Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Wojna i pokój (u Agi). „Nawet nie wiem, czy nasz dom w Nju-Jorku jeszcze stoi”

Vera i Aga Vera i Aga Arch. pryw.
Pierwsze cztery miesiące przepłakałam. Latem pojechałam do rodziców, do Ukrainy. Spotkaliśmy się po raz pierwszy od mojego wyjazdu do Polski. Byli zdrowi, w miarę bezpieczni. Uspokoiłam się. Gdy tu wróciłam, wreszcie zaczęłam trochę żyć – mówi Viktoria, Ukrainka, która od marca mieszka u Agi, w Gdańsku.

Vika ma 25 lat i rozbrajająco zielone oczy. Mówi dużo i głośno, często wybucha śmiechem. Widać, że u Agnieszki czuje się jak u siebie. Aga niedawno świętowała 53. urodziny. Ma krótko obcięte blond włosy, równie nastroszone co jej punkowo-feministyczne poglądy, serce na dłoni i cięty dowcip.

Jak wyglądał u was czwartek 24 lutego?
Vika: Gdzieś o piątej rano zadzwonił do mnie Andrzej, mój chłopak. Był w Charkowie, ja u siebie w domu w Nju-Jorku.

W Nju-Jorku?
Vika: Tak. To taka mała miejscowość, można powiedzieć – przysiółek 40 km od Doniecka. I 5 km od Gorłówki, którą w 2014 r. Rosja zajęła razem z Ługańskiem i Donieckiem. Mój Nju-Jork też wtedy zajęli, ale przyszli nasi i ich pogonili. Front zatrzymał się bardzo blisko nas – zaraz za widocznym z njujorkowego wzgórza Torećkiem.

Aga: Powiedz, skąd się wzięła nazwa twojego Nju-Jorku.

Vika: Od końca XVIII w. osiedlali się tu niemieccy mennonici. Rozwijali biznes – wokół świeżo powstałej cegielni powstało osiedle robotnicze nazwane Nju-Jork. Właściciel zakładu podobno był kiedyś w amerykańskim Nowym Jorku. Zamorską podróż zapamiętał na tyle, że zamarzył mu się własny Nju-Jork. W innej wersji historii mowa o żonie tego przedsiębiorcy – miała pochodzić z Ameryki i tęsknić za swoim Nowym Jorkiem, dlatego mąż dał osiedlu nazwę jej rodzinnego miasta. I nasz Nju-Jork rozkwitał. Sto lat temu działały tu różne fabryki, sklepy, hotel.

Aga: Tak, czytałyśmy razem o tym. Kres prosperity (i niemieckiej historii miejscowości) położyła rewolucja październikowa. Ostatni Niemcy zostali wysiedleni w 1941 r. Dekadę później Nju-Jork został przemianowany na Nowhorodśke. Oryginalną nazwę przywrócono dopiero w 2021 r. Ale nie koniunkturę. Z pracujących niegdyś pełną parą zakładów przemysłowych pozostała jedynie fabryka chemikaliów. Perspektywy słabe, zwłaszcza po 2014. Dlatego dużo osób wyjeżdżało, jeszcze przed wojną.

Wracamy do wojny. Do pierwszego dnia.
Vika: No i mój chłopak mówi, że coś się dzieje, że strzelają w całej Ukrainie. Nie dowierzałam: „Co ty gadasz? Śpij”. W obwodzie donieckim od ośmiu lat strzelają, bliżej czy dalej. Dla mnie było to już normalne, przyzwyczaiłam się. Dlatego po jego telefonie wróciłam do łóżka. A on po dwóch godzinach znów dzwoni, coraz bardziej zaniepokojony. Mówi, że naprawdę coś jest nie tak. No to sprawdzam internet. Na wszystkich grupach koleżanki piszą, że coś się dzieje. Do tego zdjęcia – masa samochodów wyjeżdża z Kijowa, Charkowa, z innych miast, ludzie ewakuowali się do zachodniej Ukrainy.

Padło słowo „wojna”?
Vika: Tak. To od razu było zrozumiałe. Ludzie pisali, że Rosja napadła na Ukrainę. To samo mówił bloger Szarij. Byliśmy w szoku. Koleżanki dzwoniły: „Co robicie? Wyjeżdżacie?”. Bały się o życie. Ale inni jak co dzień szli do pracy. U nas w Nju-Jorku przez cały luty i marzec było względnie cicho. Dlatego moi rodzice nie chcieli się stamtąd ruszać. Tata weterynarz, mama uczyła w szkole muzyki i sztuki. Teraz oboje są już na emeryturze. W Nju-Jorku mieli domek, który tata sam rozbudował, ogród, a z niego ziemniaki, pomidory, papryka, do tego kury, króliki. Obok mieszkała siostra ojca. Dla rodziców to całe życie. Mam jeszcze dwie starsze siostry – teraz z powodu wojny jedna mieszka w Winnicy w Ukrainie, druga w Turcji.

Aga: 24 lutego? Wstyd przyznać, ale byłam na nartach na Słowacji. Z jednej strony media trąbiły, że coś się szykuje, z drugiej eksperci twierdzili, że to blef, nic się nie wydarzy. Posłuchałam specjalistów i wyjechaliśmy na narty. A tu z miejsca wiadomość, że wybuchła wojna. Jakieś dwa dni poźniej przeczytałam w necie o akcji „Gdańsk Pomaga Ukrainie”. Zgłosiłam się bez wahania. Od paru lat, odkąd wyprowadziła się moja córka Paulina, mieszkam sama, a jej pokój stał pusty. Wyremontowaliśmy go z przyjacielem, nazwaliśmy „gościnnym”. Ale jakoś nikt nie przyjeżdżał w gości. Widząc, że szukają miejsc dla uchodźców, pomyślałam, że to znak (śmiech). W ankiecie zaznaczyłam, że przyjmę dwie osoby (bo kanapa jest podwójna), może być matka z dzieckiem, mogą być dziewczyny albo dziewczyna z chłopakiem. Dla mnie bez różnicy. Byle bez zwierząt, bo mamy koty. Ja mogę znieść wszystko, gorzej moje zwierzaki. Już na Słowacji zetknęliśmy się z ukraińskimi uciekinierami – właściciel pensjonatu, w którym mieszkaliśmy, udostępnił pokoje kobietom z dziećmi. Po powrocie widziałam, że tutaj też z miejsca ruszyła pomoc. Wolontariusze w każdym wieku, zupy, noclegi... Do mnie jednak nikt się nie zgłaszał. Wreszcie przychodzi piątek 11 marca – do dziś to pamiętam – jestem w pracy, dzwoni telefon. Widzę, że to „Gdańsk Pomaga”. Koleś pyta, czy potwierdzam akces, bo jest dziewczyna do mnie. Ja na to: „Alleluja!”. I pytam, gdzie mam przyjechać, bo za pół godziny kończę pracę. Powiedział, że czeka w hali sportowej MOSiR we Wrzeszczu, gdzie miasto zorganizowało jedno z tymczasowych schronisk dla przyjeżdżających z Ukrainy.

Czytaj też: Wojenne nauczki. Ukraińcy dali nam najcenniejszą lekcję

Gulasz pyrkocze, pościel pachnie nowością

Pokój już od dwóch tygodni czekał przygotowany. Nowa pościel, ręczniki. Do tego pożywny jednogarnkowy obiad. Aga pichciła co drugi dzień, choć sama nie jadła, bo akurat była „na pudełkach”. Ale żeby dla gościa było.

Aga: Przyjeżdżam pod MOSiR. Widzę spłoszoną, cichutką dziewczynkę. Blada, zmęczona. Ona zero po polsku, ja z tym swoim łamanym rosyjskim… Ale dało się dogadać. Zresztą Vika wtedy niewiele mówiła. Jedyne, o co zapytała, gdy wsiadłyśmy do samochodu, to jaka to marka. Bo uwielbia samochody, interesuje się motoryzacją – ale tego dowiedziałam się dopiero później.

Vika: W Gdańsku (i w ogóle w Polsce) jestem pierwszy raz. Jeszcze przed wybuchem wojny planowałam, że przyjadę tu na pół roku popracować. Tak jak wcześniej w Czechach. Przez agencję pośrednictwa załatwiłam sobie wizę i pracę w jednej z firm w Gdańsku. Oprócz mnie miało jechać kilku chłopaków, ale zaczęła się wojna i musieli zostać w Ukrainie. Skończyłam prawo w Charkowie, mój chłopak tak samo. Pracuje w sądzie. Ja też zaliczyłam tam praktykę. Jechałam tu dwie doby. I autobusem, i pociągiem. Najpierw do Warszawy, potem do Gdańska. Bez paszportu, bo złożyłam go w tej agencji pracy. Miałam tylko ukraiński dowód. Wolontariusze na dworcu skierowali mnie do punktu rejestracji przy Dolnej Bramie 8. Ważne było potwierdzenie daty wjazdu do Polski. Ukraińcy, którzy wjechali po 24 lutego, mieli prawo do PESEL-u, bezpłatnych przejazdów itp. Na Dolnej Bramie było nas mnóstwo. Wolontariusze witali, pomagali wypełniać dokumenty, częstowali jedzeniem, gorącą herbatą. Każdy uchodźca dostawał też torbę pełną żywności i kosmetyków. Wieczorem komunikat: wszyscy jadą do hali sportowej. Na miejscu zobaczyłam dwie wielkie sale, łóżka polowe z jednorazową pościelą, ręczniki, kapcie. Do dyspozycji łazienki, aneks kuchenny, jedzenie na ciepło i na zimno… Czysto, ciepło, ale dużo ludzi, wspólna sala do spania. Bardzo się ucieszyłam, że to tylko na jedną noc. Bo następnego dnia w południe przyjechał autobus i zabrał wszystkich do mniejszych miejscowości – do Gdańska wciąż przybywały kolejne grupy uchodźców, trzeba było ludzi rozparcelować po całym województwie. Ja zostałam. Przegapiłam odjazd, w tłumie i zamieszaniu nikt tego nie zauważył. Niedługo wolontariusz mówi, że zaraz przyjedzie po mnie jakaś pani... To była Agnieszka.

Czytaj też: Bóg się rodzi, Putin strzela. Smutne święta ukraińskich rodzin

Nakarmić koty

Pierwsze wrażenie?
Vika: Wiedziałam, że wielu uchodźców dostaje lokum w hotelach, w sali sportowej, gospodarstwie agroturystycznym… a mnie zabiera Agnieszka. Byłam zdumiona, że jakaś polska rodzina udostępnia własne mieszkanie komuś obcemu. Nie wiem, czy ktoś z moich znajomych zrobiłby to samo.

Aga: Przecież to było naturalne! Nie dawało mi spokoju, że mamy miejsce, a gości nie ma. Beata, moja koleżanka z pracy, wzięła do siebie koleżankę Viki Katię, która przyjechała tu tydzień później. Danusia, przyjaciółka Beaty, przyjęła inną nastoletnią dziewczynę. Strasznie straumatyzowaną, tygodniami nie wychodziła z pokoju. Nie chciała przy tym przyjąć żadnej pomocy. Ani psychologa, ani naszych dziewczyn. Po dwóch–trzech miesiącach pojechała gdzieś dalej. Ale znam też ludzi, którzy mają duże domy i nikogo nie przyjęli. Może pomagają w inny sposób? Przelewają kasę, działają jako wolontariusze?

Vika: Tego pierwszego dnia u Agi byłam trochę przestraszona. Przed wyjazdem mama ostrzegała: „Uważaj na siebie, ludzie są różni”. Nie powiedziała, że od razu sprzedadzą mnie na nerki, ale czułam jej niepokój.

Aga: Przyjechałyśmy jakoś po 15. W domu był Krzysztof, mój przyjaciel. Wniósł walizkę, przywitali się i Vika poszła spać. Widać było, że jest wykończona. Tu mała dygresja: Krzysztof ma działkę na Jasieniu i od lat jeździ tam karmić koty. Takie wolno bytujące. Stawia im budki na zimę, do weta z nimi jeździ. Kiedy więc Vika się obudziła, mówimy jej, że jedziemy nakarmić koty. Chyba nie bardzo zrozumiała, o co chodzi, ale powiedziała, że chce jechać z nami. No to ruszamy. Ale to marzec, o 19 już zmrok. Wjeżdżamy na te działki, pusto, ciemno… Jaką ona miała minę! Słówkiem jednak nie pisnęła, że się boi.

Vika: (z głośnym śmiechem) Tak było. Odetchnęłam, dopiero widząc te koty.

Czytaj też: Pociski lecą na głowy przez całą dobę. Tak się teraz żyje w Chersoniu

Bachajut

Po przyjeździe Vika codziennie siedzi w internecie, widzi, że w jej rodzinnych stronach ciągle bachajut (strzelają). Kuzyn nakręcił film – stoi na polu, tuż obok Nju-Jorku, a tam tylko śmigają pociski. Ziuuu, ziuuuu. Widzi, że sąsiednie domy poburzone. Jest bardzo zżyta z rodzicami, zwłaszcza z tatą. Godzinami rozmawia z nimi przez telefon. Tęskni. Ale przede wszystkim płacze, prosi, krzyczy, żeby tylko wyjechali. Aga to słyszy, codziennie rozmawia z Viką. Służy za powierniczkę i pogotowie emocjonalne.

Aga: Te wybuchy były naprawdę bardzo blisko miejsca, gdzie mieszkali jej rodzice. Kilka kilometrów od granicy wyznaczonej przez Rosję po 2014 r. Można by myśleć, że skoro już jesteśmy zaanektowani, to nikt tu strzelać nie będzie. Ich dom nie ma piwnicy, ale obok mieli taki garażowarsztat, podpiwniczony. I tam, kiedy nawalało, całymi dniami się ukrywali. Vika pokazywała mi zdjęcia: ściany obwieszone dywanami, dywany na podłodze, łóżko, agregat – działał, dopóki mieli paliwo. Potem zaczęły się przerwy w dostawie prądu i wody, ale mieli baniaki z wodą, do tego regały pełne weków.

Vika: Na początku wojny działał jeszcze jedyny sklepik we wsi. Był jednak problem z dostępem do gotówki. Mama jeździła więc 10 km do Torećka, gdzie był jeden bankomat (o banku zapomnij), kolejki stały godzinami. Ludzie ustalili między sobą górną granicę wypłat, żeby nie było, że ktoś bierze wszystko, a dla innych nie starczy. Wreszcie w czerwcu rodzice stamtąd wyjechali. Jako jedni z ostatnich. Bardzo długo musiałam ich do tego namawiać. Spakowali wszystko, łącznie z kurami i królikami, i przenieśli się na wieś w okolice Kramatorska (wschodnia Ukraina), do rodziców mojego chłopaka. Tam jest spokojniej. Raz była rakieta, trafiła w prokuraturę. Dom w Nju-Jorku (za zgodą taty) na jakiś czas zajęła armia ukraińska – wojskowe siły medyczne. Teraz nie ma już tam nikogo ze znajomych. Wszyscy wyjechali. Domy poburzone. Nie wiem nawet, czy nasz jeszcze stoi.

Mówisz, że od zajęcia Doniecka zdążyłaś się przyzwyczaić do wystrzałów. Jak pamiętasz tamten rok?
Vika: Miałam 17 lat i mnóstwo planów. Chciałam studiować w Doniecku, bardzo lubiłam to miasto. Wszystkie moje marzenia się z nim wiązały. Kiedy po 2014 r. musiałam zmienić kierunek na Charków, nienawidziłam go. To nie była moja decyzja. Wiele osób, w tym moje siostry, wyjechało z Doniecka, nie chciało tam żyć. Zostali ci, co chcieli aneksji, którym to pasowało: Rosjanie, popierający ich Ukraińcy, ci, co prowadzą biznes. Dla wschodniej Ukrainy Rosja nigdy nie była wrogiem. Nawet rozmawiamy po rosyjsku. Starsi ludzie mówią surżykiem, mieszanką ukraińskiego i rosyjskiego. U mnie w domu zawsze mówiło się po rosyjsku. W szkole też, choć wszystkie lekcje były po ukraińsku. Na studiach tak samo. Nigdy nie byłam w zachodniej Ukrainie, choćby we Lwowie. Nie znałam innej rzeczywistości. Po aneksji na początku niewiele się zmieniło. Jak co dzień chodziło się do szkoły, pracy. I tak się mówiło się po rosyjsku, nikt nie musiał języka narzucać. Przez większość życia nie zastanawiałam się nad tym, po jakiemu mówię. Rosyjski, ukraiński – nie miało znaczenia, żaden problem. Do dziś lepiej piszę po ukraińsku, myślę po rosyjsku.

Aga: I właśnie o to miałyśmy raz ostrą wymianę zdań. Bo Vika z Katią nie rozmawiają między sobą po ukraińsku. Tylko rusek i rusek. I ja bardzo negatywnie na to zareagowałam. Wszystko się we mnie buntowało: dlaczego nadal mówicie po rosyjsku? W języku najeźdźcy, który bombarduje, morduje… Obie zareagowały bardzo emocjonalnie. Płaczem. Tłumaczyły, że to z domu, że u nich wszyscy tak mówią. Powiedziały jeszcze jedną ważną rzecz – że w 2014 r. państwo ukraińskie ich zostawiło. Odpuściło sobie wschód. Ludzie protestowali, wyszli na ulice, ale państwo ich zostawiło. Wiadomo, że to był inny kraj niż dziś. Skorumpowany, chwiejny, jeszcze chwilę wcześniej rządził prezydent Janukowycz, człowiek Rosji. Z drugiej strony wschód zawsze był prorosyjski. Sami Ukraińcy tak mówią. Julia, moja znajoma ze Lwowa, która od kilku lat mieszka w Gdańsku i bardzo pielęgnuje mowę ukraińską, kilka razy radykalnie oznajmiła, że we wschodniej części to sami Ruscy, nie Ukraińcy. Że to w ogóle nie jest Ukraina.

Czytaj też: Kijów. Dramat, zimno i ciemno. Karierę robi sformułowanie „plan B”

Vera i AgaArch. pryw.Vera i Aga

Dziewczyna ma być ładna, a chłopak mądry

Rozmawiamy w listopadzie, Vika mieszka w Gdańsku już osiem miesięcy. Jak spędziła ten czas?
Vika: Pierwsze cztery miesiące przepłakałam. Zamartwiałam się o rodzinę, ciągle śledziłam wojnę w internecie. W lipcu pojechałam do rodziców pod Kramatorsk na dziesięć dni. Zobaczyłam ich po raz pierwszy od wyjazdu. Przekonałam się, że jakoś sobie radzą, są zdrowi, w miarę bezpieczni. Uspokoiłam się. Tam żyje się z dnia na dzień. Skupia na tym, co teraz. Jeśli dziś jest spokój i słońce, cieszmy się. Co będzie jutro, zobaczymy jutro. Nie ma co wybiegać myślą naprzód.

Aga: Dużo paczek im wysłała. I jedzenie (suche), i ubrania, kosmetyki. Sama zresztą też dużo rzeczy dostała – od naszych znajomych, od ludzi ode mnie z pracy – mnóstwo ubrań w świetnym stanie. Przyjechała przecież w zimie z jedną walizką. Ludzie bardzo chętnie się dzielili – wszystko było wyprane, wyprasowane, żadnego chłamu. Robiłyśmy też paczki, które zanosiłyśmy do sklepu charytatywnego na de Gaulle′a.

Ty też pracujesz?
Vika: Tak. W biurze rachunkowym, tam gdzie siostra Agnieszki.

Aga: Zadzwoniłam do niej, że jest Vika, że szuka jakiegoś zajęcia. Owszem, dziewczyna wtedy jeszcze ni w ząb po polsku i żadnego doświadczenia, ale do roboty się rwała. Szef siostry, srogi, poglądowo na drugim biegunie, ale od razu się zgodził. I Vika została pomocą w biurze – segreguje i układa dokumenty, obsługuje niszczarkę, wklepuje dane do komputera… Stopniowo coraz więcej robi.

Vika: Mam fajny zespół. Koleżanki super mnie przyjęły.

Agą: Dodatkowo sprząta u mojej Pauliny w studiu tatuażu. Choć najbardziej chciała pracować w McDonaldzie jako hostessa – dodaje Aga ze śmiechem.

Z jednej strony ją to bawi, z drugiej wkurza. Bo Vika czasem wyjeżdża z takimi tekstami, że trudno zdzierżyć. Zwłaszcza że Aga z wiekiem staje się coraz bardziej radykalna: choć pracuje jako urzędniczka, blisko jej do anarchii i punk rocka. Kiedy więc Vika oznajmiła, że chciałaby być hostessą w Macu (w Ukrainie jest, czy też było przed wojną, takie stanowisko – dziewczyna z uśmiechem wita klientów w drzwiach, pyta, czy podać keczup, czy wodę, kieruje do stolika), w Agnieszce krew zawrzała. „To po co kończyłaś studia? Co to za ambicja? Twój chłopak pracuje w sądzie, rozwija się, ma plany, a ty?”. Rozgorzała dyskusja, Vika dalej swoje. Na to Aga: „Stać cię na więcej, jesteś inteligentna, samodzielna. Żadna praca nie hańbi, jasne, ale rozwijaj się, dziewczyno, myśl o przyszłości”. Innym razem Vika rzuciła: „Dziewczyna ma być ładna, a chłopak mądry”. Agnieszce ręce opadły. „Brawo, witamy w XIX w. Teraz jesteś ładna, ale co będzie za ileś tam lat? Studiowałaś prawo, a najważniejsza jest uroda?”.

Aga: I tak często. Ona coś powie, ja zareaguję, rozmowy ciągną się nam godzinami. Bo jak zostawić bez reakcji zdanie, że ateiści nie mają problemów z mordowaniem ludzi? „W takim razie u nas już nie żyjesz” – odpowiedziałam. Z drugiej strony Vika jest ciekawa świata, nie zamyka się, aktywnie działa w wolontariacie. Ja z kolei czuję się za nią odpowiedzialna, nie chcę, żeby z bagażem typu: „dziewczyna ma być ładna, a chłopak mądry”, w świat poleciała.

Vika głośno się śmieje: Ja też bardzo lubię te nasze rozmowy. Trochę inaczej zaczynam patrzeć na różne sprawy. A przy okazji uczę się polskiego. Krzysztof zawsze mnie poprawia. Na przykład że nie mówi się „ja była, ja przyszła”, tylko „byłam, przyszłam”. Uczę się nie tylko tutaj, chodzę też na kurs w domu sąsiedzkim na Morenie.

Aga: I nie zawsze gadamy tak serio. W marcu zrobiliśmy Vice 25. urodziny. Ale impreza była! Ponad dziesięć osób, tort niespodzianka, prezenty...

To było święto, a jak wygląda twój zwykły dzień?
Vika: Praca, wolontariat we wspomnianym domu sąsiedzkim – prowadzę tam zajęcia twórcze z dziećmi, i polskimi, i ukraińskimi. Nie lubię siedzieć w domu, lubię latać. Chodzimy z Katią: a to na koncert dla Ukrainców, a to na wystawy – podobał nam się np. przegląd prac młodych twórców z Ukrainy w sopockim PGS. Chodzimy do muzeów – wiem już, kiedy w którym jest dzień darmowego wstępu. Byłyśmy też na polskim filmie „Johnny”. Wykorzystałyśmy to, że latem komunikacja dla uchodźców była darmowa, i pojechałyśmy do Warszawy, do Krakowa. A razem z Agą byłyśmy w Malborku. Bardzo lubię zamki i pałace, zwiedzam je bardzo dokładnie. Ale najbardziej podobało nam się nad morzem. Czasem coś ugotuję. Moja specjalizacja to naleśniki, tort niezbyt się udał – śmieją się obie.

Wschodni akcent? Oferta już nieaktualna

Problemy?
Vika: Wiem, że gdy się odezwę, wszyscy od razu wiedzą, że jestem z innego kraju. Raz czy dwa słyszałam niefajne komentarze. Stałam z Katią na przystanku, było bardzo zimno. Kawałek dalej stała dziewczyna w krótkiej sukience. Katia mówi do mnie: „Zobacz, jak jej nie zimno?”. Tamta się odwraca: „A gówno was to obchodzi” czy coś w tym stylu. Ale może nie chodziło o to, że jesteśmy z Ukrainy, równie dobrze mogła tak odpowiedzieć Polkom. Drugi raz, gdy jechałam autobusem (w tym czasie uchodźcy z Ukrainy mieli prawo do bezpłatnych przejazdów), jeden Polak krytykował, że my za darmo, a on musi płacić za bilet. Wtedy jedna kobieta mu odpowiedziała: „Tak? Wolisz mieć wojnę w kraju?”.

Aga: No i jest problem z wynajęciem mieszkania dla osób ze wschodnim akcentem. I to nie od dziś. Tu małe wyjaśnienie: w 2015 czy 2016 r. trafiłam do gdańskiego Centrum Wsparcia Imigrantów, szukali ludzi uczących polskiego. Nie trzeba było być nauczycielem z papierem, wystarczył kurs. Świetna przygoda, bo lubię uczyć – może niekoniecznie małe dzieci, ale liceum czy dorośli to super. Zresztą kiedyś, zaraz po studiach (politologia na UG), pracowałam jako „pani od anglika” i WOS. Zajęcia prowadziłam w Europejskim Centrum Solidarności. Przez trzy miesiące dwa razy w tygodniu po trzy godziny. Sporo. Podchodziłam do tego poważnie – trzeba było się starać, bo kursanci, głównie Ukraińcy i Białorusini, przychodzili po pracy. Babki z jakichś lidlów, faceci np. ze stoczni. Zajęcia nie mogły być nudne, żeby nie zasnęli. Wśród uczniów było młode małżeństwo z Ukrainy, Julia i Włodek.

Zaprzyjaźniliśmy się. On pracował najpierw w stoczni jachtowej w Gdańsku, potem założył własną firmę, zatrudnia Ukrainców. Powiodło im się. Jak wybuchła wojna, przyjechała do nich rodzina, kilka osób. Po jakimś czasie chcieli dla nich wynająć mieszkanie. Julia bardzo dobrze mówi po polsku, choć z zaśpiewem, on też nieźle, oboje mają polskie obywatelstwo. Ale gdy dzwoniła w sprawie ofert wynajmu, nikt z nią nie chciał gadać. Albo momentalnie podnosił opłaty, dodawał zaliczkę za ileś miesięcy. Najczęściej jednak słyszała: „Ogłoszenie nieaktualne, już wynajęte”. Natomiast gdy ja dzwoniłam zaraz po niej, okazywało się, że „oczywiście, nie ma sprawy, kiedy chce pani obejrzeć mieszkanie?”. Ostatecznie nie udało mi się pomóc – były wakacje, królował najem krótkoterminowy. Vika może tu mieszkać, jak długo potrzebuje. Ale pracuje, zarabia, może za jakiś czas będzie chciała coś wynająć, np. wspólnie z Katią?

Vika: Teraz już wiem, że trzeba szukać kogoś z Ukrainy, kto pracuje w biurze nieruchomości. Wtedy jest szansa.

Czytaj też: Jak Rosjanie widzą tę wojnę? Moskwa nie wierzy łzom

Jak poza tym postrzegasz Polaków?
Vika: Ludzie wydają się tu szczęśliwi. 50-, 60-latkowie częściej się uśmiechają.

Serio? Polacy?
Vika: Tak.

Aga: Z perspektywy kogoś, kto przyjechał z kraju, gdzie toczy się wojna, a wcześniej część państwa została bezprawnie zajęta, możemy się wydawać szczęśliwi. Chociaż ja bym tego o nas nie powiedziała. Zwykle mam wrażenie, że widzę same smutne twarze. Albo wściekłe. Z drugiej strony powodów do smutku czy gniewu tu nie brakuje.

Vika: Ale miałam też dobre sytuacje. Mnóstwo! W sklepie miło rozmawiam z panią, co pracuje na kasie, spotykam pomocnych ludzi.

A inni Ukraińcy? Trzymacie się razem?
Vika: Nie wiem... Spotykam się z Katią. Chyba ludzie nie mają czasu. Pracują. Mają dzieci, starsze mamy. Katia też dużo pracuje. Planuje tu zostać, więc ciągle się szkoli. Robi kursy z marketingu, angielskiego, była na stażu w LPP. A ja chciałabym wrócić do Ukrainy. Tam jest mój kraj. Mamy takie przysłowie: wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Jak wojna się skończy, chciałabym kupić mieszkanie w Charkowie, samochód. Nigdy nie marzyłam o emigracji na stałe.

Wywiad powstał w ramach Stypendium Kulturalnego Miasta Gdańska 2022.

Podkast: Ile jeszcze potrwa wojna w Ukrainie? Mówi Michał Fiszer

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Fotoreportaże

Jaki sens szycia? Mamy w Polsce mistrzów, uczniów brak

Krawiectwo miarowe odradza się powoli, bo i powoli rośnie społeczna chęć podkreślenia ubiorem statusu, aspiracji oraz zwykłej satysfakcji z własnego wyglądu. Coraz mniejsze grono mistrzów ma pełne ręce roboty, a następców nie widać.

Marcin Piątek
05.02.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną