Szczyt klimatyczny, czyli rytualne lamenty. Trumpa nie ma, są za to mieszkańcy Amazonii
Trwa doroczny szczyt klimatyczny. Tym razem zorganizowano go w Belém w Brazylii. Jak zawsze zaczyna się od załamywania rąk. Za mało zapowiedzianych wyrzeczeń w ograniczaniu emisji gazów cieplarnianych. Za późno, by zatrzymać katastrofę. Która już zresztą trwa, możemy więc jedynie próbować minimalizować skalę zniszczeń. Jak zwykle przywoływane są gwałtowne i tragiczne w skutkach zdarzenia pogodowe z minionych tygodni – teraz na Haiti i Filipinach – by ponaglać wyobraźnię zgromadzonych. Kiepsko to jednak idzie.
Edwin Bendyk: Po co COP? Przyszłość świata i klimatu jest ponura. Skaczemy w ciemność
Rdzenne społeczności psują samopoczucie
Wrażenie nadchodzącej porażki wzmacnia widok zaśmieconego Belém, leżącego na skraju pogrążonej w kryzysie ekologicznym Amazonii. Demolowanej przez Brazylię, która dodatkowo planuje zwiększyć wydobycie ropy naftowej. Samopoczucie uczestnikom szczytu spróbowała zepsuć grupa protestujących, którzy wdarli się do budynku, gdzie prowadzone są obrady. M.in. dziesiątki członków społeczności Tupinamba sforsowało zabezpieczenia i już wewnątrz starło się z ochroną, którą zapewnia Organizacja Narodów Zjednoczonych. Rannych zostało co najmniej dwóch ochroniarzy. W ten dramatyczny sposób starają się zwrócić uwagę, że wyrąb puszczy, nielegalne górnictwo, poszukiwania ropy i rolnictwo rujnują środowisko, w którym mieszkają. Protest był celnie dobrany, bo władze Brazylii deklarują, że głos podobnych społeczności będzie w większym stopniu uwzględniany podczas negocjacji.
„Narzekanie nie może być strategią”, zachęcał na wstępie konferencji Simon Stiell, sekretarz wykonawczy Ramowej konwencji Narodów Zjednoczonych ds. zmian klimatu. Jej strony spotykają się w ramach tzw. COP-ów. Teraz po raz trzydziesty, stąd kryptonim szczytu: COP30. W Belém powinno się ustalić, jak zamierzamy dojść do potrojenia zdolności produkcji energii ze źródeł odnawialnych i podwojenia tempa poprawy efektywności energetycznej. Będzie do tego potrzeba góry pieniędzy, które powinny trafić także do państw na dorobku, by miały za co przestawić się na nowe źródła i dostosować do coraz cieplejszych okoliczności.
Trzeba to zrobić tak, by po szczycie nikt nie czuł się oszukany, a inwestorzy mieli poczucie dobrego interesu. Chodzi o 1,3 bln dol. Taki pułap ustalono w zeszłym roku w Baku. Tylko maleńka część tej puli – wciąż w zdecydowanej większości widmowej – to dotacje od państw rozwiniętych. Reszta to pożyczki, obligacje i inwestycje, które wykładającym kapitał mają przynieść zysk, np. z eksploatacji farm fotowoltaicznych.
Czytaj także: 15 lat temu przekroczyliśmy „tylko” trzy granice. Dziś przestrzeliliśmy już wszystkie
Sekretarz Stiell może i namawia, by nie narzekać, ale jego inauguracyjne przemówienie było rytualnym lamentem wznoszonym okołoklimatyczną nowomową. O tyle zrozumiałą, że na szycie i w ogóle w staraniach o wyhamowanie ocieplenia trzeba pogodzić szlachetny odruch altruistycznego dbania o wspólne dobro z drapieżnym egoizmem tzw. rynków, dla których proces odspawania gospodarki na mniej emisyjne tory to okazja do rozwinięcia nowych branż.
Są rozwiązania, które można wdrożyć
Zachęcając negocjatorów do odpowiedzialności, Stiell opowiadał to, co i on, i oni doskonale wiedzą. Nie da się zmian klimatu zatrzymać w pojedynkę, państwa muszą się skrzyknąć. Opieszałość się nie opłaca, bo dotychczasowe ocieplenie namieszało do tego stopnia, że ekstremalne zjawiska pogodowe kosztują po kilkanaście procent PKB rocznie. Są rozwiązania, które można wdrożyć, i nie jest to przy obecnym stopniu rozwoju technologicznego nic nadzwyczajnego. Prąd elektryczny z paneli fotowoltaicznych i turbin wiatrowych w 90 proc. miejsc na świecie nie ma cenowej konkurencji, jest po prostu najtańszy. I pewnie dlatego odnawialne źródła energii wytwarzają więcej prądu niż węgiel. Wreszcie: przyszłe pokolenia nie wybaczą obecnym, że na swój komfort zaciągnęły u nich pożyczkę. Dodajmy, że z lichwiarskimi procentami.
Czytaj także: Katastrofa tuż-tuż. Czy jesteśmy gotowi obniżyć poziom życia dla dobra planety?
Najwięcej emitują państwa ludne, wysoko rozwinięte lub naftowe. Nie przez przypadek pierwszą dziesiątkę otwierają Chiny, po nich są Stany Zjednoczone, Indie, Rosja, Japonia, Iran, Indonezja, Arabia Saudyjska, Niemcy i Kanada. Z tą uwagą, że na miejscu piątym ląduje cała Unia Europejska, a po Iranie można umieścić żeglugę morską. Jedenastą pozycję ma Korea Płd., a mniej od niej emituje lotnictwo pasażerskie. Polska otwiera trzecią dziesiątkę i odpowiada za 0,7 proc. globalnych emisji.
Trump bojkotuje i szantażuje
Pierwszy raz od 30 lat nie będzie reprezentantów Stanów Zjednoczonych. Trump pomniejsza znaczenie starań o klimat. Nie tylko zupełnie się z nich wycofał, ale torpeduje starania innych. Na odcinku energetycznym mentalnie tkwi w XIX w., a w praktyce domaga się spalania paliw kopalnych i chce, by na ten szlak wrócić powszechnie. Kilka tygodni temu Biały Dom zdołał zerwać i opóźnić przynajmniej o rok porozumienie o dodatkowych opłatach dla statków, co miało wymusić ograniczenie emisyjności żeglugi. Zamierzało do niego przystąpić blisko sto państw. Toczące się od lat negocjacje próbowano sfinalizować podczas spotkania Międzynarodowej Organizacji Morskiej w Londynie. Byłaby to pierwsza tego typu opłata w historii. Transport morski odpowiada za ok. 3 proc. emisji, prognozy podpowiadają, że jego udział będzie szybko rósł, jest się o co bić.
Amerykanie uciekli się jednak do szantażu, najmocniej naciskając państwa mniejsze i mniej zasobne. Przedstawiciel Filipin miał usłyszeć, że jeśli przystanie na ograniczenia, to marynarze z jego kraju stracą prawo schodzenia na ląd na terytorium Stanów Zjednoczonych. Straszono – zapraszając np. na rozmowy do londyńskiej ambasady – wpisaniem dyplomatów na listę osób niepożądanych w USA. M.in. dziennik „The New York Times” twierdzi, że w akcję ukręcenia porozumienia włączył się sam szef amerykańskiej dyplomacji Marco Rubio. Ostrzegano, że ci, którzy poprą umowę, będą musieli liczyć się z konsekwencjami celnymi, sankcyjnymi, wizowymi czy wzrostem opłat portowych. Biały Dom i Departament Stanu zaprzeczają, by sięgały po takie gangsterskie metody, choć przyznają, że porozumienie nie byłoby opłacalne dla amerykańskiej gospodarki i konsumentów na całym świecie. Stąd nieobecność kogoś z rządu Trumpa przyjmowana jest w Belém z wyraźną ulgą.
Ameryka i Europa to nie wszystko
Wsobna postawa Trumpa i kłopoty zjednoczonej części Europy, rozwadniającej swoje przyrzeczenia, w jeszcze lepszym świetle stawiają kraje rozwijające się i Chiny. Owszem, emitują najwięcej i urosły na spaleniu wielkich ilości węgla. Z drugiej strony to z ich fabryk pochodzą coraz tańsze urządzenia, które pozwalają czerpać energię z odnawialnych źródeł. Kształtują się nowe trendy. Brazylia podniosła cła na samochody, by zmusić chińskich producentów aut elektrycznych do budowy fabryk. Importu samochodów spalinowych zakazała Nigeria. Nepal obniżył cła na elektryki, by były tańsze od diesli i benzynowych. Śladem Chin chciałyby pójść Indie. Bo towarzyszące szczytowi lamenty to nie jest pełen obraz. Prawie wszędzie na świecie – z Ameryką włącznie, w Belém pokazali się przedstawiciele władz stanowych i przedsiębiorstw – podejmowane są rozproszone działania, które prowadzą do porzucenia ropy, gazu i węgla. Także dlatego, że to po prostu bezpieczniejsze, wygodniejsze i tańsze.