Recenzja płyty: Joe Bonamassa, „Blues of Desperation”
Ten album to blues-rock w najlepszym światowym wydaniu.
Ten album to blues-rock w najlepszym światowym wydaniu.
PJ Harvey jest w życiowej formie i nikt tak znakomicie jak ona nie wyśpiewuje braku nadziei na lepsze jutro.
Autor nie oddala się od bezpiecznej bankietowej konwencji.
Na nudę miejsca brak. No i niespecjalnie widzę możliwość, by to wszystko objąć jakąś jedną etykietką.
Powstała płyta ciekawie niejednorodna, trochę patchworkowa, ale też osobliwie spójna, jak współczesna Afryka.
Płyta wydaje się ciekawą propozycją, ukazującą, jak łączyć tradycję z energią i upodobaniami młodego pokolenia.
Nie ma tu kokietowania gościnnymi występami współcześnie lansowanych gwiazd. Jest muzyka przez duże M. Ponadpokoleniowa i niezależna od mody.
Płyta wypełniona chłodną, harmonijną perfekcją.
Chociaż trudno wyobrazić sobie typowego docelowego odbiorcę psychodelicznego popularnonaukowego słuchowiska o sowach, warto zaryzykować.
Najnowsza płyta wrocławskiego duetu kompozytorsko-wykonawczego weszła na rynek, zbiegając się z jubileuszem jego 15-lecia.
W muzyce słychać southern rocka, bluesa, a także lapidarność i szorstką prostotę garażowych protopunkowców.
Pięknie wykonany i zaaranżowany zestaw 12 utworów – zarówno oryginalnych kompozycji artystki, jak i piosenek meksykańskich autorów.
Słychać, że gra zespół, a nie solista z przystawkami. A to, poza poziomem wydawnictwa, jeszcze jedno zaskoczenie. Bowie byłby dumny.
Lirycznie delikatniejsza od Masłowskiej, ale bardziej konkretna niż Koteluk, wokalnie bardziej rozśpiewana od Peszek, próbuje od nowa znaleźć dla siebie jakieś terytorium.
Płyta pełna bardzo dobrej muzyki, zmiennych nastrojów i udanych kompozycji z pogranicza stylów, charakterystycznych dla współczesnej, a jednak tradycyjnej, amerykańskiej twórczości rozrywkowej.
Diabeł, który maczał palce w tworzeniu tej płyty, raczej fascynuje, niż odstrasza.
Wszystko bezpretensjonalne, z dystansem i damsko-męskimi wokalnymi duetami.
W warstwę perkusyjną wszyta została niemal we wszystkich utworach gęsta rytmika Trzeciego Świata, która naprowadza na źródła gniewu i dokładniejszą tematykę tych dźwiękowych doniesień.
18 utworów, w większości dość krótkich, to feeria pomysłów brzmieniowych, gości i sampli, które West lubi wycinać z nagrań głośnych, znanych i ważnych.
Oszczędne gospodarowanie popularnością wychodzi na dobre marce Kalibra, który nie nagrał słabej płyty – włącznie z najnowszą.