Świat

Rosjanie zamieszani w protest żółtych kamizelek?

Rosjanie zamieszani w protest żółtych kamizelek?

Protest żółtych kamizelek w Paryżu Protest żółtych kamizelek w Paryżu Bardell Andreas/Aftonbladet / Forum
Doniesienia o możliwym zaangażowaniu Rosjan w podżeganie do protestów żółtych kamizelek na nowo wyostrzyły pytania, jak dużą siłę może mieć propagandowa broń Kremla w Europie. Ale też jak uchronić się przed bagatelizowaniem społecznych bolączek poprzez zrzucanie na Moskwę winy za niepokoje.

O kilkuset anonimowych profilach w mediach społecznościowych, za których pomocą rosyjskie trolle mogą rozpowszechniać treści eskalujące napięcia we Francji (zwykle z hasztagiem #giletsjaunes), donosiły ostatnio brytyjski dziennik „The Times” i agencja Bloomberg. Pytany o to przez dziennikarzy minister obrony Jean-Yves Le Drian odparł, że władze przyglądają się tej kwestii. Temat udziału rosyjskich trolli w podsycaniu demonstracji żółtych kamizelek przynajmniej na razie robi największą karierę nie w Paryżu, lecz w mediach poza Francją.

Czytaj także: Francuzi protestują, broniąc portfela, nie konstytucji

Media podkręcają klimat protestów we Francji

Wydaje się oczywiste, że protesty wybuchły we Francji nie z powodu rosyjskiego podżegania. I nie dzięki Rosjanom przybrały bardzo „współczesną” formę – bez jasnego przywództwa, z amalgamatem postulatów zaczerpniętych od skrajnej prawicy i lewicy i z ogromną niechęcią do podporządkowania się czy też „skanalizowania” przez partie polityczne. Także nie Rosjanie, lecz po prostu ogromne osłabienie klasycznego porządku informacyjnego sprawiło, że nawet tradycyjne media (głównie telewizje) przedstawiają pod hasłami „Paryż płonie” protesty jak na Francję niezbyt liczne, bo ostatnio gromadzące w stolicy po kilka tysięcy ludzi.

Jednocześnie i bez nadzwyczajnych narzędzi analitycznych widać, że prokremlowskie media – i tradycyjne, i społecznościowe, i skierowanie do Rosjan, i nastawione na Francuzów czy publikę zagraniczną – szalenie podkręcają temat ulicznych zamieszek we Francji. I nie ma też specjalnych powodów, by wątpić w wiadomości o sporym manipulacyjnym zaangażowaniu trolli powiązanych z Rosją. Można podejrzewać, że Rosjanie – podobnie jak w przypadku kampanii przed referendum brexitowym czy eskalacji sporu o niepodległość Katalonii – nie wywoławszy problemu, usiłują go zręcznie potęgować, utrudniać zażegnanie zamieszek, zawarcie kompromisu. Jak bardzo są w tym skuteczni?

Co ma Rosja do żółtych kamizelek?

Amerykańskie media do dziś spierają się, czy naprawdę ściśle targetowane, czyli skrojone pod poszczególnych odbiorców działania w mediach społecznościowych, mogły zaważyć na wynikach wyborów prezydenckich. Brytyjczycy zastanawiają się, na ile dezinformacyjne kampanie internetowe mogły zaważyć na wyniku referendum o wyjściu z UE. Natomiast władze francuskie, jak przynajmniej wynika z nieoficjalnych informacji, są jak dotąd przekonane, że działania Rosjan w przypadku protestów żółtych kamizelek (ograniczonych liczebnie, lecz cieszących się dużym poparciem sondażowym) mają znaczenie wybitnie peryferyjne.

Paryża nie sposób posądzić o naiwność w kwestii informacyjnego oręża Rosjan. Zarówno francuskie służby, jak i sztab Emmanuela Macrona dobrze poradziły sobie z rosyjskimi kampaniami dezinformacyjnymi podczas wyborów z 2017 r. Mimo to Francuzi teraz chyba obawiają się, że zbyt gorliwe (a zwłaszcza pochopne) publiczne oskarżanie Rosjan może tylko spotęgować gniew manifestantów, którzy chcą uchodzić nie za tłum manipulowany z zagranicy, lecz za wyrazicieli prawowitego społecznego buntu.

East StratCom i rosyjskie fałszywki

Podobne dylematy to powód sporów przy rozwoju struktur UE odpowiedzialnych za skoordynowaną walkę z dezinformacją. Wiele krajów byłego bloku radzieckiego prze teraz do szeroko zakrojonych i śmiałych działań demaskatorskich i „kontrpropagandowych” wymierzonych w Moskwę. Natomiast rządy z europejskiego Zachodu, również pod naciskiem własnych parlamentów, dmuchają na zimne i wzywają do ostrożności. Nawet kontrowersyjne i np. antyunijne treści nie muszą być bowiem wynikiem manipulacji rosyjskich trolli, lecz przecież dopuszczalnej w demokracji i debacie publicznej głupoty.

Najdrastyczniejszą formę ta dyskusja przyjęła w Holandii, gdzie w lutym jeden mainstreamowy dziennik regionalny oraz dwa eurosceptyczne portale postanowiły sądownie zmusić Komisję Europejską do wykreślenia ich z biuletynu unijnego ośrodka East StratCom wskazującego, że bezkrytycznie połknęły kremlowską propagandę. Chodziło m.in. o twierdzenia, że Rosja nie ma nic wspólnego z zestrzeleniem samolotu pasażerskiego nad Donbasem w 2014 r. oraz o rzekomych wielkich wpływach faszystów w Kijowie. Procesu udało się uniknąć, bo – ku niezadowoleniu m.in. polskich dyplomatów – East StratCom sam usunął swoje wpisy, które były powodem pozwu. Mimo to holenderski parlament wezwał rząd Marka Ruttego, by starał się w Brukseli o zakończenie prac East StratCom w zakresie wytykania domniemanych rosyjskich fałszywek w mediach.

Czytaj także: Jak rosyjskie trolle destabilizują świat

Jak walczyć z dezinformacją?

Czy możliwe są zatem skuteczne działania UE w walce z atakami dezinformacyjnymi? Państwa tak duże i mające tak sprawne służby jak Francja zapewne sobie poradzą, ale unijna współpraca jest pilnie potrzebna głównie mniejszym i słabszym. Wydaje się, że dużo pomógłby pierwszy, stosunkowo mało kontrowersyjny i już zaproponowany przez Brukselę krok, czyli żmudne przenoszenie do sieci reguł ze świata offline dotyczących mediów i uczestników kampanii wyborczych (przejrzystość finansowania kampanii, autorów materiałów itd.).

To również na użytek zwykłych odbiorców demaskowałoby pseudodziennikarstwo obywatelskie jako np. operacje kremlowskiej fabryki trolli.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Ukraińska kelnerka o swojej pracy w polskich hotelach

Kobiety traktują nas jak powietrze, mężczyźni często proponują nam seks, a dzieci uważają za służące, którym nie należy się szacunek – opowiada Ukrainka, która od czterech lat pracuje na polskim wybrzeżu.

Katarzyna Zdanowicz
17.07.2019
Reklama