Recenzja płyty: „Chicago Plays the Stones”
Album daje słuchaczom możliwość zapoznania się z 12 bardziej i mniej znanymi kawałkami Stonesów w wykonaniu artystów stanowiących śmietankę chicagowskiego bluesa.
Album daje słuchaczom możliwość zapoznania się z 12 bardziej i mniej znanymi kawałkami Stonesów w wykonaniu artystów stanowiących śmietankę chicagowskiego bluesa.
Nie jest to płyta dla wszystkich wielbicieli Schuberta – zapewne znajdą się tacy, którym do takiego eksperymentu ciężko będzie się przekonać.
Trio The Necks z Australii to rodzaj ćwiczenia w operowaniu czasem, trudnego do porównania z czymkolwiek innym.
Charakterystyczna, wyzywająca autorka „Queen” ma bardziej spójny wizerunek niż linię muzyczną.
Zaledwie 9 piosenek, ale każda przedniej jakości, stylistycznie mieszczące się w kategorii „americana”.
Kompozycje są dobre, wykonanie i brzmienie profesjonalne, utwory zróżnicowane, a cała płyta znakomicie mieści się w kategorii blues rocka wysokiej klasy.
Raper Taco Hemingway szybko się przebił do publiczności szukającej pokoleniowych tekstów, jeszcze szybciej dał się poznać reszcie niezdecydowanych i teraz „słyszy siebie w Esce”.
Oto ciąg dalszy eksploracji muzycznej przeszłości w wykonaniu Jana Młynarskiego, Marcina Maseckiego i towarzyszących im muzyków.
Ile emocji da się wykrzesać, pracując na pętlach, samplach ze starych winyli i w towarzystwie maszyn, pokazuje najlepiej Bartosz Kruczyński.
Jak na zestaw piosenek o intymnym charakterze jest płytą dość mocną i krzykliwą.
Płyta kusi słuchacza wielością barw i rytmów, świetnymi kompozycjami i doskonałym wykonaniem.
Swoim fanom Dave Matthews kazał czekać aż sześć lat na kolejny album z premierowym materiałem.
To nieznana dotąd sesja nagraniowa z najlepszego czasu Coltrane’a – zespołu The Classic Quartet (z pianistą McCoyem Tynerem, basistą Jimmym Garrisonem i perkusistą Elvinem Jonesem).
Długo powstawała ta płyta: piosenkę tytułową znamy od dwóch lat, dekada upłynęła od poprzedniego albumu Kasi Kowalskiej, która jednak pozostała Kasią i wydaje się ani wokalnie, ani fizycznie nie odróżniać bardzo od tej Kowalskiej, którą znamy z końca lat 90.
Nad płytą unosi się jakiś duch niemocy i smutek, sprawiając, że choć przyjemniejsza od poprzedniego albumu, nie będzie taka do końca lekka.