Świat

Strzelano do nas kulami „Made in Poland”

Relacja z Mińska: strzelano do nas kulami „Made in Poland”

Oddziały milicji w Mińsku. Protesty po wyborach prezydenckich, 10 sierpnia 2020 r. Oddziały milicji w Mińsku. Protesty po wyborach prezydenckich, 10 sierpnia 2020 r. Natalia Fedosenko / TASS / Forum
Nie wiem, jak to możliwe, że dyktator rządzący krajem brutalnie od 26 lat i reżim, na który nakładamy sankcje, strzela do własnego społeczeństwa amunicją pochodzącą z Polski.

Pokojowy protest w Mińsku wyznaczony był na godz. 19 wokół pomnika Mińska-Miasta Bohatera na wielkim pl. Zwycięstwa. Milicja uniemożliwiła demonstrantom przybycie, otaczając plac i ulice tak, że żadne zgromadzenie nie mogło się tam odbyć. W tej sytuacji, zgodnie z instrukcją opozycji, ludzie mieli gromadzić się wokół głównych stacji metra, trzymać razem i tam demonstrować.

Około godz. 22–23 przy tych stacjach w kilku miejscach doszło do dławienia protestów. Widziałem dwa, o których chodziły na mieście pogłoski, że właśnie tam policja używa najwięcej przemocy, aczkolwiek wciąż nie mogę tego zweryfikować.

Czytaj też: Takiej mobilizacji na Białorusi jeszcze nie było

Szeregi OMON z długą bronią

Niedaleko centrum handlowego Riga powstała barykada, było tam ok. 5 tys. demonstrantów, a milicji początkowo wcale. Protest był w pełni pokojowy, kierowcy samochodów i autobusów stali w długim korku, wyrażali solidarność z protestem, pełno było biało-czerwono-białych flag, słychać było hasła „Żywie Bielarus'!”, rozmawiano. Nie było żadnej agresji ani żadnych aktów jakkolwiek chuligańskich.

Tam usłyszałem, że głównym teatrem wydarzeń jest metro Puszkinskaja położone dość daleko od centrum. Przeszedłem w jego kierunku 2–3 km, a potem zatrzymałem samochód – dziś w Mińsku to najlepszy sposób poruszania się, bo na hasło żurnalist iz Polszy każdy zawiezie cię wszędzie bez mrugnięcia okiem. Pojechałem w kierunku stacji trasą przypominającą labirynt, bo wiele ulic było poblokowanych przez policję. Dojechałem do długiego korka, który dochodził aż do stacji Puszkinskiej. Żeby do niej dotrzeć, trzeba było przejść 2 km wzdłuż sznura samochodów wraz z demonstrantami. Udało mi się dotrzeć do czoła demonstracji, ludzie stworzyli tam szyk, po drugiej stronie stały zwarte szeregi OMON. Co istotne, inaczej już wyglądające niż w czasie niedzielnych demonstracji. Tamci mieli tarcze i długie pałki, ci mieli broń długolufową.

Snyder: Łukaszenka może pójść drogą Jaruzelskiego

Białorusini na celowniku

Za nimi stało dużo wozów opancerzonych. Bardzo długo strzelali tylko pojedynczo, punktowo, np. w kierunku przystanku autobusowego, najprawdopodobniej nabojami hukowymi. Ze względu na akustykę miejsca, a więc otoczenie placu budynkami, powstawał szalenie głośny, niepokojący efekt. Wydawało się, że tak jak dzień wcześniej chodzi im o przestraszenie ludzi i wypchnięcie ich z placu, choć jednocześnie stale do tego miejsca dojeżdżały karetki.

W pewnym momencie, po około godzinie, bez żadnego ostrzeżenia OMON ruszył na demonstrantów. Dotychczas praktyka była taka, że rzucali granaty hukowe i rozbłyskowe, a potem poruszali się szykiem zwartym, zajmując kolejne części placu. Tym razem z zaskoczenia ruszyli sprintem, strzelając i biegnąc w stronę kilku tysięcy demonstrantów, którzy zaczęli uciekać. To wszystko działo się w terenie zabudowanym, gdzie po czterech stronach skrzyżowania są czteropiętrowe bloki – dość łatwo trafić tam człowieka, ale jeszcze łatwiej doprowadzić do paniki i sytuacji, kiedy tłum się może zacząć tratować.

Strzelali w trzech długich seriach do tłumu. Uciekając z innymi, zdołałem wejść wraz z dwiema spotkanymi na dole dziewczynami do ich mieszkania w jednym z bloków. Potem obserwowałem wydarzenia przez okno z trzeciego piętra. Widziałem cały czas punktowe rozbłyski wystrzałów. Potem, kiedy na miejscu zostały tylko pojedyncze osoby, grupy omonowców zaczęły chodzić pod naszym blokiem i strzelać do poszczególnych osób. Na swych strzelbach mieli zamontowane latarki, którymi namierzali cele, mierzyli też nimi po otwartych oknach. Na moich oczach trafili jednego motocyklistę, złapali też jedną dziewczynę – na szczęście niemal natychmiast ją wypuścili, pozwalając przejść do bloku. Z czasem słychać było coraz więcej karetek.

Czytaj też: Łukaszence puszczają nerwy

Polski rząd musi to wyjaśnić

W poniedziałek widać było, że służbom nie chodzi już o to, by po prostu zająć teren protestu czy uniemożliwić demonstrację, lecz żeby wśród demonstrantów byli ranni i poszkodowani. Żeby ich, krótko mówiąc, trafić, iluś pobić, do iluś strzelić. Po rozproszeniu demonstracji trwało przeczesywanie terenu osiedla i zapewne następnych, z premedytacją wyłapywano ludzi lub do nich strzelano. Zachowanie państwa przestało być defensywne, chodziło tu o przykładne ukaranie społeczeństwa, o trafienie tylu ludzi, ilu się da. Strzelali do nas jak do kaczek.

W nocy łusek na podwórku mogliśmy znaleźć dowolną liczbę, rano próbowano je posprzątać, mimo to kilka znalazłem. Ich zdjęcia i filmy wstawiam w miarę możliwości ominięcia blokady sieci na mojego Facebooka. Nie umiem dziś powiedzieć, czy pochodzą z gumowych, czy hukowych naboi, znalazłem kilka rodzajów. Wiem natomiast, że na białych łuskach jest napisane „Made in Poland”. Nie wiem, jak to możliwe, że dyktator rządzący krajem brutalnie od 26 lat i reżim, na który nakładamy sankcje, strzela do własnego społeczeństwa amunicją pochodzącą z Polski. Białorusinów, ale także zagranicznych dziennikarzy trafiano pociskami wyprodukowanymi m.in. w naszym kraju.

To sytuacja domagająca się natychmiastowego wyjaśnienia przez rząd. Polsce grozi międzynarodowa kompromitacja, ale jeszcze bardziej kompromitacja w oczach Białorusinów, którzy zbierają sobie z ulic łuski „Made in Poland”, w czasie gdy nasz szef MSZ czy prezydent wydają kolejne podniosłe oświadczenia.

Jan Hartman: Białoruś to my!

ŁuskiSławomir Sierakowski/PolitykaŁuski

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną