Recenzja filmu: „Nastolatki”, reż. Alexandra-Therese Keining
Metaforyczna opowieść o poszukiwaniu tożsamości, nie tylko seksualnej, przez dziewczyny dorastające w świecie męskiej dominacji.
Metaforyczna opowieść o poszukiwaniu tożsamości, nie tylko seksualnej, przez dziewczyny dorastające w świecie męskiej dominacji.
Stary, doświadczony szkoleniowiec uczy młodego, utalentowanego Latynosa techniki, a przede wszystkim obrania i realizowania właściwej strategii.
Ta poetycka impresja powstawała metodą cierpliwej obserwacji rytmu życia wyspy przez blisko półtora roku.
Autor wykorzystując konwencję kina gatunkowego, zafundował Amerykanom rodzaj psychoanalizy, pokazując, jak niewiele zmienili się od czasów, kiedy kowboje walczyli na tej ziemi z Komanczami.
Zamiast perwersji, voyeuryzmu, obyczajowej prowokacji, groteskowego tonu, kiczu, wulgarności – napięcie niczym w kryminale, wartka akcja, dystans i, jak przystało na klasyka, wirtuozerski portret pogrążającej się w depresji kobiety.
Nie jest to kanoniczna historia Aladyna znana z „Baśni tysiąca i jednej nocy”, ale kino dziecięce już od dawna swobodnie traktuje arcydzieła literatury.
Akcja filmu toczy się tuż przed rozpadem Czechosłowacji w upalne lato 1992 r.
Film nie jest hermetyczny, łatwo go nawet pomylić z lekką komedią obyczajową o zgranym małżeństwie akademickich wykładowców, które postanawia się rozwieść.
W filmie Stephena Frearsa Florence gra Meryl Streep. Tak wspaniale fałszować potrafi tylko artystka obdarzona wielkim talentem.
Ten film to rodzaj antropologicznej medytacji. Co po nas zostaje? Jakie wartości są najważniejsze? Kim jesteśmy?
Trzy nowele w jednym filmie, każda dziełem innego młodego reżysera.
Fabuła niezbyt porywająca, zawiera wiele cytatów i autorskich powtórzeń, lecz wciąga i śmieszy.
Reżyser „Furii” nie podołał zadaniu nakręcenia dobrego filmu superbohaterskiego. David Ayer popełnił mnóstwo błędów, a przed porażką ratują go Margot Robbie i Will Smith.
Atutem tego filmu jest piękna muzyka autorstwa muzyka folkowego Damiena Jurado.
Dla jednych mdły, męczący, zbyt podniosły, dla innych liryczny i wzruszający. Sprzecznych opinii zbierze się z pewnością więcej, bo nowy film 47-letniej japońskiej reżyserki Naomi Kawase zaskakuje pod każdym względem.
Sceny akcji to w sumie już dobre kino klasy B.
„W nieznane” to w sumie film zmarnowanych szans.
Wszystko tu jest poważne, dojrzałe, pogłębione, a jednocześnie wydaje się wyjęte i złożone z cytatów, reminiscencji, zapożyczeń.
Proste dialogi, pozornie oczywiste sytuacje budują niesamowite napięcie.
Twórcy zrobili wszystko, by uwiarygodnić sensacyjną historię, nasączając ją kolorytem bieżących afer politycznych.