Kraj

Żadna pociecha, że Bareja by tego nie wymyślił

Premier Mateusz Morawiecki z wizytą u rolnika, 14 lipca 2021 r. Premier Mateusz Morawiecki z wizytą u rolnika, 14 lipca 2021 r. Adam Guz / Kancelaria Prezesa RM
Bareja wprawdzie słuchał Gierka prawiącego o tym, jak to będzie wspaniale, gdy dogonimy Zachód, ale chyba nie wymyśliłby tego, co w 2021 r. mówią i obiecują władze PiS.

Stanisław Bareja nakręcił parę filmów o absurdach życia w PRL. Moim ulubionym fragmentem jest scena z „Poszukiwany, poszukiwana” (1972), w której obywatel, przedstawiany przez małżonkę jako dyrektor z zawodu, poprawia projekt ważnej zabudowy, decydując, że już istniejące jezioro przeniesie się w inne miejsce, a budynek postawi się „tu”. Następnego dnia w mieszkaniu p. dyrektora pojawia się księgowy i wręcza mu gruby plik banknotów tytułem honorarium za korekty w planie urbanistycznym.

Stąd popularne powiedzenie: „Tego by nawet Bareja nie wymyślił”, używane, gdy spotykamy się z jakąś piramidalną niedorzecznością, np. pochwaleniem się (w ramach objazdowej promocji tzw. Polskiego Ładu) przez p. Morawieckiego trwającą budową czegoś, co nie istnieje nawet w planach inwestycyjnych, tj. logistycznym centrum policji w Białymstoku, dającym „nowe miejsca pracy dla białostocczan, dla mieszkańców okolicznych gmin, powiatów. (...) To decyzja, która została podjęta bardzo słusznie, właśnie po to, żeby też miejsca pracy tworzone były poza Warszawą”.

Bareja zmarł w 1987 r., przeto nie dożył III RP. Wprawdzie słuchał Gierka prawiącego o tym, jak to będzie wspaniale, gdy dogonimy Zachód, ale chyba nie wymyśliłby w 2021 r., że p. Morawiecki tak zadeklaruje: „niebawem w każdej gminie w Polsce ruszą inwestycje strategiczne: nowe drogi, sieci wodno-kanalizacyjne, boiska, parki, domy seniora”.

W Polsce jest 16 województw i 2477 gmin. Wedle spisu w każdym województwie jest (licząc prywatne) koło dziesięciu domów seniora, powiedzmy, że razem 200, a p. premier obiecuje bliskie rozpoczęcia budowy ponad 2200 takowych placówek. Pomijając obietnice innych inwestycji „strategicznych”, jest to tak realne jak zwycięstwo reprezentacji Polski w Euro 2020 po jej odpadnięciu w fazie grupowej – ostatecznie mogłoby się zdarzyć, że UEFA zdyskwalifikowałaby wszystkie drużyny poza tą, której z taką skutecznością kibicowali p. Duda i p. Morawiecki. Tzw. dobra zmiana produkuje ich wiele. A więc „jedziemy”, aby skorzystać z powiedzenia p. Rachonia, czołowego TVP-dezinformatora bezpośrednio służącego p. Kurskiemu (Jackowi), a pośrednio tym, którym obecny prezes tzw. telewizji publicznej służy bezpośrednio. Bareja mógłby to wymyślić.

Stanisław Tym dla „Polityki”: W Polsce jest trochę jak w „Misiu”

Czy Błaszczak spytał Łukaszenkę i Putina?

Na początek zapowiedzianej jazdy coś o p. Błaszczaku, z zawodu ministrze, najpierw od spraw wewnętrznych, potem rzuconego na front obrony narodowej. Aktualnie zajmuje się zakupem czołgów marki Abrams, upodobanych przez Jego Ekscelencję, niewykluczone, że z uwagi na napis „TUSK” znajdujący się na każdym z nich. Może p. Kaczyński ma nadzieję przekonać lud, że skoro radzi sobie z pancernym TUSKIEM, to da radę (jak prawi p. Szydło) ze zwykłym.

Pan Błaszczak, odpowiadając na pytanie, czy abramsy nie są za ciężkie na polską infrastrukturę, w szczególności mosty, oznajmił: „Nie są dlatego, że proszę zwrócić uwagę, gdzie one będą stacjonowały. One będą stacjonowały na równinie. To jest taka równina, która nazywana jest przez strategów Bramą Smoleńską, potem Bramą Brzeską, a więc ona ciągnie się od wschodniej Rosji aż po Polskę. Tam nie ma rzek, które musiałyby być przeprawiane”.

Ignorancja p. Błaszczaka jest znaczna, bo Brama Brzeska obejmuje teren pomiędzy Warszawą a Białorusią, natomiast Brama Smoleńska to przesmyk pomiędzy górną Dźwiną i górnym Dnieprem, przez który przechodzi najkrótsza droga prowadząca z zachodniej i środkowej Europy do Moskwy. Wygląda na to, że naczelny obecny strateg wojskowy z ramienia tzw. dobrej zmiany zamierza umieścić abramsy za wschodnią granicą Polski (wszak uważa, że będą stacjonowały tam, gdzie nie ma rzek, a więc za Bugiem – pewnie tam je przeniesie na swoich mocarnych ramionach), ale nie wiadomo, czy w celach defensywnych, czy ofensywnych.

Pytanie, czy rzecz jest uzgodniona z Łukaszenką i Putinem. MON szybko wycofał bzdurzenie p. Błaszczaka, ale w Mińsku i Moskwie pewnie zacierają ręce, bo mają uzasadnienie dla opowiadania o agresywnych planach Polski. Szczęście, że zawsze można zrzucić winę na jakiegoś TUSKA. Tego by nawet Bareja nie wymyślił.

Czytaj też: Minister Błaszczak gra w żołnierzyki

Minister Czarnek gorąco broniony

Czołowym bohaterem ostatnich dni był p. Czarnek. Dobrozmieńcy bronili go przed dymisją jak jeden mąż i żona. Rozpoczął p. Rzymkowski, zastępca atakowanego: „Pan minister (...) zawsze stawał w obronie konstytucyjnego prawa rodziców do wychowania swoich dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. (...) Nikt nie zrobił więcej w walce z wszechobecną cenzurą i poprawnością polityczną na uczelniach”.

Racja, ale tylko częściowa. Po pierwsze, rozumiejąc literalnie przemowę p. Rzymkowskiego, można przyjąć, że p. Czarnek zawsze stawał w obronie konstytucyjnego prawa do wychowania swoich dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Art. 48.1 konstytucji stanowi: „Rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Wychowanie to powinno uwzględniać stopień dojrzałości dziecka, a także wolność jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania”. Nie ma wątpliwości, że p. Rzymkowski, zgodnie z przekonaniami ministra, którego tak gorąco bronił, pominął drugie zdanie zacytowanego artykułu.

Po drugie, i tu zgoda jest całkowita, ponieważ nie ma cenzury i poprawności politycznej na wyższych uczelniach (może poza niektórymi katolickimi), nikt nie zrobił więcej w walce z nią niż p. Czarnek, bo nikomu w głowie walka z tym, czego nie ma. Dalszą obronę przeprowadził sam zainteresowany, wołając: „My rzeczywiście musimy zrobić tak, żeby te lewackie bojówki na uniwersytetach przestały terroryzować naszą młodzież, naszych naukowców”.

Pan Morawiecki przyłączył się do tej samoobrony – do odwołania nie doszło. Nie dziwi zachwyt tzw. dobrej zmiany p. Czarnkiem, skoro stwierdza: „Są niezbite dowody, że polityczną odpowiedzialność za katastrofę smoleńską ponosi Donald Tusk. Wystarczy spojrzeć na art. 146 (...) konstytucji, który mówi o tym, że za bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne, a więc także za bezpieczeństwo najwyższych władz, odpowiada Rada Ministrów i podlegające jej jednostki odpowiedzialne za lot. (...) To, że nie dopełnili obowiązków, nie ulega wątpliwości, bo gdyby dopełnili, ten samolot by nie spadł. Bo takie samoloty nie spadają”. Koncept, że przepisy konstytucji są niezbitym dowodem politycznej odpowiedzialności za spadnięcie jednego z samolotów, które zwykle nie spadają, jest przedni. Tego by nawet Bareja nie wymyślił.

Czytaj też: Końca Czarnka nie widać. Dzieci czeka pisowska dyscyplina

Teściowie i szwagierstwo do rodziny nie należą

Trwa dyskusja o nepotyzmie. Pewna dama, posłanka z sojuszniczej partii, oznajmiła, że rzecz nie dotyczy jej współmałżonka, ponieważ uchwała obejmuje tylko członków PiS. I oto mamy zagwozdkę, mianowicie czy walka z nepotyzmem jest skierowana do rodzin członków partii PiS, czy również krewnych wszystkich króliczków z klubu parlamentarnego PiS. Rzeczona jejmość dokonała bardzo istotnego ustalenia semantycznego, bo prostolinijnie wyznała, że jej ślubny partner nie podpada pod nepotyzm z definicji. Ale kto wie, czy ma rację, bo PiS ma listę 260 osób z Porozumienia Gowina pracujących w agendach państwa i państwowym biznesie. Czyżby szykowała się rozprawa z nimi w oparciu o szeroką definicję nepotyzmu?

Pan Daciuk, teść p. Sasina, ujął sprawę prościej: „Dlaczego mam się do dymisji podawać? No to co, że jestem teściem ministra? Jestem magistrem inżynierem melioracji wodnych, jestem specjalistą w tej branży i pracuję 37 lat w tej samej firmie. Wody Polskie są spadkobiercą poprzedniej firmy. (...) Tu nie ma żadnego nepotyzmu, bo teść to nie jest rodzina. Rodzina to jest pokrewieństwo z krwi, a to jest nabyta sprawa”.

Sprawa zaczyna dotykać odpowiedzi na pytanie, co to jest rodzina, a to poważna rzecz. Dość powszechne określenie głosi: „Rodzina – grupa osób powiązanych ze sobą poprzez pokrewieństwo lub powinowactwo. W węższym znaczeniu są to rodzice wraz z dziećmi, czyli tzw. rodzina nuklearna”. Na razie p. Daciuk rozstrzygnął, niewykluczone, że z inspiracji swojego zięcia, że w uchwale o tłustych kotach chodzi o tzw. rodzinę nuklearną, czyli złożoną z osób spokrewnionych, a to znaczy, że teściowie i szwagierstwo nie należą do niej.

Czytaj też: Licencja na sitwę. Nepotyzm w PiS zostanie

Wracając do nepotyzmu, by tak rzec, praktycznego: jedna z posłanek partii rządzącej, kierowana macierzyńską troską, trapi się, że przecież „nasze dzieci” muszą gdzieś pracować. To przypomina niegdysiejsze, tj. sprzed transformacji, wyjaśnienia w sprawie „czerwonego księcia”, czyli Andrzeja Jaroszewicza, że jeśli ktoś jest synem premiera (w tym wypadku Piotra Jaroszewicza), to nie może mieć ograniczonych praw.

Ponieważ nie chciałbym być posądzany wyłącznie o bezproduktywne krytykanctwo, mam konstruktywną propozycję, aby małżeństwa podpadające pod uchwałę o nepotyzmie przeprowadziły na wspólny wniosek formalną separację (obejmuje rozdział od stołu i łoża, ale to pierwsze jest ważniejsze dla rozważanego tematu), a wtedy i rodzina będzie chroniona (małżeństwo nie zostanie rozwiązane), i stół nie będzie wspólny. To rozwiązanie jest wprawdzie częściowe, ale wystarczy dodać, że reszta rodziny jest wtedy zwolniona z „nepotycznych” restrykcji dla uniknięcia konfliktów mogących skutkować prawdziwym rozpadem familii. Bareja nie zdziwiłby się obecną dyskusją o nepotyzmie – był świadkiem podobnej, łącznie z jego użyciem w walce politycznej, np. w 1968 r.

Cnoty niewieście i poglądy dziedziczne

Handlarz Pokościelnym Mieniem Bezspadkowym (żeby znów pojechać jego śladem), mający coraz to nowe specjalności – był już epidemiologiem, a niedawno ujawnił swoje sposobności w pszczelarstwie i meteorologii – rzekł (nawet krzyczał) w swej tyradzie ku chwale p. Czarnka, że „obrona ministra edukacji odwołuje się do fundamentów polskiej kultury: chrześcijaństwa, poszanowania wspólnoty i godności drugiego człowieka, a także umiłowania wolności, jest obroną całej filozofii rządów Zjednoczonej Prawicy”.

Wątek filozoficzny skonkretyzował sam p. Czarnek (teraz jedziemy z nim) w słowach: „Niestety mamy zalew na zachodzie Europy i w świecie zachodnim postmarksistowskich, postmodernistycznych i neomarksistowskich ideologii takich chociażby jak ideologia LGBT. Na Węgrzech sprzeciwiano się temu odpowiednią ustawą, my nie uchwalamy ustawy, my chcemy, żeby odpowiednie organy państwa, w tym kurator, stały na straży normalności w szkołach i braku możliwości demoralizacji dzieci przez jakąś rozszerzoną edukację seksualną. (...) Musimy doprowadzić do sytuacji, w której debata akademicka będzie wreszcie wolna”.

I dojechaliśmy do środowiska naukowego, bo przecież ono jest winne, bo nie może być inaczej. Jeszcze przed obecnymi zapasami dobrozmieńców w obronie wolności (i konstytucji, jak p. Morawiecki zapewnia) p. Skrzydlewski, doradca p. Czarnka, głosiciel tezy o potrzebie gruntowania dziewcząt do cnót niewieścich w celu przeciwdziałania zepsuciu duchowemu młodych kobiet, zapodał: „Istnieje przekonanie charakterystyczne dla kultury Zachodu, że do edukacji nie nadaje się wielu ludzi, ale przede wszystkim ateiści. Dlaczego? Dlatego, że sam ateizm jest atakiem na ludzki rozum. Jest zgodą na absurd. Jest pogwałceniem podstaw racjonalności”.

Kropkę nad i postawił p. Dolata, poseł PiS, na posiedzeniu podkomisji ds. nauki i szkolnictwa wyższego. Niestety nie dotarłem do źródłowych materiałów, więc mogę tylko omówić wystąpienie rzeczonego znawcy na podstawie tego, co usłyszałem w trakcie jednej z audycji telewizyjnych. Otóż p. Dolata stwierdził, że obecni pracownicy naukowi są tymi, którzy studiowali jeszcze w czasach komunizmu lub są potomkami takowych – to oni kiedyś na długo odsunęli prof. Tatarkiewicza od zajęć. Tedy nie można się po nich spodziewać niczego dobrego, co uzasadnia nowe przepisy o wolności akademickiej.

Wygląda na to, że p. Dolata, historyk z wykształcenia, dokonał poważniejszej rewolucji w genetyce niż swego czasu Trofim Łysenko, faworyt Stalina, bo uznał, że osobniczo dziedziczy się poglądy i postawy polityczne. Nazwisko tego rewolucjonisty w biologii nie jest przypadkowe, bo odleciał w krainę absurdu w sposób, którego by Bareja nie wymyślił. Nawiasem mówiąc, nie żyje już żadna z ośmiu osób, które podpisały list przeciwko wykładom Tatarkiewicza.

Czytaj też: Dyscyplinarka za poglądy. Pod PiS-em nauczyciele mają milczeć

Lex Suski, czyli konkurencja nie śpi

Na politycznej tapecie są dwie ważne sprawy polityczne, mianowicie stosunek prawa polskiego do unijnego i ustawa o radiofonii i telewizji, czyli tzw. lex TVN. Obie sprawy są w toku i trudno je omawiać w tym momencie, tym bardziej że dobrozmieńcy lawirują, np. p. Manowska zagadała, że Izba Dyscyplinarna jest OK, ale, chyba przywołana do porządku, poprawiła samą siebie i wyznała, że jest gotowa ją zawiesić, a mgr Przyłębska zdecydowała o kolejnym odroczeniu posiedzenia TK na temat relacji pomiędzy Konstytucją RP a prawem UE.

Ograniczę się tylko do elementów już rozrywkowych, tj. à la Bareja. Pierwsza kwestia w gruncie rzeczy dotyczy stosunku Polski do UE. Pani Witek wołała, że tu jest Polska, a nie Unia. Wzbudziło to powszechną wesołość, a p. Morawiecki tłumaczył, że ta nowatorska wypowiedź została wyrwana z kontekstu. Zapomniał jednak, że, jak powiadał Lec, kontekstem słowa jest świat, a ten, jaki jest, każdy widzi. Tak czy inaczej, p. Witek wyjaśniła, że nie kwestionuje tego, że Polska należy do UE, i bardzo się ucieszyła, gdy zobaczyła, a było to w Lesznie, że dwaj faceci trzymają flagę europejską w czasie jej tyrady zachwalającej Polski Ład, ale nieco zmarkotniała, usłyszawszy, że obaj są kibicami Unii Leszno, klubu w UE, i nie ukrywają tego.

Wiadomo, że lex Suski ma doprowadzić do odebrania koncesji TVN. Interweniują Amerykanie, bo stacja należy do firmy amerykańskiej, dokładnie jej oddziału zarejestrowanego w Holandii. Pan Kołodziejski, pisowski (a więc dyszlowy Wiadomego Prezesa) naczelnik Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, instytucji udzielającej koncesji, wije się jak piskorz, aby wybrnąć z sytuacji. Czas nagli, bo dotychczasowa koncesja wygasa we wrześniu i trudno odmówić jej przedłużenia, gdyż została wydana na podstawie obowiązującego prawa, natomiast nowelizacja z twarzą „Carycy” Suskiego może nie przejść przez Sejm. „Piersiasty” Kukiz, już bez wazeliny jadący w kierunku Jego Ekscelencji, proponuje, aby wyłączyć prywatne stacje spod działania ustawy, a sam p. Kołodziejski – aby podstawą koncesyjną była specjalna umowa zawarta pomiędzy Polską a np. USA. Obie propozycje są wyrazem pisiej chytrości, bo ostateczna decyzja ma należeć do polskiego rządu. Rzeczony dyszlowy ślicznie ujawnił, w czym rzecz, oznajmiając, że ponieważ chodzi o program informacyjny, trudno do tego podchodzić na chłodno.

I tak dojechaliśmy do domu w tej materii i wiemy, co niepokoi tzw. dobrą zmianę, mianowicie konkurencja dla informacji serwowanej na chłodno przez TVP(Dez)Info i p. Rachonia, gdy oznajmia: „Jedziemy”. Bareja by to też wymyślił – na podstawie własnych doświadczeń, ale to żadna pociecha.

Czytaj też: Manowska na spalonym

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Polska ma ludzi na sumieniu. A ja? Co z moim sumieniem?

Taktyka stanu wyjątkowego i bezwzględnych pushbacków nie przyniosła spodziewanych rezultatów. Łukaszenka nadal prowadzi swój sabotaż, a nawet go nasila. Polska ma ludzi na sumieniu. A ja? Co z moim sumieniem?

Renata Lis
23.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną