Po tygodniu wojny Stanów Zjednoczonych i Izraela z Iranem nie wiemy, czym się ona zakończy, ale wiemy, że zapłacimy za nią wysoki rachunek. Dosłownie, bo rozpoczął się kryzys energetyczny największy od chwili inwazji Rosji na Ukrainę. Po raz drugi w ciągu zaledwie czterech lat rynki ogarnęła panika. Cena baryłki ropy Brent kosztuje już ponad 100 dol. (pod koniec lutego było to ok. 70 dol.), a chwilowo notowania doszły do niemal 120 dol. To efekt sparaliżowania dostaw przez cieśninę Ormuz, co powoduje wstrzymanie produkcji surowca w krajach Zatoki Perskiej. Nie ma już miejsca na jego magazynowanie. Równocześnie obserwujemy eksplozję europejskich cen gazu ziemnego. Jedna megawatogodzina kosztowała przed wybuchem nowej wojny ok. 30 euro – teraz to już poziom ponad 60 euro. Co prawda Katar, który wstrzymał produkcję, nie jest kluczowym dostawcą gazu do Europy, ale bez niego pojawia się ogromny deficyt na światowym rynku, na czym korzystają dostawcy. W naszym przypadku to przede wszystkim Stany Zjednoczone, które w ten sposób zarabiają na rozpoczętej przez siebie wojnie.
Ceny benzyny, diesla i gazu mocno w górę
Droższy gaz uderzy w gospodarstwa domowe z opóźnieniem, bo obecne taryfy Orlenu (po połknięciu PGNiG) obowiązują do końca czerwca. Droższa ropa ma za to błyskawiczne konsekwencje – ceny na stacjach benzynowych rosną, a mimo zapewnień rządu i branży paliwowej wiele osób obawia się, że paliw zabraknie. Według prognoz portalu e-Petrol.pl w tym tygodniu litr benzyny 95-oktanowej będzie kosztować w Polsce 6,15–6,30 zł, a litr oleju napędowego aż 7,12–7,29 zł. To z pewnością jednak nie koniec podwyżek, skoro cały czas rosną ceny hurtowe. Szczególnie niepokojące są stawki w przypadku diesla – oznaczają, że kryzys energetyczny bardzo szybko przełoży się na rosnące koszty transportu towarów. A to oznacza tylko jedno – podwyżki cen praktycznie wszystkich artykułów, łącznie z żywnością.
Czeka nas skok inflacji
Skoro ceny gazu na razie jeszcze nie rosną, politycy skupiają się na ropie. PiS już żąda obniżenia zarówno stawek VAT, jak i akcyzy – ani słowem nie wspominając, że gwałtowne podwyżki cen to efekt polityki tak uwielbianego przez nich Donalda Trumpa. Oczywiście nie wiadomo, jak miałby zostać pokryty dodatkowy deficyt z powodu obniżenia przychodów z budżetu z VAT i akcyzy. Rząd na razie zapewnia, że marże ograniczy kontrolowany przez państwo Orlen. Ale to z pewnością nie wystarczy i potrzebne będą inne rozwiązania pomocowe – żąda ich zwłaszcza branża transportowa, wskazująca na drastyczny wzrost hurtowych cen oleju napędowego. Jednak nie łudźmy się – czeka nas skok inflacji (ostatnio niewiele przekraczającej 2 proc. rocznie), a przecież Rada Polityki Pieniężnej w ostatnią środę obniżyła stopy procentowe. Narodowy Bank Polski zaprezentował z dumą w ubiegłym tygodniu uspokajającą projekcję inflacyjną, która od pierwszej chwili była nieaktualna, ponieważ nie uwzględniała szoku energetycznego. Nie ma chyba dobrej odpowiedzi na pytanie, dlaczego Rada zmienia stopy w chwili tak ogromnej niepewności i posiłkuje się prognozami, które zdążyły się zdezaktualizować przed ich oficjalną publikacją.
Kolejny kryzys energetyczny pokazuje, jak niewiele nauczyliśmy się z poprzedniego. Wciąż wielu polityków uważa, że należy trwać przy całkowitym uzależnieniu od ropy i gazu, a wszelkie próby rozwoju odnawialnych źródeł traktuje jako ideologiczne brednie. Tymczasem do produkcji prądu jesteśmy w stanie wykorzystywać przynajmniej częściowo nasze własne surowce, których od nikogo nie importujemy – słońce, wiatr, wodę. W przypadku benzyny czy diesla takiego komfortu nie mamy i nigdy mieć nie będziemy. Elektryfikacja transportu czy ogrzewania przedstawiana była dotąd głównie jako metoda redukcji emisji dwutlenku węgla. Tymczasem przechodzenie na pompy ciepła czy samochody elektryczne – chociaż jest kosztowne i ma swoje wady – pozwala na budowanie energetycznej niezależności. W przeciwnym razie – i jako Polska, i jako Europa – będziemy zawsze płacić za wojny wszczynane przez innych. Tak jak teraz.