Recenzja filmu: „Piknik z niedźwiedziami”, reż. Ken Kwapis
Taką lekcję życiowo-filmowej nostalgii trudno wymazać z pamięci.
Taką lekcję życiowo-filmowej nostalgii trudno wymazać z pamięci.
Filmowi szkodzi niewyważenie konwencji oraz zbyt skrótowe potraktowanie wielu wątków, przez co wystudzona emocjonalnie opowieść sprawia wrażenie tylko ambitnego szkicu.
Film jest namiętnym oskarżeniem wojny. Przede wszystkim mówi jednak o niemożności rozliczenia czynów, za którymi stoją sprzeczne racje serca i sprawiedliwości.
Film jest opowiadany najpierw z punktu widzenia ojca, a potem brata Kelly, którzy za punkt honoru przyjęli jej odnalezienie.
Fabuła jest groteskowa, potraktowana przez reżysera pretekstowo.
Można oczekiwać, że w Polsce film Jodie Foster najbardziej spodoba się frankowiczom...
Największą atrakcją jest para odtwórców głównych ról. Po prostu goście.
Oprócz bloków tematycznych poświęconych m.in. nowym technologiom, ekologii, kulturze miejskiej i 25. rocznicy upadku ZSRR, warto polecić zwłaszcza wizjonerski poemat „Homo Sapiens”.
Na nieskomplikowaną fabułę filmu, inspirowaną powieścią graficzną Akimi Yoshidy, składają się przyziemne, codzienne wydarzenia.
W klasie superbohaterskiego kina komiksowego „Wojna bohaterów” wypada więcej niż udanie.
Trzy pokolenia kobiet, trzy różne punkty widzenia, inne cele życiowe i rodzinna solidarność w biedzie, wszystko wyrażone piosenkami – szlagierami z lat 70. i 80.
Wyjątkowy przykład wrażliwego spojrzenia na samotność i pułapki ludzkiej natury.
Dziki Zachód, jak widać, wciąż inspiruje reżyserów, choć obecnie jest to zazwyczaj Bardzo Dziki Zachód.
Twórcom zabrakło chyba odwagi, by coś mocniej zaakcentować, nie przekonuje też tchnąca sztucznością scenografia, co nie znaczy, że nie pojawią się głosy o uprawianiu pedagogiki wstydu.
Film oprócz tego, że jest wybitnym, poruszającym do głębi dziełem sztuki, zmusza do myślenia, zaskakuje i długo nie pozwala o sobie zapomnieć.
W tym filmie nie czuje się żadnego autentyzmu. To raczej pastisz z elementami satyry, wymierzony w zmanierowane, puste społeczeństwo, staczające się w otchłań rozpusty, degeneracji i orgii konsumpcji.
Filmowa metafora ukazująca krach złudzeń i beznadziejną wegetację oszukanych ludzi.
Na niekorzyść filmu i głównej bohaterki przemawia cały współczesny kontekst wojen etnicznych w tym regionie.
Nie tylko my mamy kłopoty z zaakceptowaniem trudnej prawdy o sobie.
„Świt sprawiedliwości” miał być dla Warner Bros. i DC Comics fundamentem dla planowanego uniwersum filmowo-komiksowego. Całość zawaliła się pod nadmiarem wątków i wprowadzeń do kolejnych obrazów z serii.