„Zamkniętego” rządu w USA już nawet republikanie mają dość
Parki narodowe są zamknięte, muzea i narodowe ZOO są nieczynne. Część osób musi znaleźć dorywczą pracę, żeby przetrwać, i nawet republikanie zaczynają się zastanawiać, czy było warto.
Port lotniczy Atlanta–Hartsfield-Jackson
Forum

Port lotniczy Atlanta–Hartsfield-Jackson

Zaczęło się od ultimatum, które Donald Trump dał demokratom – prezydent nie podpisze budżetu, zanim nie dostanie 5 mld dol. na mur z Meksykiem. Mur to jedna z jego kluczowych obietnic wyborczych. Bez budżetu rząd nie funkcjonuje, a zamknięty rząd ideologicznie boli demokratów bardziej niż republikanów. Tymczasem okazuje się, że Partia Demokratyczna, która właśnie przejęła władzę nad Izbą Reprezentantów, zaparła się (nomen omen) murem, a wyborcy za paraliż rządu winią prezydenta.

„Zamknięcie rządu” to nic nowego w amerykańskiej polityce

Pierwsze dni, gdy rząd jest nieczynny, są nawet zabawne. Część pracowników federalnych i tak normalnie pracuje, niby bezpłatnie, ale brak wypłaty odczują dopiero za miesiąc, kiedy rząd na pewno będzie już otwarty. Ostatecznie rząd zamknięto za prezydentury Baracka Obamy (16 dni), za Billa Clintona (21 dni), a za prezydentury Cartera nawet pięć razy (najdłużej na 17 dni). Ale Trump najwyraźniej postawił sobie za cel pobić rekord. Przyszły święta, a następnie klasyczne waszyngtońskie „śnieżne dni”, gdy rząd i tak często jest zamknięty, bo ostatecznie tu, „na południu”, kierowcy kiepsko sobie radzą ze śniegiem.

Czytaj także: Shutdown w USA trwa już rekordowo długo

Ale pod koniec stycznia, gdy stało się jasne, że Trump zafundował nam najdłuższy paraliż rządu w historii Ameryki, już nikt się nie śmieje. Ludzie w końcu przestali dostawać wypłaty. Parki narodowe są zamknięte, muzea i narodowe ZOO są nieczynne (nie działa nawet internetowa kamera, za pomocą której mieszkańcy stolicy mogli oglądać chlubę tutejszego muzeum – waszyngtońskie pandy). Pracownicy federalni mogą liczyć na to, że prędzej czy później dostaną zaległe pieniędzy, ale nie dotyczy to setek kontraktorów, którzy utrzymują się z pracy dla rządu.

Część osób musi znaleźć dorywczą pracę, żeby przetrwać, i nawet republikanie zaczynają się zastanawiać, czy było warto.

Paraliż dotyczy dziewięciu departamentów

W rzeczywistości rząd nie funkcjonuje tylko częściowo, bo większość jego instytucji ma budżet zatwierdzony do września. Paraliż dotyczy dziewięciu departamentów, m.in. spraw wewnętrznych, transportu i rolnictwa. 800 tys. pracowników federalnych jest na zwolnieniu, połowa z nich traktowana jest jako pracownicy „niezbędni”, i ci chodzą do pracy bez wypłaty (w USA zwykle wypłata jest co dwa tygodnie). Sparaliżowany jest IRS Urząd Podatkowy, odpowiedzialny za rozliczenie podatkowe (sezon podatkowy już się zaczyna, rząd zapewnia, że IRS będzie kontynuować pracę nawet bez wypłat).

Food and Drug Administration (FDA) nie ma funduszy, żeby kontrolować bezpieczeństwo produktów spożywczych. Pracownicy ochrony lotnisk i kontrolerzy ruchu powietrznego nie dostają wypłat i przestają stawiać się w pracy. Niektórzy spekulują, że dopiero gdy oni zaczną strajk i Amerykanie nie będą mogli latać, politycy zaczną szukać kompromisu.

Czytaj także: Triumfalny powrót Nancy Pelosi

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj