Francuzi protestują, broniąc portfela, nie konstytucji
Polscy publicyści sympatyzujący z PiS przyjmują francuskie protesty z satysfakcją. Tyle że w przeciwieństwie do Polaków Francuzi nie mają potrzeby protestowania w obronie niezależności sądownictwa czy demokracji.
Protest tzw. ruchu żółtych koszulek w Paryżu
Christophe Petit Tesson/Forum

Protest tzw. ruchu żółtych koszulek w Paryżu

Trzecią niedzielę z rzędu przez Paryż przetacza się potężna manifestacja przeciw polityce cenowej rządu prezydenta Emmanuela Macrona. Na początku w proteście uczestniczyło ok. 300 tys. osób, w ostatni weekend – 130 tys. Co tydzień dochodzi do zamieszek i mają miejsce akty wandalizmu. W niedzielę została zniszczona ikona rewolucji francuskiej – statuetka Marianne znajdująca się wewnątrz Łuku Triumfalnego. Piękne Avenue Kleber łączące Trocadéro z pomnikiem wygląda jak krajobraz po bitwie. Aresztowano ok. 600 osób, jest ok. stu rannych, jeden człowiek zginął w wypadku samochodowym. Obrazki z Paryża mają aurę już prawie rewolucyjną.

Unia interweniowała w polskiej sprawie, we francuskiej już nie

Polscy publicyści sympatyzujący z PiS przyjmują francuskie protesty z jawną wręcz satysfakcją. Emmanuel Macron, otwarty krytyk rządów w Warszawie i Budapeszcie, do ulubieńców naszej prawicy nie należy. Cieszą ją jego kłopoty wewnętrzne i osłabienie. W prasie pojawia się też zarzut o nierówne traktowanie Polski i Francji, na co – jak wiadomo – polska opinia publiczna jest szczególnie wyczulona. Wskazuje się, że rodzime manifestacje w obronie Sądu Najwyższego miały poparcie Komisji Europejskiej i większości państw członkowskich UE, tymczasem dużo brutalniejsze i gwałtowniejsze protesty w Paryżu uznaje się za wewnętrzną sprawę tego kraju. Prawicowy publicysta „Do Rzeczy” Marcin Makowski widzi tu „podwójne standardy”.

Francuzi bronią swoich praw socjalnych

Argument prawicowej prasy opiera się na zwykłym nieporozumieniu albo na politycznie motywowanej złej woli. Francuzi protestują nagminnie i masowo, ale prawie wyłącznie z przyczyn socjalnych. Ostatnie demonstracje o podłożu politycznym miały tu miejsce 50 lat temu – w 1968 r. – a ich genezą była rewolta studencka. Dziś Francuzi twardo bronią swoich przywilejów socjalnych, w obronie których albo wychodzą na ulice, albo wspierają protestujących.

Niedzielne manifestacje są wymierzone w podwyżki cen paliw, szczególnie oleju napędowego, który jako nieekologiczny ma zdrożeć o ok. 20 proc. Protestujący są nazywani „ruchem żółtych kamizelek”, odblaskowych kamizelek, w które według prawa winni być wyposażeni kierowcy ciężarówek. Grupa ta najbardziej ucierpi na podwyżkach. Niestety do ruchu przykleiła się podparyska chuliganeria, która nie traci okazji do rozróby, rabunków, niszczeniem mienia, w tym samochodów. To dlatego protesty są bardziej rujnujące dla miasta niż poprzednie.

Czytaj także: Macron słabnie, a co gorsza opuszcza go polityczny przyjaciel

Głos francuskiej ulicy niczym czwarta władza kraju

Nie ulega wątpliwości, że protesty socjalne to jeden z aspektów życia we Francji. Mieszkaniec Paryża jest przyzwyczajony, że parę razy w roku będzie mu trudno dotrzeć do pracy ze względu na strajk komunikacji miejskiej albo z powodu innej większej manifestacji blokującej centrum miasta. Pracodawcy z góry zakładają, że dni pracujących w roku będzie mniej, niż ustawa przewiduje. Od ponad 20 lat nie zdarzył się w Paryżu nawet jeden rok bez protestów i demonstracji ulicznych.

Głos ulicy jest traktowany we Francji bardzo poważnie, prawie jak czwarta władza. Jeśli protesty socjalne trwają wystarczająco długo, mogą doprowadzić do odwołania ministrów, a nawet do wymiany całego rządu. Działo się tak za czasów prezydentury Jacques′a Chiraca i Nicolasa Sarkozy′ego. Może się tak zdarzyć i tym razem. Prawie zawsze w wyniku długotrwałych protestów rządy wycofują się z zapowiedzianych reform. Konsekwencją tego stanu rzeczy jest utrzymywanie niezwykle rozbudowanego systemu socjalnego, ogromnie kosztownego dla państwa.

Czytaj także: Co prezydent Francji proponuje Unii Europejskiej

Francuzi nie muszą protestować w obronie konstytucji

W przeciwieństwie do Polaków Francuzi nie mają potrzeby protestowania w obronie niezależności sądownictwa i konstytucji, przyjętej, tak jak w Polsce, w drodze narodowego referendum. Protesty we Francji mogą jeszcze długo trwać i mieć podobnie gwałtowny charakter. Rząd albo wycofa się z podwyżek, albo wprowadzi stan wyjątkowy, co czyniono parokrotnie w reakcji na zamachy terrorystyczne. Nie zmienia to faktu, że czym innym jest protest w obronie demokracji, a czym innym protest w obronie ceny oleju napędowego.

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj