału, by jego teksty wręcz kipiały od emocji.
W rozlewającym się ostatnimi czasy coraz szerzej nurcie prozy alkoholowej Ziębiński znalazł miejsce osobne, unikając w opisie znojnego procesu trzeźwienia nadmiernego patosu.
Jest tu, poza wszystkim, próbą włączenia w obręb języka tego, co było z niego usunięte, przywrócenia głosu doświadczeniu, które latami wegetować musiało na marginesie.
Fabuła jest grubymi nićmi szyta, dialogi śmieszą.
Piękno tej gęstej, literacko dopracowanej historii łamie momentami serce.
Książka jest powrotem do peerelowskiej podstawówki, powrotem jednak niesentymentalnym.
Nie jest to lektura łatwa. Często tchnie z tych opowieści taką beznadzieją, że aż ręce opadają. Ale chyba autor tak właśnie rozumie swoją reporterską misję.
Opisana w książce podróż z 2011 r. miała być dla 70-letniego wówczas Theroux jego osobistym pożegnaniem z Afryką.
Udana, ale z pewnością nie wybitna powieść.
Autor ma niebywały talent do odkrywania świetnych tematów w pozornie nieciekawych sytuacjach.