Świat

Jak Kubańczycy walczą o dostęp do internetu

Typowym obrazkiem dzisiejszej Hawany czy Cienfuegos są place, skwery i parki, na których gromadzą się setki ludzi, liczących na złapanie połączenia z internetem. Typowym obrazkiem dzisiejszej Hawany czy Cienfuegos są place, skwery i parki, na których gromadzą się setki ludzi, liczących na złapanie połączenia z internetem. Alexandre Meneghini / Forum
Mimo uruchomienia na wyspie dostępu do sieci 3G komunistyczne władze wciąż w pełni kontrolują przepływ informacji. Używają do tego najprostszej metody – zaporowych cen.

Yoani Sánchez, kubańska dziennikarka opozycyjna i jedna z najbardziej znanych krytyczek reżimu, opublikowała na Twitterze zdjęcie, które doskonale oddaje codzienną walkę mieszkańców Hawany o dostęp do internetu. Na fotografii widać jej iPhone’a, przymocowanego do okna w mieszkaniu za pomocą prowizorycznej konstrukcji z taśmy klejącej, kawałków drewna i plastiku.

Razem tworzą kieszeń, w którą na stałe wsunięty jest telefon dziennikarki. Jak wyjaśnia Sánchez, tylko w ten sposób może połączyć się z bezprzewodowym internetem – zasięg jest tak słaby, że w głębi mieszkania traci się go momentalnie. Chcąc więc mieć ciągły dostęp, trzeba stać przy oknie, ewentualnie na balkonie.

Czytaj także: Kuba racjonuje żywność

Kubańczyków nie stać na internet

Tak w praktyce wygląda liberalizacja dostępu do internetu, którą rząd prezydenta Miguela Diaza-Canela obiecał jeszcze w grudniu ubiegłego roku. Teoretycznie Kubańczycy mogą łączyć się z siecią za pomocą telefonów komórkowych, jednak dla wielu pozostaje to nieosiągalnym przywilejem lub – w najlepszym razie – dobrem luksusowym.

W kraju wciąż istnieje tylko jeden operator telekomunikacyjny – państwowa spółka ETECSA. Jej oferta produktowa ma jednak niewiele wspólnego z technicznymi gigantami, których znamy z krajów rozwiniętych. ETECSA jest nie tylko monopolistą, jeśli chodzi o sygnał telefoniczny, ale też jedynym dystrybutorem dostępu do sieci.

Aby zalogować się do internetu na Kubie, należy wejść do miejscowego odpowiednika salonu telefonii komórkowej, czyli tzw. agencji telekomunikacyjnej. Tam po podaniu danych osobowych można kupić zdrapkę z kodem dostępu. Po podłączeniu się do sieci ETECSA trafia się na stronę startową wymagającą logowania – do tego właśnie służy kod. Jedna zdrapka umożliwia przeglądanie i tak dość ograniczonej liczby stron internetowych zaledwie przez 10 minut. Jej cena jest zabójcza – to równowartość od jednego do trzech dolarów amerykańskich.

Obywatele Kuby mogą założyć permanentne konta w serwisie ETECSA i doładowywać je zdrapkami, ale to dla większości poza zasięgiem finansowym. Internet na wyspie jest dobrem luksusowym. Paczka ok. 500 MB kosztuje równowartość 90 proc. minimalnego wynagrodzenia.

Czytaj także: Nowa kubańska konstytucja cementuje stary porządek

Dostęp do sieci – tak, ale kontrolowany

Dlatego kolejne zapowiedzi liberalizacji polityki telekomunikacyjnej na wyspie przyjmować należy z dużą ostrożnością. Rząd zapowiedział w maju, że do końca lipca zalegalizuje funkcjonowanie prywatnych sieci Wi-Fi. Legalne wówczas stanie się też importowanie sprzętu telekomunikacyjnego, w tym zakazanych zagranicznych routerów.

Na pierwszy rzut oka zmiana może zrewolucjonizować obieg informacji na Kubie. Do tej pory sieć 3G była wprawdzie dostępna, ale jej zasięg pokrywał znikome części dużych miast, a w interiorze wyspy w ogóle go nie było. Dlatego typowym obrazkiem dzisiejszej Hawany czy Cienfuegos były place, skwery i parki, na których gromadziły się setki ludzi, liczących na złapanie połączenia z internetem. Wewnątrz budynków nie ma na to szans – sygnał jest zbyt słaby, żeby przeniknąć przez mury.

Po zalegalizowaniu prywatnych sieci Wi-Fi sytuacja może ulec zmianie. Ale nie musi. Sprowadzony spoza wyspy sprzęt zapewne wzmocni sygnał telekomunikacyjny, jednak nie rozbije państwowego monopolu kontrolującego treści i ceny. Zgodnie z nowym prawem Kubańczycy nie będą też mogli na udostępnianiu internetu zarabiać. Dlatego, przynajmniej w teorii, nie powstaną tam kafejki internetowe.

Czytaj także: Kuba po rewolucji

Szara strefa i cenzura

W praktyce przepis może okazać się kompletnie wirtualny. Już teraz na wyspie istnieje szara strefa. Rozwija się zwłaszcza wokół hoteli dla zagranicznych turystów, gdzie internet jest nieco szybszy i przede wszystkim tańszy, czasami nawet darmowy. Obiekty te operują dzięki specjalnym licencjom. Rządowi to na rękę, bo klienci płacą w obcej walucie albo w zrównanym kursem do amerykańskiego dolara sztucznym pieniądzu dla obcokrajowców, tzw. CUC.

Powszechnym zjawiskiem jest handlowanie dostępem do hotelowych sieci przez obsługę tych obiektów – udostępniają połączenie lepszej jakości, oczywiście z odpowiednią przebitką. Podobnie będzie zapewne z właścicielami prywatnych sieci Wi-Fi. Zgodnie z prawem na połączeniach zarabiać nie będą mogli, ale liberalizacja przepisów najprawdopodobniej poszerzy tylko czarny rynek.

O prawdziwie wolnym dostępie do internetu na Kubie mówić będzie można dopiero wtedy, gdy rząd straci monopol na przekazywanie treści. W tej chwili nadal blokuje dysydenckie portale informacyjne i blogi, regularnie też wstrzymuje dostęp do platform społecznościowych. Powszechność cenzury najlepiej obrazuje fakt, że wśród krytyków rządu wciąż dominuje metoda dzielenia się informacjami poprzez przekazywanie sobie na nośnikach pamięci USB tekstów opozycyjnych.

Czytaj także: Kuba po Fidelu

Kuba pozornie reformowana

Pozorna reforma rynku telekomunikacyjnego ma być kolejnym krokiem w stronę zmiany wizerunku Kuby. Miguel Diaz-Canel stara się stworzyć wokół siebie aurę rozważnego reformatora, który chce wyspę wprowadzić w nowoczesność, nie poświęcając ideałów rewolucji. Jak na razie każdemu posunięciu naprzód towarzyszy krok w tył.

Niewiele zostało już ze zbliżenia ze Stanami Zjednoczonymi, o które w ostatnich latach prezydentury zabiegał Barack Obama. Rozczarowani brakiem inwestycji, zahamowanych przez Donalda Trumpa, kubańscy politycy coraz ostrzej wypowiadają się o amerykańskiej administracji. Wzajemnym relacjom nie pomaga też fakt, że oba kraje zajęły przeciwne pozycje w sprawie konfliktu w Wenezueli. W dodatku Amerykanie nie pozostają dłużni, nakładając nowe ograniczenia dla turystów chcących podróżować na Kubę. Od 4 czerwca na wyspie zatrzymywać się nie mogą amerykańskie statki wycieczkowe. To olbrzymi cios dla gospodarki, bo tylko od 1 stycznia w ten sposób Kubę odwiedziło prawie 150 tys. turystów z USA.

Jeśli dodać do tego przeciągającą się stagnację gospodarczą, problemy z dostawami paliwa i niektórych produktów spożywczych, dotychczas importowanych właśnie z Wenezueli, i brak silnych sojuszników na arenie międzynarodowej, widać od razu, że sam zapał do reform może nie wystarczyć. Kuba pozostaje silnie zakotwiczona w porządku świata zimnowojennego – świata, który już nie istnieje. I kotwicy tej nie podniesie na pewno za pomocą pozornych zmian.

Czytaj także: Internet. Wolność i własność

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną