Recenzja płyty: Five Finger Death Punch, „And Justice for None”
Głównymi atutami metalowców z Las Vegas są utwory bombardujące słuchacza dźwiękami dalekimi od kojących.
Głównymi atutami metalowców z Las Vegas są utwory bombardujące słuchacza dźwiękami dalekimi od kojących.
Całość nie porywa, ale i specjalnie nie nudzi, fanom kryminałów na pewno się spodoba.
Linijkom tekstów towarzyszy nieco lżejsza niż ostatnio muzyka, znów oparta o sample z mniej znanych, zwykle starszych utworów, zgrabnie wkomponowane pomiędzy głosy zaproszonych na płytę gości.
Biorąc pod uwagę wokalistów z ambicjami do popowej ligi mistrzów, Lykke Li, urodzona w szwedzkim Ystad, powinna nam być najbliższa geograficznie.
Rap zawsze pachniał grzechem. Ale nie z powodu wulgaryzmów czy gangsterskich przechwałek. Prawdziwie wywrotowe było tu opowiadanie świata z perspektywy słabych i przegranych. Bo tego kapitalizm nie znosi.
Doskonali muzycy z werwą i radością przypominają słuchaczom, jak porywające, pełne humoru i animuszu mogą być retro rytmy.
Jeśli „Last Man Standing” ma być pożegnaniem, to jest to pożegnanie mistrza, który z podniesionym czołem stoi niepokonany na swoim placu boju.
To, co otrzymujemy, nie jest artystycznie lepsze od oryginalnego muzycznego kontekstu tekstów, które napisali Fisz, Numer Raz czy WWO.
Radość ze wspólnego grania przekształca się w radość słuchania.
A Perfect Circle wydali swój album po 14 latach milczenia, więc dla ogromnej rzeszy słuchaczy będą zjawiskiem całkowicie nowym.
Ciekawa, niegłupia, zaskakująca próba zmiany wizerunku, która jednak ze względu na mętne pomysły muzyczne raczej nie wyjdzie zespołowi na zdrowie.
Ameryka, Słowacja, Bieszczady – czyżbyśmy znowu przekonywali się o wspólnych tropach całego muzycznego świata?
Partnerstwo pianisty i kwartetu jest idealne, całkowicie równorzędne.
Płyta Andrusa daje nadzieję, że festiwalizacja polskiej sceny muzyczno-kabaretowej jeszcze nie dokonała ostatecznych spustoszeń w umysłach suwerena.
Wspaniała wokalistka o hipnotyzującym głosie.
Zespół Bokka na nowej płycie jest trochę jak kolejne podejście do serialu „Zagubieni w kosmosie” – niby wszystko się zgadza, nowoczesna, dobrze zrobiona produkcja, tylko że łatwiej w tym już zauważyć schemat.
Jest tu nawiązanie do prapoczątków w nurcie rockabilly i blues, i bluegrass, i wreszcie country w nowszej, bardziej popowej oprawie.
Są przebojowi i korzystają z zaraźliwych amerykańskich wzorców, ale też pretensjonalni.
Estoński twórca napisał cztery symfonie – podobnie jak Johannes Brahms, tylko Brahmsa można rozpoznać zawsze, a każda z symfonii Pärta jest inna.
Cała płyta to kawał bardzo solidnej bluesowej roboty.