Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

1427 dzień wojny. Dlaczego w Ukrainie nikt nie walczy o powietrzną przewagę?

Rosyjski myśliwiec MIG 31 Rosyjski myśliwiec MIG 31 Vitaly Kuzmin / Wikipedia
W myśl zachodniej doktryny prowadzenia działań wojennych przewaga w powietrzu jest kluczem do prowadzenia działań na lądzie. Ale podczas wojny w Ukrainie jest inaczej.

Ukraina podjęła produkcję holowanej wersji własnej haubicy Bohdana kal. 155 mm pod oznaczeniem Bohdana-B. Wykorzystano przy tym lawetę podobną do tej, jaka jest stosowana na rosyjskich armatach holowanych 2A36 Giacynt-B z jej charakterystycznym dwuosiowym podwoziem. Wersja holowana jest tańsza od samobieżnej, ale ta druga – bardziej mobilna, więc powstają obie wersje.

Służba Bezpieczeństwa Ukrainy zatrzymała 46-letniego mieszkańca Chersonia, który od ponad trzech lat ukrywał się w piwnicy jednego z domów w mieście. W czasie okupacji kolaborował z Rosjanami i był informatorem służb, namawiał do przyjmowania rosyjskiego obywatelstwa. Wycofujący się Rosjanie nie zabrali go ze sobą. Teraz okazało się, że wcześniej siedział w ukraińskim więzieniu za morderstwo.

W Jakucji urządzono wystawę ukraińskiego sprzętu zniszczonego przez wojska rosyjskie. Przywieziono między innymi poważnie uszkodzonego amerykańskiego Bradleya. 16-letni chłopiec wspiął się na wieżę transportera, wszedł do jego wnętrza i uruchomił mechanizm awaryjnego przeładowania działka, które nie zostało rozbrojone. Zamek cofnął się gwałtownie, chłopiec został uderzony w głowę i zginął na miejscu. To ostatnia rosyjska ofiara tego wozu bojowego.

Ukraina była po raz kolejny atakowana przez Rosjan, użyto tym razem 372 środki napadu powietrznego. Większość zestrzelono, ale pozostałe trafiły w różne obiekty związane z infrastrukturą energetyczną. Wśród nich było 18 pocisków balistycznych Iskander i 15 rakiet skrzydlatych Ch-101, jedna rakieta hipersoniczna Cyrkon odpalona z okrętu, reszta to drony Shahed. Ostatnimi czasy Rosjanie zrzucają też tygodniowo 1150 bomb FAB różnych z modułami kierowania i szybowania UMPK. Widać skalę uderzeń lotniczych, które zadają straty, ale nie na tyle duże, by doprowadzić do wyraźnego osłabnięcia ukraińskiej obrony. Pokazuje to dobitnie, że w konflikcie o takiej skali, trzeba zużyć setki tysięcy bomb lotniczych, by osiągnąć efekt.

Na frontach sytuacja bez większych zmian. Jutro o tym więcej.

Co daje przewaga w powietrzu?

Dzisiaj ma to nieco mniejsze znaczenie, ale przewaga w powietrzu pozwala na efektywne operowanie nad terytorium nieprzyjaciela przy akceptowalnym poziomie strat, podczas gdy przeciwnik nie ma żadnej swobody działania swoimi samolotami. Nie jest to więc związane z porównaniem liczby maszyn, ale z warunkami, które pozwalają na wlatywanie nad obszar wroga i bezpieczny powrót do bazy.

Jeśli jesteśmy w stanie wlatywać nad teren wroga, możemy atakować cele, których położenia nie znamy dokładnie, a które zostały przez samolot odnalezione i trafione. Po drugie, można używać o wiele tańszych bomb kierowanych zamiast pocisków manewrujących dalekiego zasięgu. Dzięki temu można dostarczać nad cele znacznie potężniejsze ładunki bojowe, bowiem w arsenale można mieć tysiące tanich bomb, a pocisków manewrujących tylu pozyskać się nie da. Dzięki wlatywaniu we wrogą przestrzeń można uściślić dokładne położenie celu i od razu na niego uderzyć.

Dlatego właśnie wywalczenie powietrznej przewagi może być bardzo korzystne, choćby miało być ograniczone do danego regionu lub danego czasu. Polega to na wyeliminowaniu w danym rejonie środków do zwalczania samolotów, które mogą im zagrozić.

Co może zagrozić samolotom?

Do wrogich środków zaliczamy przede wszystkim myśliwce. Są one uzbrojone w pociski naprowadzane za pomocą radaru oraz takie, które kierują się na źródło ciepła (podczerwień). Te pierwsze, wyposażone obecnie we własną miniaturową stację lokacyjną do wykrywania celów, mają zasięg nawet do 200 km. Samolot leci nad Mińskiem Mazowieckim, a myśliwiec znajdujący się nieco na zachód od Łodzi jest w stanie wystrzelić taką rakietę i trafić. Pociski na podczerwień służą natomiast do walk manewrowych z bliskiej odległości; są szalenie zwrotne i dziś właściwie nie da się ich wymanewrować. Oszukuje się je flarami, które dają silniejszy ślad termiczny niż samolot – „głupia” rakieta kieruje się na flary zamiast w cel.

Druga grupa to naziemne systemy przeciwlotnicze: rakiety oraz działa. Te ostatnie przeżywają renesans w dobie dronów, ale wyłącznie do wysokości około 3 tys. metrów. Są to szybkostrzelne działka małego kalibru sterowane radarem lub układem elektrooptycznym (kamera telewizyjna i termowizyjna), przeznaczone głównie do zwalczania dronów i śmigłowców.

Z kolei rakiety przeciwlotnicze dzielą się na:

  • bliskiego zasięgu (do 5–7 km poziomo i do ok. 4 tys. metrów wysokości), czyli głównie zestawy przenośne,
  • małego zasięgu (do 20 km poziomo i ok. 8 tys. metrów pionowo) na pojedynczych pojazdach z całym układem kierowania,
  • średniego zasięgu (do 100 km poziomo i do ok. 15 tys. metrów pionowo),
  • dużego zasięgu (ponad 100 km poziomo i do ok. 40 tys. metrów pionowo) – najczęściej są to też systemy zdolne do niszczenia pocisków balistycznych w promieniu do ok. 25 km.

Dwie ostatnie grupy posiadają oddzielny radar kierowania ogniem oraz wyrzutnie na różnych pojazdach lub naczepach (jak np. Patriot czy S-400 Triumf). Zazwyczaj zestawów z pierwszych dwóch kategorii jest najwięcej, natomiast te z grup dalekiego zasięgu występują znacznie rzadziej ze względu na bardzo wysokie koszty.

Wynika z tego, że należy pozbyć się zestawów średniego i dalekiego zasięgu w danym regionie, a następnie latając na wysokości ponad 10 tys. metrów, stoczyć zwycięskie walki powietrzne z myśliwcami wroga. Na pewno dużym ułatwieniem dla całego systemu obrony powietrznej byłoby zniszczenie nieprzyjacielskich posterunków radiolokacyjnych.

Pozostaje pytanie: jak maszyna lecąca na wysokości 10–12 tys. metrów ma obserwować obiekty naziemne? Odpowiedzią są podwieszane zasobniki celownicze. Wyposażono je w kolorowe, stabilizowane kamery telewizyjne o bardzo wysokim powiększeniu oraz termowizory.

Jak niszczyć systemy przeciwlotnicze?

Najpierw trzeba je zlokalizować. Ponieważ każdy taki zestaw posiada radar kierowania ogniem, łatwo go wykryć odbiornikami promieniowania. Na samolotach rozpoznania radioelektronicznego (tzw. SIGINT) zamontowano specjalne skanery przeszukujące częstotliwości w poszukiwaniu pracujących stacji, które są następnie namierzane. Tutaj niestety Europa dopiero buduje swoje możliwości – większość europejskich państw NATO takich maszyn nie posiada lub dysponuje modelami przestarzałymi. Do tego celu mogą być też wykorzystywane duże bezzałogowce o znacznej długotrwałości lotu – Polska posiada amerykańskie MQ-9 Reaper.

Po zlokalizowaniu systemów przeciwlotniczych wysyła się w dany rejon aparaty bezpilotowe, by ustaliły ich precyzyjne współrzędne. Wtedy można wykonać uderzenie rakietami kierowanymi z wyrzutni naziemnych (np. HIMARS) lub pociskami manewrującymi odpalanymi z samolotów.

Kiedy już poniszczymy najgroźniejsze systemy przeciwlotnicze w danym rejonie, do gry wchodzą grupy własnych myśliwców w eskorcie samolotów walki radioelektronicznej, np. amerykańskie EF-18G Growler. Wytwarzają bardzo silne zakłócenia radarowe, a jednocześnie przenoszą rakiety do niszczenia stacji radarowych, które kierują ogniem zestawów przeciwlotniczych. Są to rakiety takie jak amerykańskie HARM, które naprowadzają się na emisję nadawaną przez te radary. Jednocześnie myśliwce podejmują walkę powietrzną z myśliwcami wroga. Dopiero wtedy może wejść grupa samolotów uderzeniowych, które mają wykonać właściwą robotę: sparaliżować komunikacyjne szlaki zaopatrzenia, zniszczyć stanowiska dowodzenia i węzły łączności, składy logistyczne, bazy remontowe, wykrwawić wojska pozostające w odwodzie i w drugich rzutach. Ich ostatnią linią obrony są pokładowe systemy samoobrony: ostrzegania przed promieniowaniem radarowym, zakłóceń aktywnych (nadajniki zakłócające osłony indywidualnej), zakłóceń pasywnych (wyrzutnie dipoli, które udają echo radarowe samolotu i flar-pułapek na podczerwień).

Tak właśnie chce działać lotnictwo NATO. Oczywiście maszyny pilotowane uzupełnią liczne bezzałogowce – rozpoznawcze, uderzeniowe, a także tanie pułapki wysyłane „na wabia”, by wroga obrona wystrzelała do nich swoje rakiety.

W Ukrainie jest inaczej

Ukraina nie ma środków do wywalczenia powietrznej przewagi w klasyczny, natowski sposób. Dlatego skoncentrowała się na atakach dronowych, które są substytutem lotnictwa pilotowanego. Rozwój nauki nieuchronnie zmierza do zastąpienia samolotów pilotowanych przez bezpilotowce w działaniach zmierzających do niszczenia celów naziemnych – dzięki temu nie tracimy załogi, której szkolenie jest długotrwałe i kosztowne.

Dla bardzo zaawansowanych bezpilotowców warto utorować drogę. W przyszłości rozpoznanie radioelektroniczne zostanie przejęte przez całe sieci takich aparatów, gdzie każdy odbiornik na pokładzie będzie zasilał wspólną bazę danych. To jednak wizja, do której NATO dopiero dąży – takich technologii nie mają obecnie ani Ukraińcy, ani Rosjanie. Stąd masowe użycie tanich dronów, które w większości są zestrzeliwane, ale ich niewielki odsetek, dzięki ogromnej skali, skutecznie razi cele.

Do której metody będzie należała przyszłość? Do tej tradycyjnej, w doktrynie NATO zwanej SEAD (Suppression of Enemy Air Defense) czy do tej nowej – taniego, masowego, latającego badziewia składanego z chińskich klocków, uzupełnionego własną inwencją konstrukcyjną? W przypadku dronów dalekiego zasięgu odsetek wykorzystania bardziej profesjonalnych elementów jest oczywiście większy, ale i tak są to przeważnie części zwane przez wojskowych COTS (Commercial, Off-the-Shelf), cywilna technologia kupowana „z półki”. Możliwe jest jednak pewne połączenie obu metod i może się okazać, że takie działanie będzie najskuteczniejsze. Bo w walce z takim przeciwnikiem jak Rosja, celów do porażenia będzie zatrzęsienie.

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Świat

Lęk przed drugą Jałtą. Trzech drapieżców gra już nowy koncert mocarstw? Trudny czas dla Europy i Polski

Amerykańska interwencja w Wenezueli i zapowiedzi Donalda Trumpa o zagarnięciu Grenlandii zapowiadają inny porządek świata. Fatalny dla takich krajów jak Polska.

Tomasz Zalewski z Waszyngtonu
13.01.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną