Recenzja filmu: „Płomień”, reż. Syllas Tzoumerkas
Tak mocnego obrazu na ten temat w kinie nie było.
Tak mocnego obrazu na ten temat w kinie nie było.
Twórcy dołożyli pewnych starań, żeby podnieść film do wyższej kategorii wagowej, skończyło się jednak co najwyżej na wadze lekkopółśredniej.
Portret społeczeństwa bez korzeni, zastępującego idealizm dorobkiewiczostwem i materializmem.
Film zdaje się przewrotną ilustracją ironicznego aforyzmu francuskiego poety Louisa Aragona, który trafnie zauważył, że zanim nauczymy się żyć, na wszystko jest już za późno.
Gwiazdorska obsada, rewelacyjna ścieżka dźwiękowa, surrealistyczny humor, perfekcyjna reżyseria powinny zachęcić wszystkich spragnionych inteligentnej rozrywki i nowatorskich rozwiązań.
Dowcipna, rozwijająca się od puenty do puenty dynamiczna fabuła.
Historia niedojrzałej, szalonej miłości zakończonej tragicznym rozstaniem.
Wyrafinowanej widowni może nie zachwyci, ale dla wielu okaże się przyjemnym zaskoczeniem.
Rozkoszny pastisz telewizyjnego widowiska sprzed pół wieku.
Inteligentne kino, uczta dla oczu.
Po obejrzeniu filmu, a nawet już w trakcie seansu, sromota nie odpuszcza.
Wielowymiarowa, zachwycająca bajka o samotności, potrzebie miłości, dorastaniu i odnajdywaniu w dorosłym dziecka.
Agent Ethan Hunt znowu w akcji.
Najsmutniejsze ze śmiesznych lub najzabawniejsze ze smutnych. Trudno pisać o filmach Roya Anderssona, bo ich koncept polega na poetyckim obnażeniu stanu kompletnej bezradności.
To film romantyczny czy komediowy? – pyta kupujący bilet. – Nie wolno mi odpowiadać na takie pytania – informuje oschle kasjerka.
Komedia w sam raz na lato, niestety, niepozbawiona wad.
Chyba stęskniliśmy się za takim filmem.
Propozycja dla widzów unikających typowo letniego repertuaru.
Film jest miałki, pomysły ograne, a bójki mało efektowne.
Film ma w sobie napięcie i dynamizm, jakich nikt się nie spodziewa po tak skromnym filmie.