Książę Andrzej pozbawiony tytułu szlacheckiego. Tak się rozlicza przestępców seksualnych
Żeby zrozumieć pełną skalę i znaczenie tego wydarzenia, warto na chwilę przenieść się do świata wirtualnego. A dokładniej – do sekcji komentarzy w mediach społecznościowych, właściwie na dowolnej platformie, pod którymś z wpisów dotyczących działań administracji Donalda Trumpa. Bez względu na to, co akurat zdecydował, zrobił lub powiedział amerykański prezydent, jego krytycy w komentarzach nieustannie odnoszą się do jednej tylko rzeczy: dokumentów w sprawie Jeffreya Epsteina. Trump blisko przyjaźnił się z nieżyjącym już bankierem i seryjnym przestępcą seksualnym, nigdy nie publikując – wbrew swoim zapowiedziom kampanijnym – dokumentów Departamentu Sprawiedliwości dotyczących śledztwa w sprawie Epsteina oraz szczegółów jego samobójstwa w nowojorskim więzieniu. Choć od rozpoczęcia pierwszej fali oburzenia w ruchu MAGA spowodowanego biernością w sprawie Epsteina minęło już kilka miesięcy, ten temat jest cały czas nośny w elektoracie właściwie obu partii.
Czytaj też: Opowieść o złych i dobrych royalsach
Rozliczanie po brytyjsku
Tymczasem po drugiej stronie Atlantyku z koneksji z najgłośniejszym seksualnym drapieżcą ostatnich lat rozlicza się konkretnie, szybko i zdecydowanie – nawet jeśli są to rozliczenia trudne, bolesne, politycznie niewygodne. Jako pierwszy zainterweniował premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer, który 14 września zdymisjonował Petera Mandelsona z funkcji brytyjskiego ambasadora w Stanach Zjednoczonych. Już to było sporym problemem wizerunkowym, bo placówka w Waszyngtonie jest jedną z najbardziej prestiżowych, a Mandelson, były spin doktor czasów Tony’ego Blaira i Gordona Browna, został na nią wysłany ze względu na umiejętności poruszania się w świecie polityków zmieniających dyplomację w transakcje biznesowe. Trudno uwierzyć, że Starmer o związkach Mandelsona z Epsteinem nie wiedział – a tak się tłumaczył – bo nazwiska osób związanych ze słynnym biznesmenem, występującym także w roli sutenera, krążą w przestrzeni publicznej od lat.
Od początku tej afery najbardziej prominentną osobą, która znalazła się w tym gronie – nie licząc oczywiście Trumpa – był jednak książę Andrzej, brat obecnego brytyjskiego monarchy. Kontrowersje wokół jego znajomości z Epsteinem trwają już od prawie 15 lat, a Andrzej nie jest w stanie się z nich wyplątać. Najbardziej obciążały go zeznania 41-letniej Virginii Giuffre, pierwszej ofiary Epsteina, która zdecydowała się o swojej traumie opowiedzieć publicznie. Szybko stała się twarzą całego ruchu przeciwstawiającego się członkom politycznych i finansowych elit, którzy dopuszczali się wobec niej i innych nieletnich dziewczyn czynów karalnych. Ci jeden po drugim zaprzeczali, podobnie zresztą jak książę Andrzej, który wielokrotnie mówił publicznie, że Giuffre nigdy nie spotkał, nie poznał, a już na pewno nie miał z nią kontaktów seksualnych. Ona jednak w wydanej niedawno autobiografii nie tylko opisała ich kontakty, ale również pokazała wspólną fotografię.
Czytaj też: Dlaczego brytyjska rodzina królewska nie używa swojego nazwiska?
Książę Andrzej przed sądem?
Tyle tylko, że jest to autobiografia pośmiertna, bo Giuffre w kwietniu popełniła samobójstwo. Walkę o sprawiedliwość i osądzenie sprawców prowadzą w jej imieniu krewni. I to oni naciskają, żeby Andrzej stanął przed sądem, co do tej pory się nie stało. Nie znaczy to jednak, że nie ma na to szans, bo rodzina królewska ewidentnie dąży do zdystansowania się od królewskiego brata. Oczywiście jest to ruch czysto pragmatyczny, bo związki z Andrzejem obciążają wizerunkowo całą monarchię, mocno poharataną niedawnymi kontrowersjami związanymi z małżeństwem księcia Harry’ego z Meghan Markle oraz rewelacjami na temat życia rodziny królewskiej opisanymi w jego autobiografii. Tak czy owak – ruch jest absolutnie bezprecedensowy, bo król Karol, mówiąc oględnie, wyrzucił brata z domu.
W piątek rano BBC i „The Financial Times” poinformowały, że Andrzej stracił prawo, a raczej wypowiedziano mu umowę, na mocy której mógł mieszkać w królewskiej posiadłości w Windsorze. Bezdomny nie będzie, bo zaoferowano mu miejsce w innej nieruchomości należącej do Korony – w pałacu Sandringham, ponad 150 km od Londynu. Andrzej nie jest już też oficjalnie księciem, nie może używać innych tytułów przysługujących mu z racji bycia członkiem rodziny królewskiej. Jak czytamy w informacji prasowej opublikowanej przez monarszą administrację, Andrzej to od dziś Andrew Mountbatten Windsor. Tylko tyle i aż tyle.
Na razie nie ma mowy o osądzeniu go w klasycznym rozumieniu tego słowa, z udziałem niezależnego sądu. Niewykluczone jednak, że tak się stanie – tym bardziej że domagają się tego już nie tylko ofiary działalności Epsteina. Andrew Lownie, brytyjski dziennikarz i autor książek biograficznych (choć nieautoryzowanych) o Andrzeju i innych członkach rodziny królewskiej, powiedział niedawno w rozmowie z brukowcem „Daily Mail”, iż jego zdaniem Andrzej na więzienie jak najbardziej zasługuje. Jeśli nie za przestępstwa seksualne, to za nadużycia finansowe. Wywiad Lowniego i pisane przez niego książki pełne są rewelacji na temat życia prywatnego Andrzeja (oczywiście Pałac Buckingham wszystkim tym rewelacjom zaprzecza). Przeczytać można jednak, że były książę miał prosić swoich ochroniarzy z Metropolitan Police, a więc funkcjonariuszy publicznych opłacanych z pieniędzy podatnika, aby ci prowadzili własne śledztwo w sprawie działalności Giuffre. W czasie oficjalnych wizyt państwowych korzystał też z usług prostytutek, twierdzi Lownie. Dodaje przy tym sporo szczegółów – jak na przykład fakt, że w Tajlandii tych prostytutek dla Andrzeja przysłano „40 w zaledwie cztery dni”.
Takie rewelacje zawsze dobrze się na Wyspach sprzedawały, głównie dlatego, że Brytyjczycy kochają swoją monarchię, a jeszcze bardziej – uwielbiają o niej plotkować. Andrzej na pewno był i pozostanie wdzięcznym tematem takich towarzyskich rozważań. Z tą różnicą, że nie można go już, przynajmniej formalnie, zaliczać do rodziny królewskiej.